ODSŁONA 2

Westybul Konwencji. Trzy wejścia: na lewo na salę, w głębi do parku, na prawo w krużganek. Po lewej na przodzie ławka, w głębi grupa fotelów dokoła stołu. Wielkie okna na park. — Danton chodzi naelektryzowany; Camille wbiega z sali.

DANTON

No i cóż, mały? Przepadł Danton, co? Pogrzebali go?

CAMILLE

żarliwie

Jakże ja mogłem na jedną chwilę o tobie zwątpić! Georges: przebacz mi tę minutę niepojętego zaślepienia.

DANTON

chwyta go za ramiona

Strachu, przyjacielu. Najzwyklejszego strachu. Ale dziś nabrałeś nowej otuchy, co? Odważysz się znów chwycić za pióro?

CAMILLE

Danton: na takie żarty nie pozwalam nawet tobie.

DANTON

chwyta go wpół i ściska

Co, nie pozwalasz?! ściska mocniej Jeszcze nie pozwalasz?

CAMILLE

umiera

Mm-n-mm... oj!

Danton uwalnia go, lecz przytrzymuje za ramiona.

DANTON

tryumfalnym półgłosem

Chłopcze: czy ty rozumiesz, żeśmy zmietli Komitet Bezpieczeństwa?! Od dziś szpicle nie mogą nam szkodzić. — Od dziś ludzie uczciwi mogą oddychać... i działać. ciszej, goręcej Za tydzień Wielki Komitet przestanie istnieć. Za osiem dni Paryż będzie miał wybór między Sądem Ostatecznym na ziemi — a mną.

CAMILLE

zafascynowany

Georges: kraj skatowany woła cię na pomoc! Ty jeden słyszysz ten krzyk. Sam jeden przeciw tysiącom furiatów, wyrwiesz Ojczyznę z rąk jej oprawców. — Danton... jesteś wielki.

DANTON

klepie go wesoło w ramię

Marny pochlebco!

CAMILLE

ciszej. Splata nerwowo ręce

Georges: wyślij mnie na śmierć. Chcę dla ciebie zginąć.

DANTON

wybucha przyjaznym śmiechem

Pisz lepiej, zamiast ginąć... cóż mi po twoim trupie?

Z wnętrza wchodzą Delacroix, Bourdon i Philippeaux.

CAMILLE

podbiega i ściska Bourdona

Brawo, Bourdon! Bravissimo, bracie! Toś im dał nauczkę!!!

DELACROIX

z drugiej strony Bourdona

Wiwat Bourdon! Niech żyje pogromca Comsuru! — Hej, Camille...

Porozumiewają się i znienacka podnoszą zwycięzcę. Bourdon, nie przygotowany, chwieje się i protestuje. Camille słabnie ze śmiechu.

CAMILLE

ugina się

Oj!... — Hop, Bourdon — nie mogę. — Uff!

rzuca się na fotel i wachluje chusteczką

DANTON

pomógł pogromcy zleźć; ściska mu obie ręce

Kolego: przez moje usta dziękuje ci Francja. Tobie zawdzięczamy pierwsze wielkie zwycięstwo: tyranii Komitetów zadałeś ranę, która się nie zagoi.

głośniej To zwycięstwo, towarzysze, utwierdzi przy nas lękliwą większość. Za parę dni chwycimy za ster rządu i Francja przebudzi się do życia po ohydnym koszmarze Terroru.

Za tydzień sto trzydzieści tysięcy młodych obywateli wróci do spokojnej pracy. Krew nasza przestanie żyźnić glebę naszych granic.

Za tydzień uściskacie tych, co jęczą dziś po lochach nowych Bastylii za to, że śmieli żądać powszechnej wolności. Fabre padnie wam w ramio...

PHILIPPEAUX

niespodziewanie jak wystrzał

Co... ten fałszerz?!

konsternacja

CAMILLE

Więc pan wierzy w tę potwarz bezwstydną, w to szatańskie kłamstwo Komitetów?! Fabre! Ten poeta o sercu gołębim!...

Delacroix i Bourdon zamieniają prywatny uśmiech

PHILIPPEAUX

wkracza między nich i obniża za każdym słowem magnetyczną temperaturę otoczenia

Panowie: im dłużej patrzę na waszą taktykę... tym mniej was rozumiem. Ja też żądam zwolnienia — dla niewinnych — ale nie dla takiego Fabre’a! Ja też pragnę całą duszą powrotu do warunków normalnych — ale nie za cenę katastrofy państwowej!

