ODSŁONA 3

Café de Foy, chambre séparée. Stół nakryty. Danton w stroju wieczorowym. Camille Desmoulins, Bourdon, Delacroix.

CAMILLE

George, co tobie? Uspokójże się!

DANTON

ignoruje go, ale przystaje, wyniosły

Czy będziemy bezpieczni, Lacroix?

DELACROIX

objawia jedną stroną ust swój niemiły uśmiech

Tam waruje gospodarz... drzwi główne Tu ja sam. tylne, w tapecie Przez ściany nie słychać.

DANTON

To dobrze. patrzy na zegarek Za trzy ósma... znów zaczyna chodzić

CAMILLE

Wiesz, George... mam do ciebie żal. Pomyśl: Nieskazitelny prosił — pokornie prosił Dantona o posłuchanie! — Trzeba było przyjść o pół do dziewiątej, możliwie w szlafroku, zamiast się wystroić i czekać — niechby poczuł przynajmniej, że mu wyświadczasz łaskę!

DELACROIX

wciąż uśmiechnięty, z głową rozkosznie przechyloną wstecz

Swoją drogą... czas był najwyższy okazać się łaskawym, co, Danton?

DANTON

znów patrzy na zegarek; gwałtownie

Wynoście się! Już ósma! — Camille: ty — prosto do domu!

CAMILLE

George, zlituj się; nie psuj mi przyjemności! George, ja muszę być świadkiem jego upokorzenia! A wiesz, użyj sobie, Danton! Pamiętaj: buty sobie o nas chciał ocierać! Danton, odpłać mu się! Zegnij go, wiesz, tak!

DANTON

Idioto. — Ty, Bourdon, też do domu.

BOURDON

najspokojniej

Nie. Muszę się przekonać na własne uszy, jak sprawy stoją — żebym wiedział, jak postępować w Konwencji.

DANTON

Będziesz tak postępował, jak ci każę, a podsłuchiwać nie śmiesz!

BOURDON

wstaje

Minęły te czasy.

Znikają wszyscy przez drzwi tylne.

ROBESPIERRE

wchodzi tiré à quatre épingles61, aż odmłodzony. Podaje wrogowi rękę z doskonałą, sztuczną serdecznością światowca

Dobry wieczór — czekał pan? Bardzo mi przykro.

siada

DANTON

siada po nim, nieufny, świadom braku kultury towarzyskiej u siebie

Czemu się pan nie dał zaprosić na kolację? Zapewne przestrzega pan diety?

ROBESPIERRE

z serdecznym, jakby młodzieńczym, śmiechem

Na miłość Boską! Mam chyba czas jeszcze na cukrzycę lub katar żołądka?

DANTON

zdezorientowany, coraz bardziej ponury

Czyli że obawia się pan trucizny.

ROBESPIERRE

zachwycony

Więc albo diabetyk, albo maniak? na wpół poważnie; troszkę ciszej Swoją drogą — to dość zrozumiałe, że w pańskich oczach... jestem człowiekiem chorym.

DANTON

czuje banderillę62, ale jej nie widzi. W każdym razie ma tego dość. Po krótkiej pauzie

Robespierre: po co mnie pan wzywał?

ROBESPIERRE

O, widzi pan: tak to lubię, opiera się wstecz, zarzuca nogę na nogę, zmienia doszczętnie ton, nawet głos Danton: manewry pańskie paraliżują rząd. Przegrał pan dawno, lecz nie śmie się pan poddać. — Otóż z pewnych względów, Danton, wolimy zachować niż... usunąć pana. Jeżeli się pan wyprze swej kontrrewolucyjnej opozycji, wystąpi energicznie przeciw niej i nastawi swą katarynkę Desmoulinsa na nową melodię — gwarantujemy panu bezpieczeństwo, a nawet — przychylność opinii. Sądzę, że pan skorzysta z tej nadspodziewanie przychylnej koniunktury.

