ODSŁONA 1
Conciergerie — więzienie o charakterze średniowiecznym. Cela połączona z sąsiednią przez kratę zastępującą drzwi. Cztery łóżka, dwa w głębi, po jednym przy każdej ścianie. Delacroix siedzi na łóżku; Desmoulins stoi na stole, przy którym Philippeaux czyta — i patrzy na zachód przez lukę.
GŁOS WESTERMANNA
z celi sąsiedniej
Od trzech dni łamię sobie głowę... hej, śpicie tam już?
DELACROIX
poskoczył ku kracie
Dzisiaj spać? Zazdroszczę tym, co mogą!
GŁOS WESTERMANNA
...łamię sobie głowę, czy oni mogą mi udowodnić udź...
GŁOS HÉRAULTA
słychać, że zeskakuje z łóżka. Gwałtownie
Nic nikomu nie mogą udowodnić! Absolutnie nic! Przecie muszą fałszować dowody!
DELACROIX
Fouquier byłby dawno zamknął Dantonowi buzię, gdyby miał czym... chociaż...
Stoi zamyślony, drapiąc się w kark.
GŁOS HÉRAULTA
Na Boga, nie rób pan tego!...
Camille zeskakuje i podchodzi.
DELACROIX
zdziwiony opuszcza rękę
Czego?
GŁOS HÉRAULTA
Nic... nic. Już dobrze. z nerwowym śmiechem Jestem tak roztrzęsiony, że gotówem dostać ataku!
CAMILLE
Ja też. Zataczam się z przemęczenia — a nie mogę usiedzieć w miejscu.
GŁOS HÉRAULTA
Trzy dni z rzędu, po bitych osiem godzin, w tym piekle ryku i wrzasku — któż by to wytrzymał!
GŁOS FABRE’A
Bracia, zmęczenie to nic: nas torturuje nadzieja.
Gwałtowność protestu jest przesadna, kurczowa.
GŁOS WESTERMANNA
Głupie gadanie!
CAMILLE
Też pomysł!
Z powodu zmroku Philippeaux odkłada książkę i siada w poprzek swego łóżka — najbliżej drzwi — wsparty wstecz na łokciach.
DELACROIX
Wiesz, Fabre, toś prawdę powiedział. Pókim sądził, że już po nas — spałem jak król. Odkąd jednak patrzę na sukces Dantona — oka zmrużyć nie mogę. Liczę i liczę szanse przez całą noc. Doprawdy zwariować można!
GŁOS HÉRAULTA
Oj tak — ten Danton pokazał nareszcie, co umie. — Żeby z ławy oskarżonych, w ciągu jednej godziny, dosłownie zahipnotyzować publiczność i zrobić z niej sobie broń — na to, moi panowie, potrzeba... geniuszu.
CAMILLE
Toteż Trybunał już kapituluje! Zgodził się przecie wezwać nam świadków; a wiadomo, co to...
GŁOS FABRE’A
No — no; nie zgodził się, tylko poruczył decyzję Konwencji.
DELACROIX
Dwa — dni — temu! A odpowiedzi dotąd nie ma!...
CAMILLE
Niby co stąd?! Przecie Konwencja nie może odmówić; więc to na jedno wychodzi!
GŁOS WESTERMANNA
Moi drodzy... czy Wy wiecie, że dziś minął trzeci dzień?...
wymowny brak odpowiedzi
DELACROIX
po czarnej pauzie
I po co przypominasz?! — Ręczę ci, że od samego rana każdy z nas daremnie stara się o tym zapomnieć...
znów cisza
GŁOS HÉRAULTA
znacznie spóźniony
Odwagi, przyjaciele! Opinia nas wspiera; Trybunał już ledwo się trzyma; nie mogą...
GŁOS FABRE’A
Wiecie, czego się obawiam? — Trybunał nie odważy się nas skazać ze względu na lud — a nie ośmieli się nas zwolnić ze względu na Komitet. Nim jedna szala przeważy — gotowiśmy wisieć w powietrzu przez kilka tygodni.
ciche okrzyki przestrachu i przerażonego protestu
PHILIPPEAUX
niespodziewanie — bez ruchu
Nie ma obawy. — Trzy dni minęły: jutro zapadnie na nas wyrok śmierci. wszyscy obrócili się ku niemu — teraz oniemieli. Zmartwiała cisza Choćby Trybunał głosu dobyć nie mógł — wyrok wyda.
Reszta odzyskuje głos — lecz nieco drżący.
GŁOS WESTERMANNA
A to co znowu? Niby czemu?!
CAMILLE
Wstydź się pan! Nie dość nam jeszcze ciężko?!
GŁOS HÉRAULTA
Może by nas pan łaskawie raz przestał przygnębiać!