Podminowaliście Komitety, na których leży dzisiaj cały ciężar rządu — a nie stworzyliście dotąd organu, co by był gotów władzę po nich przejąć! Ależ w takim razie, jeśli Komitety nagle runą — to państwo musi się zawalić jak wysadzona forteca! Każde dziecko to zrozumie! Czy wy ze mnie kpicie?

CAMILLE

A skądże ty wiesz, Philippeaux, czyśmy nie znaleźli or...

urywa pod wymownym spojrzeniem Delacroix

DANTON

radykalnie odwodzi uwagę

Mój drogi: skoro ci się nasza akcja nie podoba, to po coś się między nas pchał?

PHILIPPEAUX

zdumiony

Ja!... Ależ to wyście mnie wciągnęli!...

Jakaś tragiczna głowa wysuwa się lękliwie z wejścia na prawo i krzyczy przejmującym szeptem.

GŁOS

Danton!... Dan-ton!!...

DANTON

odwraca się gwałtownie — daje znak Delacroix i podchodzi

No?...

Delacroix odwodzi uwagę reszty. Pod jego naporem Philippeaux zaczyna się obrażać.

Sekretarz Comsalu wyłazi z mroku, lecz przylepia się do ściany i bezustannie śledzi wszystkie dojścia.

SEKRETARZ

Billaud oskarżył pana o zdradę stanu. Wszyscy prócz Robespierre’a chcą pana zgładzić.

dwie sekundy wyraźnej ciszy

DANTON

wyprostował się tylko. Ręce lekko wzniesione w odruchu opadają spokojnie

Tylko mnie?

SEKRETARZ

trzęsie się

Nie — tamtych panów też — znają wszystkich...

chce uciekać

DANTON

chwyta go za ramię

Stój!

SEKRETARZ

frenetycznie

Jak mnie kto pozna, pójdę pod nóż!

DANTON

Opór Robespierre’a szczery czy udany?

SEKRETARZ

wije się

Czy ja wiem?! — Idzie ktoś! Idzie!!

szamoce się

DANTON

Co Saint-Just?

SEKRETARZ

dostaje konwulsji

Popiera wnio... z głową wykręconą ku oknu Chryste Panie, to on!!!

Danton uwalnia go i odwraca się momentalnie. Sekretarz mierzy salę błyskawicą okrężnego spojrzenia, po czym rzuca się w korytarz, skąd przyszedł.

DANTON

donośnym szeptem przez salę

Hej — wy tam! słyszą Znikajcie! z gestem Znikajcie! Idą!!

Delacroix rozumie pierwszy i wciąga wszystkich w przejście do sali. Danton przechadza się, pogodnie zamyślony.

ROBESPIERRE

bez kapelusza — wchodzi pierwszy, za nim Saint-Just

...tędy wczoraj, a były dopiero pąki. Zresztą to i tak spostrzega Dantona. Nie reaguje ani wibracją głosu bardzo wcześnie. Tego roku wiosna ma temperament.

DANTON

podnosi z odległości rękę na powitanie. Tylko do Robespierre’a

Witajcie, kolego!

ROBESPIERRE

z neutralnością doskonałą

Dzień dobry.

Z Saint-Justem Danton zamienia wrogie spojrzenie. Przechodzą. Słychać, jak w pięć sekund później sam czas w Konwencji przystaje razem z sercami. Danton odwraca się ku lewej i patrzy za kolegami z takim natężeniem nienawiści, że ohydny profil, zbudowany na szczęce jak wał kamienny, przybiera pewną absurdalną piękność.

BOURDON

wbiega przerażony

Danton... oni na mój dekret!!!

DANTON

Więc leć i broń go, safanduło! Dalej!

BOURDON

opiera się o ścianę

T... to ja go mam bronić?!... Philippeaux jeszcze suchszy niż zwykle wsuwa się nieznacznie; z założonymi rękami opiera się biodrem o stół i słucha Robespierre wściekły. Konwencja odwoła na kolanach. Comsur dostanie Hérona z powrotem... ale nie zapomni! — Wyleją mnie od jakobinów jeszcze dziś! — Chodźże i rycz co sił, inaczej diabli nas wezmą!