DANTON

żadną miarą nie może się połapać

Robespierre — zapomina się pan. Stawiałem i będę stawiać opór Komitetom do ostatniej kropli krwi. Dobro narodu jest mi jedynym prawem. Oto moja odpowiedź na pańskie obelgi.

ROBESPIERRE

dłonie oplótł o kolano, głowa lekko pochylona. Podnosi oczy spod kości czołowej; głosem nieco matowym

Danton: proszę bez frazesów. Ja pana znam.

DANTON

poderwany, wybuchem maskuje niepokój

Co to ma znaczyć?!

ROBESPIERRE

patrzy na swoje splecione ręce

To znaczy, żem pana... zrozumiał. Późno wprawdzie, bo dopiero tej jesieni. Lecz teraz znam pochodzenie pańskiego majątku. Pańską dyplomację z wrogiem — o życie króla, o koronę, o pokój. — Tego bilansu nic już pogorszyć nie może.

DANTON

trzyma się mocno. Pochylony nad stołem, łagodnie

Maxime: kto panu wmówił te brednie?

ROBESPIERRE

jakby nie dosłyszał

Widzi pan zatem, że „dobro narodu” brzmi w pańskich ustach trochę... niegustownie. Ale — dla pewnych powodów — ukrywałem po dziś dzień swą smutną wiedzę. I gotów jestem okłamywać opinię nadal; z oczu Dantona tryska snop iskier; zrozumiał gotów jestem zapewnić panu bezkarność, jeżeli pan przejdzie na stronę rządu. twarz Dantona straciła swój posępny wyraz, stała się napięta, ironiczna, przybrała bystre wejrzenie Tylko — to już nie będzie intryga o dwu lub trzech obliczach, przyjacielu!

DANTON

po chwili skupienia nagle podnosi głowę

Mówmy po ludzku, Robespierre. Tak jest: ma pan nade mną przewagę. Ale ostrzegam: rządowi — sławetnym Komitetom i Konwencji — nie poddałbym się, nawet gdybym był pokonany. Przed niższymi od siebie nie uchylę czoła.

ROBESPIERRE

prawie z politowaniem

Rząd — niższy od pana?!

DANTON

Jak każdy tłum — od wybitnej jednostki. Robespierre gwałtownie podnosi głowę. Przybiera naraz wyraz baczny i twardy Nie upokorzę się przed tym mobem63. Oskarży mnie pan? Bardzo proszę. Bez trudu zmiażdżę te puste oszczerstwa... spręża siły, by sugestią wymusić odpowiedź a dowodów — nie może — pan mieć... wszystko na nic. Natężona pauza. — Danton zmienia taktykę. Otwiera flaszkę, nalewa oba kieliszki Dobrze, Robespierre — pogadamy bez frazesów. — Proszę — skoro się pan trucizny nie boi? trącają się i piją, Robespierre z doskonałą obojętnością. Po pełnym hauście Danton odstawia kieliszek. Pochyla się naprzód, ze skupionym uśmiechem Gardzę waszym rządem, Maxime; gardzę nim, jak — pan — nim gardzi.

Szeroki krąg naszej pogardy, przyjacielu, obejmuje całą Konwencję, oba Komitety. Ale obaj robimy wyjątek — i to dla tego samego człowieka. pauza. Ze ściągłym uśmiechem Wie pan przecież... dla kogo?...

męcząca przerwa. Robespierre wytęża się, by ukryć za martwą maską fakt, iż jest kompletnie zmistyfikowany. Danton podejmuje, ciszej i z dziwacznym ciepłem

Publicznie tego nie powtórzę — ani tak zwanym przyjaciołom się nie przyznam. Stąd też to pierwsze wyznanie sprawia mi istną rozkosz: podziwiam — wielbię... pana.

Bo pan jest większy ode mnie. Kto sobie umiał zbudować z rządu posłuszny instrument — kto...

ROBESPIERRE

cierpko

Dość tego. — Dokąd pan zmierza?