PHILIPPEAUX
Prowokacje Dantona dyskredytują rząd. — Robespierre nie byłby Robespierre’em, gdyby to ścierpiał.
GŁOS FABRE’A
po chwilce
O, jakże ja panu tej pewności zazdroszczę!...
DELACROIX
zamyślony
Pan ma rację, Philippeaux. Co za sens w tym upijaniu się złudzeniami? — Opinia, mówicie? — A cóż my, odcięci od świata w piwnicy Trybunału, wiemy o opinii poza tym gmachem?! — Co dzieje się na mieście? — Co zamierza Robespierre? — Jak...
GŁOS WESTERMANNA
Robespierre! Wszędzie i wiecznie Robespierre! — A cóż, do kata...
Wpada Danton. Mimo woli garną się do niego.
CAMILLE
Georges! Masz wiadomości?...
GŁOS HÉRAULTA
Co się dzieje na mieście, Danton?
DANTON
Wiadomości... i to jakie! — Nie macie tu gdzie świecy, do diaska? — Aha.
Znalazł i zapala.
GŁOS HÉRAULTA
widać go niewyraźnie u kraty
Huu, co za nora! Jakże można spychać tu ludzi... jeszcze żywych!...
DANTON
Pociesz się: jutro wracamy do domu.
DELACROIX
odwraca się
Ech, wiesz, dałbyś już przecie raz spokój.
GŁOS HÉRAULTA
Och, trzymaj nas, Danton! Toniemy bez ciebie!
DANTON
z śmiechem satysfakcji
A co, dźwignął się Danton — hę?! ciszej Posłuchajcie więc: liga zagrożonych rośnie w oczach...
GŁOS WESTERMANNA
A podejdźże bliżej, Danton!
Przesuwają się ku kracie. Philippeaux trwa bez ruchu aż do chwili, gdy wszyscy idą spać.
DANTON
intensywnym półgłosem
Twoja żona, Camille, uprawia propagandę i zebrała już cztery tysiące dwieście livres114...
CAMILLE
radośnie zaskoczony
Lucile!... zdjęty nagłym lękiem Och, ale po coście mi ją...
DANTON
Już ona sobie radę da, mój mały. — Boyd115 i kilku innych bankierów ofiaruje komitetowi naczelnemu dwanaście tysięcy. Chłopcy z przedmieść otoczą jutro Trybunał tajnym kordonem. Pâris pozyskał trzy sekcje — to znaczy dziewięć armat, bracia. — Więźniowie polityczni już wszędzie zorganizowani...
GŁOS FABRE’A
A baranki na czele organizacji. Znamy się.
DANTON
A chociażby! — Baranki wiedzą zbyt dobrze, komu teraz trzeba służyć. — Ale to wszy...
PHILIPPEAUX
szeptem jak cios bicza
Panowie!!...
Rozpraszają się błyskawicznie. Dozorca wnosi wodę i wychodzi.
GŁOS HÉRAULTA
wśród zalęknionego szmeru
A może on stał pod drzwiami?!
PHILIPPEAUX
głośno
Nie. Słyszałem kroki z daleka.
Uspokojeni zbierają się z powrotem.
GŁOS WESTERMANNA
No więc? — Zacząłeś...
DANTON
Otóż jutro w południe przybywa nam na pomoc generał Savigny z pięcioma tysiącami ludzi!
szeptane okrzyki zdumienia i radości
GŁOS HÉRAULTA
Oj... takie same pogłoski, słowo w słowo, krążyły przed straceniem króla — a potem ani...
DANTON
gwałtownie
To ty nie znasz różnicy między pogłoską a wia-do-mością?!
DELACROIX
nagle
Danton: tak niestworzone bujdy przejrzy każde dziecko. — Po co ty nas zwodzisz, człowieku?...
DANTON
z trudem hamuje gniew
Ośle: gdybyś miał ziarnko rozumu, byłbyś wiedział z góry, że tak się stać musi! — Ocalenie moj... naszych głów jest kwestią życia lub śmierci dla całego państwa! — A ty się dziwisz, że Francja nas broni?!
GŁOS FABRE’A
Przesada psuje najlepsze atuty, Danton. — Ponadto zapominasz, że od trzech dni Francja przestała być panią swej woli. Wydając dekret oskarżenia, Konwencja de facto złożyła władzę absolutną w ręce Robespierre’a. — Czy sądzisz, że go to skłania do ustępliwości?...
DANTON
Ależ o to mi właśnie chodzi! — He, he! Maxime oddał mi nie lada przysługę, od lat systematycznie koncentrując władzę: teraz pozostaje mi już tylko przejąć mu z rąk... gotową dyktaturę!
sensacja. Cisza
CAMILLE
horrified116
Więc ty naprawdę!...
GŁOS FABRE’A
Jakimże cudem?!