DANTON

Nie trać czasu. W lewo zwrot!...

BOURDON

przeobraża się. Podany naprzód, posuwa się o krok ku Dantonowi

Dan-ton: mnie śledztwo w sprawach Fabre’a i Vincenta dreszczem nie przejmuje. Danton: nie dla własnej uciechy napadam Komitety dzień w dzień.

ramiona Philippeaux opadają

Mnie, Danton, nie ogłoszą dyk... Danton rzuca się na niego. Wśród szamotania, coraz głośniej ...tatorem na czerepach... Danton przywarł do niego, zgniata mu dłonią usta. Bourdon wywija się dołem, krzycząc. ...Komitetu Ocalenia. za późno już. Danton dyszy, trzęsąc się z gniewu. Twarz Philippeaux przybrała odcień gliny rzeźbiarskiej. — Widząc, że się zamach na wolność słowa nie powtórzy, Bourdon spokojnie zmierza ku ławce Więc ja się za ciebie nie poświęcę. zasiada Idź i broń swojego dekretu.

Camille wraca i staje przy drzwiach.

DANTON

nachyla się ku Bourdonowi z szatańskim uśmiechem

Idź i broń swojej skóry, Bourdon. Gdybym ja cię poparł, bracie — siedziałbyś jutro w La Force58.

BOURDON

podrywa się

Co... uspokojony Strasz swoją ciotkę takimi bzdurami.

Delacroix wsuwa się cicho. Wkłada papiery do teki obok Philippeaux.

DANTON

Widziałeś tego młodzieńca? To sekretarz Comsalu. Przyniósł mi nowinę, że chcą mnie stawić pod sąd. Bourdon zgalwanizowany podnosi się z wolna Uspokój się: tylko mnie jednego. O was nic nie wiedzą... na razie. Ale spróbuj... spróbuj no mnie opuścić! pauza Radzę ci teraz: napraw coś popsuł! Radzę ci!! — A prędzej: niezdrowo ze miną rozmawiać.

BOURDON

z dłońmi u skroni, prawie błędnie

Jezu... miłosierny... Jezu... cicho, eksplozywnie A wiedziałem, że na tym się skończy! Wiedziałem! — Wiedziałem!...

Ręce mu opadają. Rozejrzał się tępo. Zmierza ku wyjściu.

DANTON

wskazuje ku podłodze w stronę sali; cicho

Hej, Bourdon!

Bourdon zawraca. Powoli, prawie chwiejnie, znika w przejściu. Danton odprowadza go uśmiechem; na widok przerażonego Camille’a przeczuwa obecność jeszcze innych świadków — obraca się błyskawicznie i staje oko w oko z Philippeaux.

PHILIPPEAUX

dygoce od stóp do głów. Ledwo dobywa głosu

A... łotrze... plugawy... łotrze...

Danton razi go wzgardliwym spojrzeniem.

CAMILLE

Philippeaux!... Oszalałeś?!...

PHILIPPEAUX

płonie jak smolny wiór. Siły cielesne nie dorównują natężeniu pasji

Więc państwo ma się rozlecieć w kawałki... żeby Danton bezkarnie mógł ukraść koronę? — Więc po to zwalczamy stan wyjątkowy, po to szturmujemy Komitety — żeby Danton nie stanął przed sądem między podżegaczem Vincentem a fałszerzem Fabre’em?!!... chwyta się za głowę O, cóż ze mnie za kretyn, Chryste Panie... znów do Dantona ciebie, bydlę, nie przejrzeć od razu! spluwa przed nim Tfu.

odchodzi

DANTON

z gorzkim śmiechem

Tonący okręt, co, szczurze wandejski?

PHILIPPEAUX

przystaje; przez ramię, żarliwie

Daj Boże, aby czym prędzej zatonął!

DANTON

Lećże do Komitetów i donoś! Wynagrodzą cię suto — jak Chabota, co trzeci miesiąc siedzi...

PHILIPPEAUX

Oni cię znają, po co im donosić? — Zresztą czy oni lepsi? załamuje się. Coraz ciszej O nieszczęsny... nieszczęsny mój kraju...

Wychodzi. Danton pada zmęczony na ławkę.

DELACROIX

przechodzi do niego

Kiepsko, Danton. Nie może być gorzej.

DANTON

uprzejmie podnosi oczy

Uciekasz?

