ODSŁONA 4

Rue St. Honoré 398108. Robespierre, bez kamizelki ani krawata, śpi na rękach złożonych u brzegu dressing-table109. Zbudzony pukaniem, podnosi głowę lekko skrzywiony, ale nie odpowiada.

ELÉONORE

wchodzi, przystaje — bardzo cicho

O... przepraszam. Nie wiedziałam, żeś wrócił.

ROBESPIERRE

nie spojrzał na nią nawet

Kwadrans temu.

ELÉONORE

Czy wyjdziesz jeszcze?

ROBESPIERRE

Za dziesięć minut. — Czego chcesz?

ELÉONORE

Co ci mam przynieść?

ROBESPIERRE

Nic. Dać mi spokój.

ELÉONORE

buntuje się

Ależ!...

ROBESPIERRE

z groźnym spokojem

Zlituj się; i przestań. przyciska palce do skroni z grymasem bólu i zniecierpliwienia. Wydaje cichy, warczący jęk, nie otwierając ust Mmmmmm-mmm...

Tymczasem Eléonore, nie urażona wcale, kompetentnie i cicho doprowadza do porządku chaos ubrań, ręczników, papierów i powyciąganych szuflad w pokoju — słowem usuwa niedwuznaczne ślady pobytu w nim człowieka, co wpadł do domu na dwadzieścia minut, wściekły, na wpół przytomny wskutek migreny i bezsenności — by się przebrać i przygotować na dalszych siedem godzin parlamentarnych zapasów.

Podczas tego zajęcia Eléonore musnęła go półuśmiechem ściągłym a kpiącym — przypadkowo musiał go dostrzec lub odczuć. Dość, że nareszcie zwraca głowę o mały kąt w jej kierunku. Nie widzi jej wyraźnie, bo zogniskowanie źrenic sprawia mu zbyt wiele trudu.

ROBESPIERRE

zwykłym głosem

Léo.

ELÉONORE

zawraca swobodnie

Słucham?

ROBESPIERRE

wyciąga do niej jedną rękę; drugą zostawia u skroni

Przepraszam cię. Staję się niepoczytalny.

ELÉONORE

oddaje uścisk ręki z wesołym uśmiechem

O, Maxime — ja na twoim miejscu byłabym istnym szatanem. — Ale słuchaj: czy ty się naumyślnie głodzisz?

stawia to pytanie rzeczowo, bez ironii

ROBESPIERRE

ściąga brwi w bolesnym wysiłku pamięci

Ja — się głodzę?...

ELÉONORE

z półuśmiechem

Od wczoraj w południe dopiero.

ROBESPIERRE

osłupiały opuszcza ręce

Wszyscy święci!! podnosi się A zastanawiałem się, co mi jest!...

ELÉONORE

biegnie ku drzwiom

Zaraz dostaniesz bulionu. za drzwiami woła coś na dół. Tymczasem Robespierre, stojąc oparty o dressing-table, bezradnie i powoli przeciera czoło wierzchem dłoni, potem przyciska do niego równie bezcelowo obie ręce — skrzywiony rozpaczliwie, bliski płaczu, jak człowiek zbyt długo męczony. Na wejście przyjaciółki opanowuje się bardzo niedostatecznie, co ona ignoruje z taktem nieco niemiłosiernym Nim wypijesz, przygotują ci coś więcej. — Czemu stoisz? Siądź.

ROBESPIERRE

bezwładnymi ruchami wciąga kamizelkę

Dziękuję. Nie chcę nic więcej.

Musi odpocząć.

ELÉONORE

Dobrze. — Powiem jej. stoi u brzegu środkowego stołu, podczas gdy Robespierre, rozwścieczony swym osłabieniem, zmywa sobie twarz wodą kolońską; po czym odwraca się i poprawia fryzurę przed lustrem. Eléonore zdecydowała się nareszcie: Maxime... czy sprawa Dantona przybiera zły obrót? on obraca się ku niej bardzo powoli, w nieruchomości zastraszającej. Eléonore patrzy w ziemię, by się nie dać onieśmielić. Prawie szeptem Powiedz mi, Maxime.

ROBESPIERRE

wpatrzony w nią bez wyrazu

Skąd ci to na myśl przyszło? Przecie gazety...