DANTON

pochyla się ku niemu z poważną, na wpół prawdziwą szczerością

Do zgody, Maxime! — widzisz...

ROBESPIERRE

wściekły

Przepraszam. Jesteśmy sobie obcy.

DANTON

z odcieniem szlachetnej goryczy

A więc: widzi pan; ponad głowami pospólstwa wewnątrz i zewnątrz Tuileries — gotów jestem złożyć hołd lennika panu, jako jedynemu człowiekowi wyższemu od siebie na świecie. Jeżeli się pan na to zgodzi — sądzę, że się porozumiemy.

ROBESPIERRE

po krótkim namyśle

Niech będzie. To kwestia formy. — Warunki już wymieniłem.

DANTON

łagodnie, teraz ostrożnie

Popierając pańską akcję w obecnym jej kierunku przyspieszyłbym pańską zgubę. Gdyż polityka pańska jest polityką — wspaniałego — obłędu.

ROBESPIERRE

Przecie zarzuty, jakie nam pan stawia, są dziecinne, Danton.

DANTON

Oczywiście. To efekty dla galerii. Pański błąd leży znacznie głębiej. pochyla się naprzód Izoluje pan rewolucję, Robespierre! Te nieludzkie wymagania odstraszają stopniowo najzapalczywszych! Na pańskich szczytach nie można oddychać!

Albo terror. — Nie o te głowy baranie mi chodzi, głowy to głupstwo; ale pan tępi złodziejstwo i korupcję, a to naturalne potrzeby, bez których państwo ginie! Jakby pan zabronił ludziom trawić! — Wie pan, co pan tym terrorem zmiażdży? Handel i przemysł. Sprowadzi pan bankructwo, które kraj popamięta z pięćset lat.

ROBESPIERRE

Cóż mi pan zatem radzi?

DANTON

Trzeba osunąć poziom rewolucji do poziomu natury ludzkiej. Złagodzić żądania — do możliwości. Uspokoić sfery finansowe. Słowem — udostępnić rewolucję. A przede wszystkim zdjąć z Francji przekleństwo wojny.

ROBESPIERRE

na wpół do siebie

Otóż to — w sam przeddzień zwycięstwa! — Danton: pan reprezentuje pięć procent społeczeństwa; ja — siedemdziesiąt procent. Pan mówi: udostępnić rewolucję. Ja to nazywam: zdradzić ją. — Od tajnego rozkładu wolę katastrofę.

DANTON

mruży oczy

A jednak tędy tylko dojdzie pan do celu.

ROBESPIERRE

Przyznam się, że nie rozumiem ani słowa.

DANTON

przeciąga swój uśmiech

Doprawdy?...

ROBESPIERRE

zirytowany

Mój cel, Danton — to udostępnić ludzkie warunki egzystencji siedemdziesięciu procentom narodu. Więc...

DANTON

Robespierre, proszę bez frazesów: ja pana znam.

ROBESPIERRE

zrazu zdumiony, nagle odwraca oczy, na wpół uśmiechnięty w przestrzeń

I wonder64...

DANTON

I jeszcze nie opuści pan maski, choć widzę przez nią każdy rys?! — Oj, angielska krew... Robespierre reaguje spojrzeniem Iryjczyka65, który wie, że takich uwag prostować nie warto Robespierre: oprzeć się na pospólstwie — to ryzyko straszne. Jak pan mógł obrać ten muł za fundament?! — Buty panu liżą... póki pan stoi jak głaz. Ale niech no się pan zachwieje! Za pierwszym błyskiem niebezpieczeństwa znajdzie się pan sam; za to, gdy pan raz padnie, trzoda wróci pędem. Rozszarpie — rozniesie pana. Ubabrze się po oczy w pańskiej krwi. — To natura trzody.

Pospólstwo można zużytkować — ale nie jako podstawę! Ponadto: ujarzmia się je batem i przepychem, nie kazaniami!

ROBESPIERRE

zamyślony

Słowem — nasz program, to absurd?