DELACROIX

Spodziewam się! — Oj, Danton: aleś nam bigosu nawarzył tym dekretem, nno! — Ile razy ja cię przestrzegałem, że nie można przesadzać?! Pókiśmy mieli Centrum w garści, póty można się było utrzymać. — Masz teraz: sprowokowałeś Robespierre’a, no i wydarł ci władzę nad „Niziną” jednym szarpnięciem! Parlamentarnie — jesteśmy pogrzebani.

DANTON

sennie

E-ech. Bourdon może wszystko naprawić.

DELACROIX

Naprawić! — Wykluczone. Robespierre jest naprawdę zły. Wysłałeś biednego Bourdona na pewne stracenie.

CAMILLE

z goryczą odwraca się od okna

A ty — uciekasz!

DELACROIX

przez ramię

Cóż mu to pomoże, jeśli się dam pogrzebać razem z nim? zamyśla się Prawdę mówiąc, Danton — ja nie wiem, jak ty się teraz zechcesz wygramolić. Dałeś sobie odebrać wpływ na szerszy ogół — „Cordeliera” — a dziś przegrałeś bezpowrotnie wpływ na Konwencję. Słowem — jesteś bez broni. — Cóż poczniesz, jak cię naprawdę oskarżą w Komitecie?

DANTON

Już mnie oskarżyli, bracie, słyszałeś przecie.

DELACROIX

prawie ubawiony

Więc to prawda?!

DANTON

sennie

Niestety.

DELACROIX

zamyślony chwyta się za brodę

Ou, pssssiaa kreew... żywo W takim razie, Danton — trzeba znikać. Prestissimo59 upewniwszy się, że Camille nie słucha — przysiada się do rozwalonego Dantona i zaczyna, bardzo prywatnie Pod tym względem jesteś w położeniu szczególnie korzystnym: zwróć się do Ministra w sprawie przebycia kanału. Przepustki do wybrzeża dostanę z łatwością. Drapniemy jeszcze dziś w nocy.

DANTON

z szyderczą melancholią

A ojczyznę na podeszwach zabierzemy, co?

DELACROIX

zdezorientowany

Nie stoisz na trybunie, Danton — cóż to znów za pomysł? po krótkiej pauzie, ciszej Przyjacielu, radzę ci, wykop nas obu — póki droga otwarta.

DANTON

Droga zamknięta, braciszku. Zerwałem z Pittem.

DELACROIX

gdy odzyskał głos

Na rany Zbawiciela... po co?!!

DANTON

Tak chciało dobro państwa. Wróg Francji jest wrogiem moim.

DELACROIX

skombinował

Czyli że Twelve dał ci odprawę. — Wiesz, Danton: to szkoda. Danton sennie wzrusza ramionami. Partner postanawia go rozbudzić Słuchaj no, mój miły: zarżnąć ja się za ciebie nie dam. Zachoruję teraz na dwa dni; jeśli mnie w tym czasie nie wydobędziesz — przysłużę się Komitetom informacjami, a zrobię to zręczniej niż Chabot. — Pamiętasz naszą misję w Belgii, co?... À bon entendeur, salut60.

chce odejść

DANTON

rzeczywiście rozruszany, unosi się i ryczy pod tłumikiem

Tchórzu bezwstydny! Czy myślisz, że bym tu siedział i ziewał, gdyby mi coś naprawdę groziło?! Pędrak ze mnie, czy co, żeby mnie taki Robespierre mógł jednym palcem przewrócić? Co innego spotwarzać Dantona za plecami, a co innego — tknąć go!

DELACROIX

Dwa dni, Danton. — Do widzenia.

DANTON

Hej, Lacroix! Po ile teraz cenne koronki flamandzkie?... Delacroix drgnął; zawraca trochę niepewnie, blady z gniewu. Danton podchodzi do niego; twarzą w twarz One cię ze mną związały... oplątałeś się w nie... zaznacza stryczek Nie próbuj lepiej zrywać tych miłosnych więzów... nie próbuj! Mam rezerwy, o których wam się nie śniło. Delacroix niecierpliwie wzrusza ramionami ale powiem ci tyle: teraz ja sam wkraczam w szranki. Rozmówię się z tym Robespierre’em, co udaje, że chciałby mnie wyzwać; a jeśli go sobie za pół godziny nie owinę na palcu — to możesz iść mnie denuncjować.