ELÉONORE

wzrusza ciężko ramionami

Gazety! Ufać gazetom! krótka pauza. On czeka jak posąg; ona podnosi nareszcie oczy Maxime, w żadnym niebezpieczeństwie — podczas najcięższych kryzysów — nigdy nie wyglądałeś tak jak teraz.

ROBESPIERRE

odwraca się znów do lustra ze złym, suchym śmiechem

No, jeśli osądzasz sytuację polityczną według mojego wyglądu!

ELÉONORE

jakby do siebie

To przecie najpewniejszy sposób.

ROBESPIERRE

obraca się nagle i szybko. Jest blady, twarz mu lekko drga. Stłumionym głosem

Léo... nie jestem dziś cierpliwy. Nie drażń mnie, proszę.

ELÉONORE

podchodzi nagle do niego. Maskuje przejęcie jasnym, drwiącym uśmiechem

A ty miej litość nade mną. Wiesz sam, co znaczy niepokój... chwyta go za barki Co tobie jest, człowieku?!

ROBESPIERRE

patrzy w ziemię

Ten proces to ryzykowny pojedynek, ale jestem prawie pewien wygranej. Póki Konwencja nie traci głowy — póki mam władzę nad klubem — póty nie ma się o co niepokoić.

ELÉONORE

ręce jej opadają, patrzy w ścianę

A toś mnie pocieszył... pukanie. Biegnie do drzwi, odbiera tacę, dodając To wystarczy. Nic więcej.

ROBESPIERRE

podchodzi do głównego stołu, lecz nie siada

Dziękuję ci.

Mierzą się wzrokiem, oboje spokojni.

ELÉONORE

wybucha półszeptem

W takim razie skąd ten wyraz... rozpaczy?

ROBESPIERRE

aż drgnął. Ściąga gwałtownie brwi; opanowuje się nagle

Mam troski, dziecko drogie.

Bierze bol110 w obie ręce, lecz nie podnosi, bo za gorący.

ELÉONORE

z gorzkim śmiechem dolnej tylko połowy twarzy

Doprawdy?! — A czyś ty miał jedną godzinę wolną od trosk, odkąd cię znam?! coraz namiętniej i ciszej Rok temu byłeś przez cały długi tydzień o krok od gilotyny... a nie patrzyłeś na świat tak o... jeszcze ciszej jak... osaczony.

ROBESPIERRE

ze śmiechem prawie wesołym

O Boże! — Gilotyna!

Podnosi bol i dmucha na powierzchnię płynu.

ELÉONORE

naraz łagodnie

Maxime — bij mnie, jeśli chcesz. Ale nie ruszę się stąd, nim mi nie powiesz.

ROBESPIERRE

wzdycha z udaną cierpliwością; opiera się o stół na rozstawionych rękach

Kobieto, mnie nic nie grozi. Nic. — Tylko... opuszcza głowę. W tym stanie osłabienia i depresji nie umie oprzeć się pokusie, by się podzielić z kimś drugim chińską torturą pewnej myśli. Monotonnie Sprawa Dantona to dylemat. Jeśli przegramy — cała Rewolucja na nic.

A jeśli wygramy... prawdopodobnie też. chwila przerwy Pięć — lat — walk, cierpień, niezliczonych ofiar... na — nic... nachylony nad stołem z wyciągniętą szyją, patrzy przez chwilę w nieskończoność przed sobą. Oddycha powoli; spokojna twarz przybrała wyraz koncentracji, napięcia i sfascynowanego przerażenia — wyraz, jaki uderza na tym ostatnim portrecie z profilu. Wreszcie spokojnie zamyka oczy i prostuje się Nie wolno mi tego mówić. podnosi bol i pije. Odstawia go. Powieki i nozdrza mu drżą. Z wyrazem wprost nabożnym Powracam do życia.

ELÉONORE

przypatruje mu się uważnie

Myśli tego rodzaju są typowym objawem wyczerpania, Maxime.

Odetchnąwszy głęboko, Robespierre pije dalej.

ROBESPIERRE

ociera usta. Głosem zmartwychwstałego

Miejmy nadzieję, że masz rację... chociaż...

W każdym razie póki mi ten czort w pracy nie przeszkadza, póty nieszczęście nie jest wielkie. patrzy na zegarek i gwiżdże Trzeba się pospieszyć. — Dziękuję ci serdecznie; czuję się znacznie lepiej.

Bierze przygotowany krawat, owija go zręcznie dokoła szyi.