DANTON

zdumiony

Spodziewam się! — Nie, Robespierre: nie bawię się w wodewile. Wiem, czemu się przed panem mogę nie żenować... Nieskazitelny!

Lud! Dusza ludu! — Pan, który na niej gra jak na organach, pan ją zna lepiej ode mnie, tę próżnię huczącą...

Ilu jest ludzi? — Dwu — trzech na tysiąc. Mniej. Reszta to materiał. — A tani! A tandetny! Aż mdło...

Miliony — miliardy tego. Spłodzone po to tylko, by ci nieliczni mieli czym tworzyć swój świat. Tego materiału nie warto oszczędzać. Na każdy czyn idą setki tysięcy, ale źródło jest niewyczerpane.

Krzywdy ludu! — Panie: gdyby wieczna harówka w najplugawszej nędzy nie była dla pospólstwa właściwym żywiołem — toż by dawno wyzdychało zamiast się mnożyć gorzej od robactwa! — Spróbuj im pan dać wolność i dobrobyt, a uduszą się, jak ryby na piasku.

intensywnie, prawie groźnie No, Robespierre: teraz mnie pan zna.

ROBESPIERRE

zamyślony

Tak... teraz...

DANTON

wstaje; wspiera się na pięściach

Dokończę zatem; i wydam się panu doszczętnie.

O tak: ja też marzyłem o władzy naczelnej. — Bo cóż innego nas, ludzi genialnych, na tej nędznej ziemi znęcić może? — Lecz ja się załamałem. Wstręt i śmiertelny smutek samotności podcięły mi rozpęd.

Panować — nad tym bydłem? — Pomiatać nim — bawić się nim — i milczeć wiekuiście? Szkoda życia. Stokroć już lepiej samemu służyć... człowiekowi, wobec którego przynajmniej można być sobą.

Pan wie, co to samotność. Był czas, gdy i pan gryzł własne ciało pod piekielnym przymusem milczenia. Lecz pan umiał zdławić w sobie ten krzyk żywej duszy; ja nie. Moje ludzkie, drgające nerwy nie są z metalu. Ja jeszcze umiem... płakać.

Szukałem człowieka. Szukałem jak głodne zwierzę. Jak maniak. Widzę dotąd — jak wspomnienie koszmaru — te tysiące martwych lusterek z emalii, w których odbiłem spragnioną mordę... nim mi nareszcie twoje wrogie oczy zabłysły żywą myślą w odpowiedzi.

Tyś silniejszy jest ode mnie. Jesteś jak cienka szpada z jednolitej stali. Za spokojną maską otchłań milczącej pogardy... i wola, której pędu nic prócz śmierci nie przełamie.

Wielbię cię. Przeklinam cię za to, chciałbym cię opluć i zdeptać. — Wielbię cię. Na tym olbrzymim zawszawionym świecie ty jeden, ty... herosie. — O, nie puszczę cię już. Narzuciłem ci wiedzę o sobie; przykuję cię jeszcze ciaśniej. Ściągnę cię przemocą na właściwą drogę. I będę ci służyć...

Jak nagi przed tobą stoję, ja, co kłamałem królom i ministrom... tobie, i tylko tobie dotrzymam wierności. Słyszysz? nachyla się intensywnie ku niemu Spójrzże mi w oczy, Nieskazitelny. Zgwałciłem twoją tajemnicę. Przede mną — nie masz już co kryć.

ROBESPIERRE

podnosi oczy

Danton: teraz mnie mdłości biorą.

DANTON

blednie i mruga, celnie trafiony. Nagle, z cichą pasją

Kłujesz, żmijo? Zamiast cię omotać siecią podstępu, jak zamierzałem... ja ci tu dosłownie daruję samego siebie... a ty byś może chciał mnie odtrącić... co?

