ODSŁONA I

Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.

SZPICEL

niepotrzebnym szeptem

Widzieliście, obywatelu... afisz?

MULARZ

głośno, niechętnie

Co znowu za afisz?

SZPICEL

O, tam na rogu... znów przylepili po nocy, psiekrwie!...

MULARZ

A niechże sobie... mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.

SZPICEL

Ależ obywatelu, to oni... to Wielki Sędzia1!

MULARZ

Wielki Sędzia! — Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem2. Jeszcze się po nim całowali.

SZPICEL

No a tam macie go znowu! — Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache3... Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! — A ja wam powiadam, oby...

MULARZ

A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? — Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?

SZPICEL

Ależ nie złośćcie się tak od ra...

MULARZ

dowiaduje się

Pudziesz4?

Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat.

SUZON

zatrzymuje się pod afiszem

Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!

MADELEINE

przystaje za Mularzem

Ech, to zwykły...

SUZON

Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej... zachwycona Słuchaj: „Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji5, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji — na samym stoku niezachwianej „Góry”6 — czają się zdrajcy: tygrysy, co poże...”

MADELEINE

gwałtownie

Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!

Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30–40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca.

SZPICEL

w napoleońskiej pozie

Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.

Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem.

równocześnie

BLONDYN

Co takiego?!...

SZPICEL

Dla prawdziwego sankiuloty7 rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.

DRUKARZ

Oj... a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?...

SUZON

półgłosem

Madeleine — Madeleine — więc przecież coś z tego będzie!

MADELEINE

szeptem

Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?

DRUKARZ

obojętnie

Widzieliście? Hebertyści8 znów chcą nam głowy zawracać.

MULARZ

Ci panicze z Biur Wojennych9 sądzą, że nam jeszcze mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!

BLONDYN

To wszystko ten wariat Vincent10: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! — Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy...

Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz.

INTELIGENT

trochę tajemniczo

Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba — na sam Wielki Komitet11? Vincent?...

ELEGANT

No a kto? Hébert może? Ha, ha!

śmiech

BLONDYN

Albo Pache?

wzmożona wesołość

INTELIGENT

Hébert i Pache to pionki, a Vincent — to młodziutki generalik12 o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego — dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy...

Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył — Ale to nie Vincent.

SZPICEL

Tylko?... Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu...

Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony.

SUZON

namiętnie

Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?...

Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla.

DRUKARZ

zamyślony

Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić — nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer...

Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon.

równocześnie

BLONDYN

po przykrej ciszy

Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz — stój znów w ogonkach przez dzień i noc!

Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn.

INTELIGENT

jeszcze blady

A cóż, obywatelu — wojna.

DRUKARZ

To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.

BLONDYN

Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt13 drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem...

ZEGARMISTRZ

Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary...

STUDENT

cicho

Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!

niedowierzanie — oburzenie — poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtującego Szpicla

SZPICEL

Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?

SUZON

Proszę mi dać spokój.

SZPICEL

Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć...

SUZON

krzyczy

Proszę odejść!

MADELEINE

Wynoś się pan!

SZPICEL

Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej młodej panienki.

szamotanie

MULARZ

silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca

Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!

błyskawiczne porozumienie wśród innych

INTELIGENT

do wracającego Szpicla

Gdzie wasze miejsce?

SZPICEL

Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.

DRUKARZ

Poza rzędami nie wolno się wałęsać.

SZPICEL

nadrabia miną

Niby co? A kto mi zakaże?

DRUKARZ

Ja!

poparcie

ELEGANT

I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!

Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon.

INTELIGENT

O, nie! Trzeba było stać tu od początku!

DRUKARZ

wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon

Dalej, na sam koniec!

Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika.

BLONDYN

No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!

Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza.

INTELIGENT

cicho

Cóż to znaczy... o tej porze?

MADELEINE

szeptanym krzykiem

Na trwogę!!!

BLONDYN

Dobranoc. Mamy insurekcję.

po zdrętwieniu wzrastające poruszenie

SUZON

w napięciu

Wiedziałam, że dziś się coś stanie!...

KOBIETA A

w krzyk

Prędko, do domu!

Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca — nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto 14:

MĘŻCZYZNA A

No a chleb?!

KOBIETA B

Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu15!!

KOBIETA C

Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!

Krzyk zlewa się w chaos:

KRZYK

Prędzej! — Do domów! — Wracajmy! — Okiennice i bramy! — Uciekać!! Rzeź!!! — A chleb?! — Stratują nas! — Muszę mieć chleb! — Nie ruszę się! — A niechże rżną: muszę — mieć — chleb!!!

Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości.

MULARZ

do kobiet na końcu

Idiotki!

wesołe wyzwiska kumoszek

SUZON

z westchnieniem

Szkoda!