ELÉONORE

kontroluje stan przygotowanych manszetów

Do klubu?

ROBESPIERRE

spina krawat

Tak jest.

wciąga frak

ELÉONORE

zaciekawiona

Słuchaj — czy to prawda, że właśnie teraz Legendre prezyduje?

ROBESPIERRE

przypina żabot przed lustrem

Mhm...

Skończywszy, przytwierdza manszety.

ELÉONORE

Ale nie robią ci chyba trudności?

ROBESPIERRE

zajęty prawym manszetem

Od trzech dni nikt mi nie robi trudności — póki na niego patrzę. pukanie. Nie podnosząc oczu Proszę.

ELÉONORE

Więc do jutra, Maxime.

Żegnają się skinieniem. W drzwiach Eléonore mija się z Barèrem i Fouquierem.

BARÈRE i FOUQUIER

Dzień dobry.

ROBESPIERRE

zapina ostatni guzik. Nie podnosi oczu

Witajcie. Cóż tam? odrywa nareszcie oczy od rękawa i patrzy na gości. Podają sobie ręce O, pan, Fouquier? Jeśli się nie mylę, spotykamy się prywatnie po raz pierwszy. skinienie potwierdzające oskarżyciela Usiądźcie. siadają. On stoi przed nimi, badając swe pończochy i trzewiki. Odkrywa plamę tuż nad kolanem, bierze więc szczotkę i czyści, mówiąc Barère, dobrze że pana widzę. Proszę szepnąć Komitetowi Bezpieczeństwa, aby zwrócono szczególną uwagę na więzienia. Aresztowanie Dantona musiało podziałać na innych jak dzwon na trwogę. Z pewnością organizują się i spiskują. A nam już właśnie tylko brak powstania więźniów politycznych w stolicy.

BARÈRE

nieśmiało

Sądzi pan?...

ROBESPIERRE

prostuje się

Tak jest, sądzę, i to bardzo. Barère otwiera oczy szeroko, bardziej zaskoczony niż urażony tym tonem. Robespierre siada niecierpliwie, opierając na dłoni głowę utrzymaną prostopadle Z czym żeście przyszli?

FOUQUIER

Robespierre: ten proces przybrał obrót groźny. Danton doprowadza galerie do obłędu. Zamiast odpowiadać na zarzuty — sypie frazesami i atakuje rząd. A to działa, Robespierre! Już jest tak pewien swej publiczności, że dziś śmiał pozwać swych oskarżycieli przed sąd opinii publicznej. Dzisiejsze posiedzenie miało przebieg tak... niepokojący, że jeśli to potrwa...

ROBESPIERRE

bez ruchu

Jeśli to potrwa, przyjacielu — to pojutrze Francja, otoczona ze wszech stron wojskami, obudzi się bez rządu — ze stolicą zajętą przez wroga.

FOUQUIER

intensywnie

A więc, Robespierre?!

ROBESPIERRE

oparł się o stół, zawisł nad płytą. Mówi łagodnie jakby o rzeczy oczywistej

A więc, Fouquier: trzy dni minęły dziś; jutro Danton musi zginąć.

FOUQUIER

cofa się w krześle, ściąga gniewnie brwi

Cóż to za odpowiedź?

ROBESPIERRE

jak wyżej

Jutro musi zapaść wyrok śmierci, Fouquier. Wasza w tym rzecz, żeby go uzasadnić i wydać. O dalsze skutki troszczymy się my.

FOUQUIER

nie może się połapać

Zrozum pan: wpływ Dantona na masę przeważa nasz. Nas krępuje prawo i sumienie; jego nic — a wszyscy są po jego stronie. Gdy tylko jutro znowu zacznie...

ROBESPIERRE

comfortably111

Odbierzecie mu głos.

FOUQUIER

rzuca się naprzód

Oskarżonemu?! — Lud by nas rozniósł — i słusznie!

ROBESPIERRE

Lud by nabrał... nabierze dla was respektu. A czas doprawdy, prokuratorze! — Danton pozywa nas przed sąd opinii? Dobrze! Cóż nam jego rewelacje mogą zaszkodzić?

Odchodzi od lustra i bada swą toaletę ze wszystkich stron.

FOUQUIER

Jeszcze jedno... ostrożnie, niepewnie Wczoraj przesłaliśmy Konwencji list, zawierający żądanie oskarżonych. Wysłaliśmy go na ręce Komitetu Ocalenia...