Owszem: spróbuj. Spróbuj tylko. Życie moje masz w garści; skorzystaj z chwili szału. Spróbuj, a rzeczywiście osiągniesz koronę. O, bardzo prędko nawet, i bez trudu. Koronę, co ci mózg przepali... nim pod nią padniesz. ciszej Maxime... czy wiesz, co znaczy — wewnątrz — śmiertelne słowo dyktatura?...

Tyś mimo wszystko człowiekiem. Tego — nie uniesiesz.

ROBESPIERRE

Czy to pan ma gorączkę — czy też ja majaczę?...

DANTON

pochyla się niżej

Słuchaj, Maxime. Nie do ludzkich uczuć w tobie mówię — bo ich nie znasz, lecz do twej granitowej woli: oprzyj się na mnie — na nas, elicie — na betonowym murze, nie na kupie gnoju! obejrzał się mimo woli — ciszej Camille’a ci nastawię, to głupstwo; jeszcze ciszej Fakcję całą rzucę ci do nóg. Powiedz tylko: dobrze. To jedno neutralne słowo. — Zrobię cię cesarzem, Maxime... groźnie Mów!

ROBESPIERRE

wstaje cicho

Wybaczy pan. Pomyliliśmy się obaj. Czas przerwać tę tragifarsę.

DANTON

dopada go skokiem

Ty... cherlaku! — Waż no mi się...

ROBESPIERRE

chwycony za ramię, mniejszy od niego, na łasce brutalnego szarpnięcia

Rozumiem teraz. Jest pan po prostu pijany.

DANTON

tym razem trafiony w sam rdzeń — z nagłym spokojem nienawiści

A czy pan wie, że ja mam czterech świadków na wszystko, co pan wyznał?

ROBESPIERRE

Domyślałem się. Toteż sprawiłem im zawód. Dobranoc.

odchodzi

DANTON

rzuca się za nim; stłumiony, nieopisany krzyk

Maxime!!... Robespierre rzuca mu od drzwi spojrzenie jak policzek i znika. Zataczając się, Danton wspiera się o stół. Ma oczy błędne w twarzy szarej; zmartwiałe mięśnie obwisły pod tłuszczem, szczęka drży. Dyszy. — Delacroix wchodzi cicho z uśmiechem zabójczym. — Danton — opanowany momentalnie, raźno No cóż, słyszeliście?

DELACROIX

swoim zwyczajem zastępuje u drzwi kariatydę

A — jakże, przyjacielu!

DANTON

Ostrożny bestia, co? — No, teraz będzie się przynajmniej ze mną liczyć. Trzymam go. — Gdzie Camille?

DELACROIX

Uciekł właśnie — klnąc i złorzecząc.

DANTON

Tym lepiej potrząsa głową Boże, ten pędrak!...

DELACROIX

Danton, żyrondyni ukrywają się dotąd po lasach. Chodźmy na południe. Przemycimy się przez Pireneje. Mamy jeszcze tę szansę... o-stat-nią.

DANTON

gwałtownie

Przeklęty durniu! Dopiero co słyszałeś przecie, że mnie nie tkną! krótka pauza À propos... przypomniałeś mi. Przed kilku dniami mówił mi Westermann, że dwie trzecie byłej Armii Rewolucyjnej są nam zapewnione... w razie czego. Wstąp no do niego po drodze i dowiedz się szczegółów co do zaopatrzenia, broni, organizacji i tak dalej. Nie zdążyłem go wtedy wypytać — a gotowym zapomnieć.

DELACROIX

Dobrze. ze szczególnym połyskiem oczu Więc powtórzę ci jutro informacje, jakie dostanę?

DANTON

Jutro... Wiesz, wolałbym już dziś. Jutro będę zbyt zajęty. — Przyjdź za godzinę do lokalu Enfants-Rouges. Teraz nie mam co robić, więc dla rozrywki obejdę parę sekcji. Pokażę się, pogadam... zawsze warto przypomnieć ludowi o sobie. Nie należy tracić kontaktu...

DELACROIX

w drzwiach, z lekkim akcentem

Więc za godzinę... pogadamy znowu.