ODSŁONA 2
Skromny pokój Robespierre’a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracę z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne — trochę nieufnie — a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby.
ROBESPIERRE
To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.
FRYZJER
To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się...
ROBESPIERRE
Może być. — Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.
FRYZJER
Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. — Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.
ROBESPIERRE
po kilku sekundach
À propos klientów — macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?
FRYZJER
zakłopotany
Słyszy się takie nonsensy...
ROBESPIERRE
No cóż takiego? Może to ja mam być tą tajemniczą istotą obecnie?
FRYZJER
Na Boga! — Nie, do tego jeszcze nie doszło...
ROBESPIERRE
już troszkę energicznie
No więc?
FRYZJER
Powiadają, ż-że... że Danton.
Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza.
ROBESPIERRE
naturalnie, lecz zbyt monotonnie
Skąd to macie...
FRYZJER
coraz bardziej nieswój
Wybaczcie, obywatelu... nie mogę... to jest wo-wolałbym... nie...
ROBESPIERRE
obojętnie
Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!
Wchodzi Eléonore Duplay 24, 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach.
ROBESPIERRE
Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie...
ELÉONORE
podaje mu rękę i siada
Wstał pan już? — Czy nie za wcześnie jednak?...
ROBESPIERRE
szczerzy zęby
Za wcześnie... po pięciu tygodniach! — Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.
ELÉONORE
Ale podłoga chwieje się jeszcze... prawda?
ROBESPIERRE
Troszkę — lecz to jej dodaje uroku. — Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają... Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.
Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło.
FRYZJER
No — sądzę, że pan gotów.
Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha.
ROBESPIERRE
Nie... wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. — Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół — by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana — i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się — bez przekonania — lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej — Och, Léo... przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań... przestań.
Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze.
ELÉONORE
siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą
Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.
ROBESPIERRE
zdziwiony podnosi głowę
Moim zasadom... ty?!
ELÉONORE
Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: „Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście”.
ROBESPIERRE
siada
To agresywne zasady człowieka pracy — mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!
ELÉONORE
Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy... dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. — Szkoda.
ROBESPIERRE
No wiesz...
ELÉONORE
delikatnie wzrusza ramionami
Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii — za to ja miałam cię przez całe godziny, ba — przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.
ROBESPIERRE
przypatruje się jej zamyślony
Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico...
ELÉONORE
Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.
ROBESPIERRE
podstępnie, po kilku sekundach
A dzieci, dearest25?...
ELÉONORE
zdumiona
Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? — Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach — niezdolnych do szczęścia.
ROBESPIERRE
naiwnie zdziwiony
Szczęścia?... — Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne... nasze ówczesne wieczory... i noce... Nasze idylliczne plany — Great God! 26 — Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! — Léo: te czasy minęły!
ELÉONORE
W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga.
ROBESPIERRE
Kochałem cię wtedy. — Dziś jesteś mi środkiem nasennym.
ELÉONORE
Wiem.
ROBESPIERRE
Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei — i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!
Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. Nigdy nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat... nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną — niczym najrozrzutniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!
ELÉONORE
I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie — póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz — będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.
ROBESPIERRE
Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola poniża?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas — lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia — wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas... i aż mi nieswojo. — Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie obojętna! — Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem — to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? — Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje... i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam — to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej tego poniżenia?...
Léo — człowieku — przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno — i uwolńże się nareszcie!
ELÉONORE
z lekkim westchnieniem
Nie wysilaj się, carino27. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. — Gorszę cię? Nie, nie, chéri28: choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych — nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi — jest mi sensem istnienia, nie hańbą.
ROBESPIERRE
po krótkiej chwili
Wstyd mi za ciebie.
ELÉONORE
Przesadzasz.
Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną.
ROBESPIERRE
z głęboką szczerością
Tak, przyjacielu — wstyd mi za ciebie: to fakt. — Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość... dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku — człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. — Za dwa tygodnie... będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym... pod ręką. — Och, jacyście wy szczęśliwi — ludzie prywatni!... I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!
ELÉONORE
Ale te dwa tygodnie, Maxime — darujesz mi! — Powiedziałeś wyraźnie!
ROBESPIERRE
patrzy przez okno
Dwa tygodnie... swobodnego człowieczeństwa. Dwa tygodnie... czternaście dni... być głupim sobą, nie odpowiedzialnym za nic na świecie... i o tej boskiej porze roku... Niestety, to nie do pomyślenia. Cztery dni jednak — gwarantuję słowem honoru.
Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie.
ELÉONORE
prawie przestraszona
Jak to... sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?
ROBESPIERRE
Przecie już mi nic nie jest. Za to — jestem maniakalnie spragniony waszego życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu...
Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi.
GŁOS
podrostka, który podaje korespondencję przez drzwi
Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa29.
Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszę.
ELÉONORE
zaniepokojona, nieśmiało
Maxime, pow...
ROBESPIERRE
Psssst, poczekaj...
ELÉONORE
półszeptem
Żmijo!...
ROBESPIERRE
muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parę słów dalej; podnosi raźno głowę
Już po moich wakacjach, Léo.
Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna.
ROBESPIERRE
mówi i czyta równocześnie
Za pół godziny... muszę... być w Ko-mitecie... odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.
ELÉONORE
Natychmiast.
Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. — Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just30.
SAINT-JUST
Jesteś przytomny — wstałeś nawet. To całe szczęście. zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla31?
ROBESPIERRE
znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok
A jakże. Dopiero co.
SAINT-JUST
Widzisz, że miałem rację? — Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.
ROBESPIERRE
Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.
SAINT-JUST
opiera się wstecz
Tylko!...
ROBESPIERRE
Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voilà tout 32.
Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie.
SAINT-JUST
Maxime — wstrzymywałem się dotąd od indagacji — ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków — u ciebie?!
ROBESPIERRE
Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? — Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje — nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się — to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.
SAINT-JUST
Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?
ROBESPIERRE
Gdy nie ma — to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny — po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności — jest wodzem. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu — to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie tracą wiarę.
Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.
SAINT-JUST
po chwili
Gdyby szło o Collota, powiedzmy... ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.
ROBESPIERRE
Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara — przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym — to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego — możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?...
SAINT-JUST
po chwili pustego milczenia
To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia — nie można poświęcać jutra.
ROBESPIERRE
podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze
Komunały są czasem... oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem. Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie... co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma — czy mam cię gościć tą smołą?
SAINT-JUST
Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.
Eléonore exit.
ROBESPIERRE
nalewając kawę
Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku — dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.
SAINT-JUST
podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba — pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz
Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:
Po pierwsze: chodzą wiarygodne pogłoski, że Desmoulins33 napisał nowy numer — to by był siódmy — w którym otwarcie wzywa ogół do buntu przeciw Komitetom; po drugie: od trzech dni Paryż szepce o bliskim przewrocie i o dyktaturze Wielkiego Sędziego jako o rzeczy... prawdopodobnej.
A pamiętasz, prawda, że pierwotny Wielki Sędzia — którym miał być Pache — został uroczyście wyśmiany przez całe miasto.
Sapienti sat34.
ROBESPIERRE
już przy pierwszej rewelacji odłożył nagle bochenek i nóż. Stoi wyprostowany z rękami na stole; zmarszczył nieco brwi. Gwałtownie
Tym razem kto?...
SAINT-JUST
Nikt nie wymawia nazwiska. Czyli że...
Pije, bierze sobie ukrajaną kromkę, ale obserwuje przyjaciela bezustannie.
ROBESPIERRE
odrywa się szarpnięciem od stołu, odchodzi ku oknu. Z głębi serca, po krótkiej chwili
Przeklęta banda!! wraca z wolna Tak. To samo mówił mi fryzjer — wykrztusił nawet nazwisko, zatrzymuje się Nie uwierzyłem... półgłosem, w którym tętni krzyk Czy ten cham oszalał?! Ratować własną skórę za cenę katastrofy państwowej... pada na krzesło. Szeptem Wielki Boże!...
SAINT-JUST
Pij, bo wystygnie.
ROBESPIERRE
przyjrzał się kawie dokładnie, ale jej nie rusza. Spokojnie
Skoro hebertyści są na żołdzie Dantona — to rzeczywiście nie ma rady. Trzeba będzie poświęcić czterech wodzów, żeby go rozbroić. Zabiera się do śniadania z determinacją, bo bez apetytu.
SAINT-JUST
Maxime — mówię do dawnego, nieugiętego Robespierre’a: oszczędzimy społeczeństwu wiele, jeśli poślemy Dantona razem z Vincentem. Od razu.
ROBESPIERRE
obraca się sztywnie
Danton jest nietykalny, Saint-Just.
SAINT-JUST
Człowiek, co sprowadził na Paryż te trzy tygodnie głodu — musi zginąć na szafocie już za to jedno, jeśli sprawiedliwość rewolucyjna istnieje.