DANTON
rozpala się
Jutro, bracia, będzie wielki finał! W południe wyniosą nas z sądu na ramionach; wieczorem zaś Robespierre, Saint-Just i Billaud, wyjęci spod prawa, ułożą się do snu w niegaszonym wapnie.
A Francja uwieczni ten dzień jako drugie święto cywilne.
CAMILLE
Nie, Georges. Robespierre’owi darujesz życie. Musisz dowieść, żeś większy od niego!
DANTON
w nagłym, zimnym skupieniu
Jego... należałoby powiesić. Gilotyna dla niego za dobra.
Nie. Masz rację, mały, owszem; daruję mu życie — oby jak najdłuższe — pod warunkiem tylko, że je spędzi... w Cayenne.
protest Camille’a
GŁOS FABRE’A
Georges! Czyś ty przynajmniej pewien, że jutro będzie koniec?
DANTON
ściąga buty
Tak pewien, jak tego, że wygram!
Kładą się spać.
GŁOS HÉRAULTA
No... w każdym razie starajmy się spać. Na przyszłość tak czy owak nie wpłyniemy.
chwila ciszy
CAMILLE
po chwili zamyślenia, namiętnie
Nie, Georges, jam się przecież w tobie nie pomylił. — Maxime cię nie zna...
DANTON
Spodziewam się, że nie! Czy myślisz, żeby mnie atakował choćby od tyłu, gdyby mnie był znał? — Wszystko jedno, jestem mu wdzięczny. Łotrostwem swoim przebudził mnie z apatii.
CAMILLE
porwany marzeniem
Ty jesteś wielki, Georges! — Jesteś potęgą; i jesteś geniuszem. Masz rację: w twoich rękach — dyktatura stanie się zbawieniem Francji.
DANTON
również rozmarzony
Żelazną pięścią zmiażdżę rewolucję...
CAMILLE
By republika mogła nareszcie zakwitnąć!
DANTON
cicho
Na wszystkich pięciu kontynentach... moje nazwisko... przed imionami wielkich geniuszów w koronie! — Przepych... wskrzeszony boski przepych Ludwików... dokoła mojej małej, mądrej Louise... wybucha nagłym śmiechem; głośniej A ja myślałem, że świat mi obrzydł! Mnie się zdawało, żem syt walk, użycia i władzy! — Ja — Georges Danton — znudzony życiem! Wielki Boże!!
DELACROIX
sennie
Jak ten hymn na dwa głosy bajecznie usypia...
DANTON
śmiechem maskuje urazę
No — trzeba nabrać sił na jutro. Dobranoc!
Senne mruczone odpowiedzi. Danton wyciąga rękę po świecę.
CAMILLE
nerwowo
Nie!!! Georges, proszę cię, nie gaś!...
DANTON
z wyciągniętą ręką
A to czemu?
CAMILLE
Tu tak ohydnie... zostaw ją, błagam cię! Danton wzrusza ramionami i kładzie się do ściany. — Po chwili, nieśmiało Georges...
DANTON
od ściany, głosem kompletnie zmienionym, szorstko
Czego?
CAMILLE
Georges, powiedz mi prawdę: czy ty faktycznie wierzysz, że... że wygramy?...
DANTON
już opanowany
Głuptasie! Nie wierzę, tylko wiem! To nie wiara, to zdrowy rozsądek!
Cisza; miarowy oddech czterech ludzi, co się starają zasnąć. Po chwili Danton obraca się ostrożnie, jak najciszej, i podpiera na łokciu, wpatrzony w świecę. Potem zaczyna obserwować swą rękę; wykonuje nią i ramieniem szereg ruchów. Spostrzegłszy własne kolano, podciąga nogi gwałtownie i prostuje z powrotem. Nagle wyciąga się płasko, sztywnie na wznak — by się natychmiast panicznie poderwać i siąść na brzegu łóżka.. Rozgląda się bacznie po towarzyszach. Sądzi, że wszyscy śpią — nie zauważył bowiem, jak Delacroix cichutko uniósł głowę — przypatrzył mu się z właściwym sobie uśmiechem i odwrócił do ściany.
DANTON
bardzo powoli, szeptem
Powinien byś dostać po pysku, bracie Danton — póki ten pysk siedzi mocno. mimo woli głaszcze się po gardle, przejęty rodzajem zbożnej miłości do tej powierzchni gładkiej, zwartej, nieprzerwanej... spostrzega się i odrywa palce. Podpiera się na pięści, łokieć stawiając na kolanie Idioci. Zaczerwieniła się! — No chyba! Skóra musi się zaczerwienić od uderzenia... po cóż by je miała dopiero czuć, idioci! cichnie i mięknie na chwilę Skóra... kobiety... pauza. Nagle zaczyna łechtać się po karku. Przestaje; splata dłonie o kolano. Wrażenie miłego chłodu. Tak powiedział. Lekarz, psiakrew. obmacuje sobie głowę, ujmuje ją za szczęki, mruży oczy ekstatycznie Miłego... chłodu!!... wybucha śmiechem i łkaniem, załamuje ręce, wciska czoło w zgięcie łokci, przechylając się ciężko na poduszkę. Głosem ochrypłym od śmiechu i furii cierpienia A niechże go jasna cholera!!!