Spogląda na towarzysza.

BARÈRE

straszliwie zażenowany

Czemu... kiedy więc... co się...

ROBESPIERRE

powoli wraca i siada na stole

Co się z nim stało? Zdefraudowałem go. Mam go w kieszeni.

Uderza się w biodro.

BARÈRE

osłupiały, niewinnie

Dla-czego??!

ROBESPIERRE

bardzo spokojnie, ale z nieco silniejszym naciskiem

Bo nie życzę sobie, by Konwencja decydowała o tak ważnej kwestii bez mego nadzoru.

FOUQUIER

nieruchomy, szkarłatny, z żyłą na czole jak powróz

Robespierre: to cynizm despoty.

ROBESPIERRE

wciąż łagodny

Wziąłem na siebie odpowiedzialność za stawienie Dantona przed sąd. Kto nakłada odpowiedzialność, nadaje pełno-moc-nictwo.

Konwencja odpowie na wasz list, gdy się dowie, co ja o tym sądzę. Przeczytam go — jeśli go przeczytam — gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

BARÈRE

Ależ teraz każda minuta!...

ROBESPIERRE

Odpowiedź Konwencji, jeśli zostanie wydana, będzie odmowna.

FOUQUIER

A to przekroczenie prawa tak sromotne, że musi oburzyć najchłodniejszych.

ROBESPIERRE

Jeśli się cofniemy o jeden cal, przepadliśmy. nieco mniej ostro Rozumiem pana, Fouquier. Lecz prawo dobra powszechnego neutralizuje wszelkie paragrafy. Jeśli pan uważa zniszczenie Dantona w tych warunkach za bezprawie — musi pan to bezprawie popełnić.

FOUQUIER

wstaje z prawdziwą godnością

Robespierre: jestem sędzią, nie katem na pańskich usługach.

ROBESPIERRE

siedzi dalej na stole, lecz tężeje

Nie na moich — lecz na usługach społeczeństwa jest pan — właśnie katem. Fouquier cofa się lekko, oszołomiony Panu wydajemy wrogów Republiki, których trzeba usunąć — nie sądzić.

Fouquier siada zamyślony.

BARÈRE

drży ze zdenerwowania

Na Boga, zastanów się pan! Od trzech dni Danton podnieca Paryż przeciw nam; jakże można rozwścieczoną masę jeszcze prowokować?!

FOUQUIER

wyrywa się z zamyślenia

Właśnie. Powtarzam: nie widział pan, co się dzieje. Musimy zrobić jakieś ustępstwo, żeby się w ogóle utrzy...

ROBESPIERRE

zsunął się ze stołu jak wąż

Ośmiel no się pan wyrazić zwątpienie jeszcze jednym słowem, a wyślę pana do więzienia prosto z sądu. Uprzedź pan kolegów: to dotyczy was wszystkich. Komitet Bezpieczeństwa pilnuje was. Vadier będzie miał na każdego mandat gotowy. ciszej Wystarczy gest lub spojrzenie.

Fouquier patrzy mu w oczy z zaciśniętymi szczękami.

BARÈRE

oburzony

Ależ Robespierre, sąd nie może pełnić funkcji pod terrorem!

ROBESPIERRE

odrzuca głowę wstecz ze śmiechem błyszczących zębów

Zobaczymy, czy nie może! Terror, moi panowie, to prawo powszechne! do Barère’a Zaczynacie teraz rozumieć mój długotrwały opór, co? patrzy na zegarek. Goście wstają Spóźnię się. O, bother112! chwyta kapelusz i rękawiczki Czy wyjaśniłem panu sytuację dostatecznie?

FOUQUIER

ironicznie

O, najzupełniej. Zrozumiałem pana. poważniej Może pan liczyć na bezwzględną subordynację.

ROBESPIERRE

biegnąc ku drzwiom, podaje mu rękę

That’s the style113.

Barère’a, który jest dalej, żegna skinieniem.

FOUQUIER

Życzę panu, aby na razie niczyj sztylet nie dotarł do pańskiego serca... ale tylko ze względu na państwo.

Robespierre wybucha dźwięcznym, miłym śmiechem; znika.

BARÈRE

w drodze ku drzwiom, zamyślony, szeptem

Ja natomiast — przestaję mu tego życzyć.

Fouquier przypatruje mu się ostro, bez zdziwienia.