INWALIDA

To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. — Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.

DAMA

Rekwizycje — pobory — zimno — głód — i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. — Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?

BLONDYN

A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!

INTELIGENT

Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!

STUDENT

zapalczywie

Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!

ELEGANT

Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.

ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza

INWALIDA

O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia16... Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili — nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to... to sam raj.

śmiech i oburzenie

INTELIGENT

przyjaźnie

A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?

INWALIDA

Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami — dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z własnej woli stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka17!

ZEGARMISTRZ

Prawa Człowieka! — To była cztery lata temu wiara, dla której każdy, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. — Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw...

Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa.

GŁOSY

wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem

Czy on oszalał?! — Zmiłujcie się! — Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!

ZEGARMISTRZ

Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!

INTELIGENT

Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni — po tysiącleciach niewoli.

STUDENT

do Zegarmistrza

Pańska rozpacz to dezercja — rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju — może dopiero dla naszych prawnuków!

Szpicel znów się pojawia.

GOSPODYNI

Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia — myślelibyście inaczej po takich czterech latach.

STUDENT

przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla

Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.

INTELIGENT

A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą — wobec jednego Robespierre’a18 na przykład?

To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny.

DRUKARZ

To fakt: odkąd on chory19, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.

STUDENT

żarliwie

To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.

MULARZ

Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry — to złodziej...

DRUKARZ

szeptem

Jak „Człowiek Dziesiątego Sierpnia”20...

oburzenie Blondyna

MULARZ

...a często także i zdrajca. — Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.

STUDENT

Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!

BLONDYN

groźnie

No, niechby tylko spróbował! — Ale on się już wysłużył, moi drodzy.

STUDENT

Oszalałeś?!

INWALIDA

Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!

BLONDYN

Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród...

DRUKARZ

Aha, ten chodził do szkoły Dantona21!

INWALIDA

Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba energii! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi — inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję...

BLONDYN

Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!

Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem.

BLONDYN

cicho

O — albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?

ELEGANT

Hej, co to za jeden?

Milicja ignoruje pytanie.

INWALIDA

Gadajcie: co to za jeden?

ŻOŁNIERZ

Emigrant; ale co wam do tego?

SZPICEL

zbliża się

Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?

INTELIGENT

Cóż to, na piechotkę dla odmiany?

ŻOŁNIERZ

Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.

SZPICEL

Pewno — w jedną stronę może iść. — Ale z powrotem będzie trudniej... co, panie hrabio? Na piechotkę — z powrotem?...

śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu

MĘŻCZYZNA B

Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!

Konwój rusza.

SUZON

drżącym głosem

O mój Boże... a on taki ładny... biedaczek!

Trochę przychylnego śmiechu — lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija.

DAMA

O tak — to rzeczywiście smutny widok...

STUDENT

Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!

Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia.

GŁOSY

szmer ulgi, radości

Nareszcie! — Trzy godziny każą nam czekać! — Byleśmy tylko wszyscy dostali...

Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz.

SUZON

cicho do towarzyszki

Co to za jedni?

MADELEINE

Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? — Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.

SUZON

A oni nam po co?

BLONDYN

Utrzymać porządek. — Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.

Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go.

GŁOSY

Ile tam jeszcze sztuk? — Ile bochenków? — Ile on tam ma? — Czy starczy dla wszystkich? — Czy jest dość?

MULARZ

uwalnia się

A czy ja wiem? Nie liczyłem!

Odchodzi. Tłum w napięciu.

KOBIETA A

półgłosem

To znaczy, że za mało!...

Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości.

MADELEINE

wybiega; szeptem do Suzon

Spiesz się — już tylko siedem sztuk!

Exit22. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem — który prawie natychmiast przechodzi w krzyk.

GŁOSY

Siedem sztuk — siedem bochenków — co, znowu! — Prędzej, do środka! Mnie się należy!! — Ja muszę dziś dostać!!!

Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy:

DRUKARZ

wskazuje na posągowych żołnierzy

My się zabijamy... a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!

Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności.

GŁOSY

zirytowane, lecz dobroduszne

No, ruszcie się, ruszcie — dalej! — A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? — Armia Rewolucyjna! — Im tylko przewroty w głowie! — Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! — Żeby który bodaj palcem kiwnął... — Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!

ŻOŁNIERZ

I wynoście się do domów, marsz!

Szmer zdumienia — ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować.

KRZYK

Oni naumyślnie! — Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!

Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach.

KRZYK

Z bagnetem na lud!... Pitt ich opłacił! — Bydlęta! — Świnie! — Banda!— Do stu piorunów, ja chcę chleba! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!

Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć.

INWALIDA

znajduje wyjście

Wywalić drzwi!!!

Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga.

KRZYK

jaskrawszy

Wywalić! — Tam mnóstwo chleba! — To skupywacz! — Wywalić! — Dalej, wywalić!!

Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem.

KOBIETY

O, nie! My też chcemy chleba! — Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! — Precz stąd! — Nam się pierwej należy! — Złodzieje! — Bandyci!!

Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał.

MĘŻCZYŹNI

Dalej, wal go! — Baby, na bok!

Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina23, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli — nieruchomieją. Cisza kościelna.

KOMISARZ I

gdy już słychać oddech — efektownie cicho

Co się tu dzieje?

CHÓR

wybucha

Chleba... brak chleba... bezprawie... od trzech dni... skupywacz... i znowu... naumyślnie... zdrajcy!... nieprawda... siedem sztuk... zataraso...

KOMISARZ I

grzmi

Cicho! Gadać po ludzku!

cisza. Potem artykułowane głosy.

GŁOSY

Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! — On musi nas wpuścić! — Nie ma prawa! — Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! — On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! — Pitt go opłaca, a tych tu też! — Trzeba wyłamać drzwi! — Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! — Trzeba wyłamać!!

KOMISARZ I

ponad hałasem

Kto jeszcze raz powie „wyłamać”, zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków — dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?

Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech.

KOMISARZ II

do żołnierzy

A wy od czego? — Dla ozdoby? — I to wy pozwalacie na takie skandale?!

ŻOŁNIERZ II

A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?

DRUKARZ

wśród gwaru bezradnej irytacji

Ależ podzielmy się, ludzie!

GŁOSY

nagłe ożywienie

Co... podzielić? — Podzielić, mówi... — A dobrze! — Świetny pomysł! — Ilu nas jest? — Liczyć! — Podzielić! Podzielić! — Osiemnastu. — Ilu tam? Dwudziestu trzech — siedemnastu — nie ruszać się! — Dwudziestu jeden. — Tak, dwudziestu jeden! — Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce... — Ja muszę przynieść bochenek! — Czekam od świtu! — Mam prawo do całego chleba! — Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! — Myślą, że wszystko dla nich!

INTELIGENT

No to nikt nic nie dostanie!

KOMISARZ I

Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.

Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II.

KOMISARZ III

podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna

To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.

Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca.

KOMISARZ II

kładzie mu rękę na ramieniu

Aresztuję was w imieniu prawa.

Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia.

DRUKARZ

odzyskuje głos

Z-za-a co?...

KOMISARZ II

do tłumu

Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?

Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się.

GŁOSY

Nie... — Ależ skąd! — No tak, właściwie powiedział... — Nie: nie „usunąć”! — Przekręcili! — Ale to tylko tak — i nie że trzeba — że warto by — ale to tylko tak ot, nic nie myślał — z naciskiem nie powiedział przecie „usunąć”!

KOMISARZ II

No, tylko jak?

ELEGANT

Wyczyścić!

Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona.

KOMISARZ II

Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.

Odchodzi z więźniem.

równocześnie

SZMER

grozy i gniewu

To ten szpicel... kręcił się od świtu... Wszędzie tego pełno, jak wszy... A widzicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!

KOMISARZ I

do Suzon, która robi krok naprzód

Wy też musicie kartę pokazać.

SUZON

zmartwiała

Ja?!!

KOMISARZ I

Tak, właśnie wy.

SUZON

oszalała

Ależ ja nic nie... za co wy mnie... krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszę Jezus Maria, oni mnie zetną!!!

KOMISARZ I

podejrzliwie

Prędzej, obywatelko. Kartę.

Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.

SUZON

Ale to dla domu!...

KOMISARZ I

Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.

INTELIGENT

Co ta mała przeskrobała, komisarzu?

KOMISARZ I

Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek...

SUZON

jak młody kogut

Co?!!

KOMISARZ I

... lub krewny.

Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem.

GŁOSY

Powiedziała, że ładny, to wszystko! — Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! — Dla niej chłopiec to chłopiec!

SUZON

O, tu karta... A teraz mnie za to zabiją!

Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy.

KOMISARZ I

Nie zabiją, nie — chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. — Czy ją kto z was zna?

GOSPODYNI

Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!

GŁOSY

ubawione

A puśćcież ją! — Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!

KOMISARZ I

porównał z kartą

Tak... do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?

KOMISARZ III

Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. — A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.

KOMISARZ I

No, obywatelko — ruszajcie zatem.

zadowolenie tłumu

SUZON

śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg

Dziękuję wam, obywatele!

ucieka

KOMISARZ I

Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny. Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?

KOMISARZ III

Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.

KOMISARZ I

przejmująco zimnym tonem

Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać wszystkich!...