DELACROIX

sucho

Zobaczymy. odwraca się i wychodzi

Danton zwraca się ku ławce. Przez drzwi słyszy głos mówcy; zaciekawiony otwiera je szeroko i słucha, oparty o futrynę ze smutnym uśmiechem.

GŁOS ROBESPIERRE’A

natężony do maksimum siły influencyjnej

...przemocą do sali tajnych obrad i zażądał trzech głów. Upatrzył sobie trzy filary naszej administracji finansów. Znacie go. Znacie jego trzy ofiary. Wszystkich czterech zresztą widzę stąd.

Nazwaliście ich „pobłażliwymi”? Oto ich pobłażliwość. Panowie! Rozbiliście fakcję, co chciała udusić Republikę w krwi, panice i głodzie. A teraz — ulegacie bezmyślnie drugiej, daleko groźniejszej, której ukryci wodzowie mają zysk osobisty za jedyny cel — a nie znają przesądów moralnych. Spełniacie potulnie wolę ludzi, którzy z pełną świadomością prowadzą państwo w przepaść. — Przebudźcie się, panowie — i czuwajcie.

Namiętne oklaski. Danton mruży oczy i wybucha krótkim gorzkim śmiechem. Nagle:

DANTON

Camille!... Chodź no, posłuchaj.

Camille podchodzi.

GŁOS ROBEPIERRE’A

przezwycięża długi aplauz

Poznaliście swą omyłkę, panowie. Nie sądzę, aby podstępnie wyłudzony dekret aresztowania wart był dalszej straty czasu. Skreślcie go i przejdźcie do ważniejszych spraw.

Huczne oklaski. Danton zamyka drzwi. Patrzą na siebie.

CAMILLE

po dłuższym milczeniu

Ja ci zostaję, Danton.

DANTON

Zapewne. Aż do chwili, gdy Robespierre palcem na ciebie kiwnąć raczy.

siada ciężko

CAMILLE

łagodnie

Nie znasz mnie jeszcze, Danton. — Powiedziałem ci, że chciałbym dla ciebie zginąć. Okazuje się, że znajdę wkrótce sposobność dowieść ci, czy to był frazes.

DANTON

posępnie

Dużo mi tym pomożesz... podrywa się nagle, odzyskując żywotność Ale któż widział od razu o śmierci majaczyć! Przecie ani mnie pod nóż nie spieszno, ani Komitetom do rozprawy ze mną! Podnieść rękę na Człowieka Dziesiątego Sierpnia — to obłęd, na który nie stać nawet sfiksowanego studenciny Saint-Justa! Francja zerwałaby się jak jeden mąż!

CAMILLE

potrząsa głową

Wiesz... ja zaczynam tracić wiarę w lud.

DANTON

znacząco a tajemniczo

Lud zna swego pana, chłopczyku...

Hehe! Zacny Robespierre śni urocze sny o potędze... jemu nie wystarcza kierować wolą mas: on chce opanować człowieka aż do kości, przerobić każdą jednostkę przemocą na swój papierowy ideał — I takich krwawych Chrystusowych maniaków pełno zresztą w każdym kraju.

Ja, moje dziecko — znam ludzką naturę. Zamiast ją bezmyślnie atakować, dogadzam jej. W tym tajemnica mojej potęgi. Wystarczy mi powiedzieć trzy mądrze dobrane słowa, a całe tłumy lgną do mnie i słuchają, i ubóstwiają mnie. — On tymczasem — za cenę okrutnego wysiłku zmusi czasem lud do uległości... na krótką chwilę, po której następuje reakcja: coraz dzikszy strach i śmiertelna skryta nienawiść.

CAMILLE

potrząsa głową

Daj pokój. On ma niepojętą władzę nad masą.

DANTON

Haha! Właśnie: póki na nią patrzy. Oparcia on w ogóle nie ma. Cała jego potęga to magnetyczne kuglarskie sztuczki, znane każdemu oszustowi na jarmarku... dlatego mi tak gładko odbił Konwencję; i dlatego Konwencja wróci do mnie, gdy on tylko zejdzie z trybuny. A jest tak zaślepiony, że sobie właśnie masę obrał za fundament dla swych ambitnych zamysłów... nie przeczuwa, że ma w niej zaciekłego wroga! — Ja się do ludu nie łaszę jak on; brzydzę się pospólstwem, wolę dobre towarzystwo. Ale gdyby naprawdę doszło do starcia — gdybyśmy się obaj odwołali do ogółu — cała Francja rzuciłaby mi się na pomoc... przeciw niemu.