PHILIPPEAUX
na wznak, z rękami pod głową — nagle półgłosem
Danton.
DANTON
skostniał. Po sekundach bez tchu, nienawistnie
Czego sobie pan życzy?
PHILIPPEAUX
Podejdź pan. Nie chcę krzyczeć.
DANTON
dusza mu się rwie do towarzystwa — podchodzi
Panie, mówiąc do mnie powala sobie pan usta.
ale już siada na brzegu łóżka Philippeaux
PHILIPPEAUX
Jesteśmy w poczekalni grobu, kolego. Tutaj...
DANTON
Co panu jest, do stu katów?! Pewno, że przedtem trochę przesadzałem; ale my faktycznie mamy poważne szanse...
PHILIPPEAUX
Może być. — W każdym razie tutaj życie osobiste ustaje. Wszelkie uczucia stygną. Mnie już przenika wielka obojętność spoza czasu. — Zawrzyjmy zgodę, Danton.
DANTON
Co, pan mnie, plugawemu łotrowi, rękę chce podać?!
PHILIPPEAUX
To pojęcia doczesne. — Należy pan bez kwestii do przyczyn epokowej katastrofy, która się wkrótce zwali na kraj. Ale stąd... widzę w niej już tylko jedną z faz ujemnych, biologicznie koniecznych w życiu społeczeństw. Za to w panu... i w sobie... uśmiech jego podcina kolana pysze dantonowej Nie bądźmy śmieszni, kolego.
Wyciąga rękę.
DANTON
podaje swoją
Więc dobrze... z zastrzeżeniem oczywiście, że ewentualny nasz... powrót na świat żywych unieważnia ten traktat pokoju.
PHILIPPEAUX
Tym lepiej, skoro pan o tym wie.
DANTON
podnosi się, lecz wolałby zostać
To wszystko?
PHILIPPEAUX
Nie. — Danton, czy pan wie, że gdyby pan nie prowokował sądu — najzupełniej bezcelowo zresztą — umożliwiłby pan ratunek dziewięciu ludziom? — Przeszło połowie towarzyszy?
DANTON
To mi się podoba! — Dziewięciu przeciętnych bałwanów! Jedna godzina mojego życia warta więcej niż suma ich dziewięciu pustych egzystencji! — I dla nich ja miałbym...
CAMILLE
krzyczy przez sen
Poczekaj!... To nie ten klucz — poczekaj! Nie odchodź!! Ooo, poczekaj!!!
Świeca dogorywa i gaśnie.
DANTON
nachyla się ku Philippeaux. Tonem nagle wstrząsająco prawdziwym — cicho, namiętnie
Dziewięciu ludzi... Panie: ja bym wywrócił Francję dnem do góry — ja bym poświęcił synów — nawet żonę — byle zatruć Robespierre’owi życie. Niech zginę: dobrze. — Ale on — on morderca — on musi mi za to zapłacić.
Bezcelowo — co?! — Panie, mój głos w Trybunale wyznacza przyszłość tej rudej małpy iryjskiej. W oczach motłochu, któremu myśli dyktuję, już widzę, jak wschodzi moja zemsta. wybucha cichym śmiechem A dorwał się, bestia, władzy nareszcie, oj, dorwał! — Ja się natomiast postaram, by mu pod nią słodko było i wesoło!
CAMILLE
zawodzi
Dobrze... na wszystko... na wszyst-ko, tylko mi przebacz!!
DANTON
zaciekle
Ja... ja, Danton... ja bym się miał dać zamordować bezkarnie, jak pierwszy lepszy głupi rekrut ze wsi... ja miałbym pozwolić, by w spokoju korzystano z plonu tej zbrodni... wszystko tylko dla jakichś dziewięciu matołków?! — Gdybym tak postąpił, byłbym doprawdy wart tyle co oni.
PHILIPPEAUX
W czymże by panu jednak przeszkadzał ratunek tego chłopca — którego pan bez wszelkiego powodu do samobójstwa zmusił?...
DANTON
obejrzał się pogardliwie na Camille’a
Miałem sprawić Robespierre’owi przyjemność, co? — Zresztą dla samego Desmoulinsa lepiej będzie, że zginie — niż żeby się miał znów prostytuować.
PHILIPPEAUX
zrazu wprost nie rozumie; nagle wybucha smutnym śmiechem
Och, Danton, Danton!!
DANTON
mocno urażony, wraca do siebie
Dobranoc.