ROBESPIERRE
przeciąga kurczowo usta, podnosi jedną brew — bardzo cicho, a tonem jak kwas siarkowy
Sprawiedliwość rewolucyjna!!... patrzy wprost przed siebie, pochylony jakby pod uciskiem na karku. Naraz uprzytomnił sobie, że daje zgorszenie i opanowuje się Danton jest nietykalny, bo Danton — to Człowiek Dziesiątego Sierpnia. Idiotyczny jak zawsze przypadek jego właśnie — obrał za symbol. Nie dla jakiegoś procentu ludności: dla całej Francji. Stracić go, to wyprzeć się samych podstaw Rewolucji. zrywa się w niepokoju graniczącym z popłochem. Krąży nerwowo Ale na tym nawet nie koniec... stracenie Dantona sprowadziłoby sytuację bez wyjścia... szereg logicznie koniecznych klęsk... dosłownie samobójstwo Republiki!... przystaje nagle. Ściska dłonie; powieki mu drgają Całe szczęście, że Danton nie jest — w gruncie rzeczy — niebezpieczny.
siada
SAINT-JUST
literalnie uszom nie wierzy
Coś ty powiedział?...
ROBESPIERRE
jedząc i pijąc
Danton nie jest niebezpieczny, bo jako umysł — jest zerem. Sam czyn, choćby nie wiem jak krwiożerczy, a nie ożywiony ideą — jest tak groźny jak pięść rozsierdzonego dziecka, co bije w stalową ścianę. Ani pucze Vincenta, ani tchórzliwe okropności Dantona nie zachwieją Republiki. Niebezpieczna jest dopiero przewrotna myśl w ponętnych słowach.
SAINT-JUST
Mój drogi: a więc... Desmoulins?...
ROBESPIERRE
definitywnie traci apetyt
Tak... Desmoulins. pauza Ten ci umiał dorobić Dantonowi ideę, aż miło... akurat taki sentymentalny a sensacyjny absurd, jakiego potrzeba, żeby masy całe zaślepić... Ten osioł, Chryste Panie! — Utalentowane niemowlę35!...
SAINT-JUST
ostrzej
Regaliści nie kryją się już ze swym uwielbieniem dla tego renegata Rewolucji. Urządzają mu publiczne owacje... naraz groźnie Desmoulins pójdzie pod nóż, za twoją zgodą... lub bez.
ROBESPIERRE
z wolna obraca głowę. Parę sekund zmagania się dwu woli
— Nie. znów zaciekła przerwa Nie urządzimy bezmyślnej jatki, póki istnieje prostszy sposób.
SAINT-JUST
zdławionym głosem
Wiesz, chciałbym go poznać, ten twój prostszy sposób.
ROBESPIERRE
wstaje coraz silniej podniecony. Zaczyna drżeć co parę sekund. Obejmuje napiętymi dłońmi ramiona na wysokości deltoidów36, chcąc je ogrzać
Chodzi tylko o to, prawda, żeby zamknąć Camille’owi buzię. — Każemy zatem aresztować jego wydawcę, Desenne’a. Numer siódmy nie wyjdzie, a fakt aresztowania napędzi gorliwym czytelnikom „Vieux Cordeliera”37 nieco zbawiennego strachu. Równocześnie hebertyści pójdą przed sąd; więc jeśli się Danton teraz nie opamięta — to znaczy, że jest niepoczytalny. ścina zęby, trzęsąc się Zachowajmy my przynajmniej głowę na karku, Antoine, gdy histeria strachu ogarnia jednego po drugim. I na miłość boską, nie dajmy zamienić placu Rewolucji 38 — w szlachtuz39. Bo to symptom paniki rządu, przyjacielu!
SAINT-JUST
po głębokim namyśle
Wiesz, Maxime... ja znowu radzę ci pomedytować nad dwoma wierszami, które Camille w tym nowym numerze podobno tobie poświęca: „Jeśli nie wiesz, czego czasy żądają, i nie słyszysz głosu wołających faktów... ineptus esse diceris40”.
ROBESPIERRE
rozweselony
To on — do mnie powiedział? Właśnie on! Bezczelność tego cudownego dziecka nie zna granic. — Wwww! Czy się naprawdę tak zimno nagle zrobiło? Podaj mi surdut z łaski swojej!
SAINT-JUST
podaje
Co, zimno?! stoi tak blisko, że czuje anormalnie gorącą atmosferą ciała To znaczy, że znów masz gorączkę. Niech cię anieli...
ROBESPIERRE
To nic. Przejdzie.
SAINT-JUST
Przejdzie! — Trudno. Dam radę sam. Collot nie waży się chyba oponować.
ROBESPIERRE
wciąga płaszcz i rękawiczki
Nie. Mój powrót może nam zapewnić przewagę. opiera się miękko o futrynę drzwi Cztery dni!!...
SAINT-JUST
posępnie
Majaczysz?
ROBESPIERRE
wybucha śmiechem, co niekoniecznie uspokaja przyjaciela
Teraz już nie, najmilszy... właśnie wytrzeźwiałem.
SAINT-JUST
wychodząc za nim
No... daj Boże.