CAMILLE

poniesiony

To wyzwij go! Niechże się z tobą zmierzy!

DANTON

Nie, po co? Nie chce mi się wytężać. — Przeciwnie: pojednam się z nim. Otworzę mu oczy na jego fatalną pomyłkę; ukażę mu jej straszne dla niego, a już bardzo bliskie skutki; przekonam go o swej przewadze — i podam mu rękę. Jeśli jest przy zdrowych zmysłach, ulegnie mi. Naprowadzę go na właściwą drogę do... do celu. Razem położymy koniec tej krwawej szopce.

CAMILLE

Georges: jeśli ratunek leży w kompromisie z Robespierre’em, to tysiąc razy wolę zginąć.

DANTON

klepie go w ramię

Wyrośniesz z tego, mały.

CAMILLE

z uderzającą intensywnością

Nigdy — póki pamiętam.

DANTON

z lekka zdziwiony

O, aż tak?... Ale pociesz się: to nie my, to on musi się zgodzić na kompromis. — A gdyby się nawet miało okazać, że Robespierre nie jest zupełnie normalny — no, to mam środki obrony w pogotowiu. A on nie.

CAMILLE

zaciekawiony

Jakie środki?

DANTON

nasłuchuje

Dowiesz się... No, już odśpiewali requiem nad naszym dekretem. Wiesz co, mały — chodźmy. Przeczuwam, że wnet ktoś tędy przejdzie. A taki mnie zdjął wstręt do rodzaju ludzkiego, że gotów bym dostać torsji na widok koleżeńskiego pyska. wyjrzał przez okno A co, nie mówiłem? Prędzej, chodźmy.

W drzwiach mijają się z Billaudem i Vadierem. Wymiana spojrzeń, bez pozdrowienia. Wychodzą.

VADIER

półgłosem

Tego turbota faszerowanego trzeba będzie wkrótce wypatroszyć.

BILLAUD

z naciskiem nie odpowiada i czeka chwilę, by to uwydatnić

Hałasu nie ma. Usłuchano zatem. Możemy tu poczekać.

VADIER

na punkcie miłości własnej istna mimoza

Coś tobie też już Dantona żal, jak widzę?

BILLAUD

Francji mi żal. Stroić żarty na temat tak groźnego dylematu, to — nikczemność.

Vadier czerwieni się jak indyk, lecz powrót samozwańczych delegatów przecina ledwo nawiązaną sprzeczkę.

ROBESPIERRE

znużony siada z satysfakcją

Uff! — No, to by było załatwione. — Ach, przyszliście też?

VADIER

Jako rezerwa.

BILLAUD

Cóż, opierali się?

ROBESPIERRE

Ani śladu. Starali się nie zemdleć. Bourdon wykazał, że dekretując aresztowanie głównego ich agenta, Konwencja złożyła Komitetom najgłębszy hołd. Uch! — No, panowie — wracajmy.

wstaje

SAINT-JUST

Zaraz. — Robespierre, nie traćmy czasu w Komitecie: przekonałeś się teraz, że Danton nie myśli składać broni...

BILLAUD

A więc?...

ROBESPIERRE

patrzy na czubek prawego trzewika

Panowie: zgodzę się na fatalną konieczność, jeśli ją uznam. Naprzód spróbuję pozyskać Dantona i Desmoulinsa dla rządu; mam powody przypuszczać, że mi się uda — gdy Danton zrozumie swą sytuację. Gdy wykonam ten zamiar, odpowiem wam tak lub nie.

VADIER

Chcesz konferować z tym zdrajcą?!

ROBESPIERRE

Barère, ten urodzony pośrednik, zaaranżuje mi spotkanie.

BILLAUD

Ty, Robespierre, miałbyś się ubiegać o audiencję u Dantona — ?!

SAINT-JUST

Błagać go o podanie ręki!...

ROBESPIERRE

rusza ku drzwiom; swobodnie

Och, moi drodzy, a cóż znaczą upokorzenia, gdy chodzi o państwo? z wesołym śmiechem Padłbym mu do nóg w razie potrzeby!