Rozdział II

Rekwizyta ekspedycji. Creeki. Po Rio Mungo, sceneria brzegowa. Bakundu-ba-Nambeleh, jego kacykowie, ludność i zwyczaje. Polowanie Bakundyjczyków. Lasy bakundyjskie i ich mieszkańcy. Do jeziora Balombi-ba-Kotta. Bafula, wielki „palawer” krajowy. Bobea i katarakta Małego Mungo. Balombi-ba-Kotta. Bakundu-ba-Musaka. Widzimy Góry Rumbijskie. Z powrotem do Bakundu-ba-Nambeleh.

W przeszłym odczycie ukończyliśmy żeglugę naszą na żaglowcu „Łucja-Małgorzata”, przybyliśmy do brzegów kameruńskich i pożegnawszy brzegi oceanu, wyruszyliśmy w głąb afrykańskiego lądu. Podążajmy więc dziś po nim naprzód w tym porządku, jaki stworzyły towarzyszące nam okoliczności.

Bagaż nasz był bardzo liczny. Wieźliśmy z sobą około osiemdziesięciu pak najróżniejszych rozmiarów, a zawierających rekwizyta nasze podróżne, broń i amunicję, najniezbędniejsze instrumenta oraz przedmioty przeznaczone dla Murzynów, bądź jako podarki, bądź jako zamiana na żywność. Te ostatnie składały się z następujących rzeczy: różnokolorowych materii, tytoniu, nożów, prochu, fuzji, krzemieni51, prętów mosiężnych i miedzianych, takichże bransolet, kolczyków, czapek czerwonych, pasków i szarf, pierścieni, tabakierek, fajek, łyżek, paciorków, naszyjników, słoików pomady itp., oraz były tam 3 wielkie parasole o średnicy 10–12 stóp, ozdobione bogato, a przeznaczone dla głównych królów. Ogólny ten bagaż ważył kilkanaście tysięcy funtów, mimo to zabrała go krajowa piroga, czółno murzyńskie wyciosane z jednego pnia; naturalnie takie olbrzymy roślinne wydaje tylko świat tropikalny.

Jedną z rzek, które tworzą zawikłane ujście kameruńskie, jest wspaniały Rio Mungo, po nim też prowadziła pierwsza część naszej drogi do krajów Bakundu. Aż do owych krajów, to jest do ich stolicy Bakundu-ba-Nambeleh, mieliśmy wioślarzy Krumanów52, najętych w Kamerunie, dalej dla drogi lądowej miałem sformować karawanę z Bakundyjczyków.

Aby wypłynąć z Rzeki Kameruńskiej na rzekę Mungo, trzeba błądzić w labiryncie creeków, tj. przesmyków wodnych, łączących ujścia tych rzek. Główny król kameruński, Sango-Ndumbe, czyli król Bell, dał nam przewodnika przez takowe, który z początku był równocześnie i tłumaczem.

Dziwny to widok te creeki wodne, przerzynające, niby sieć, ponure, monotonne lasy mangrowiowe. Jest to świat przestraszający swoją dzikością i kto nie zna Afryki zachodniej, ten nie może sobie przedstawić53 takiej przestrzeni, pokrytej mokrym, fantastycznym gąszczem. Są to z wody sterczące ławy mułu, tworzące się brzegi, na których szare pnie mangrowiów i blada ich zieleń sterczą dziwnie pokręcone we wszystkich kierunkach. Pnie te jednakże nie wznoszą się wprost z ziemi, nie — noszą je wysokie powietrzne korzenie, pomiędzy które spadają inne, wyrastające z gałęzi. Wszystko to razem jako całość przedstawia dla oka dziki jakiś, fantastyczny labirynt, wśród którego podczas odpływu (zwykle w creekach jeszcze panującego) przewijają się w szlamie i mule przez owe pień noszące korzenie węże, jaszczurki i aligatory, a rozbudzonej imaginacji przybysza zdaje się iż widzi jeden z owych zamierzchłych periodów54 popotopowych i że ukaże się lada chwila pomiędzy ohydnymi mieszkańcami tego dziwnego świata amfibii55 fantastyczna postać ichtiozaura56.

Wśród tego labiryntu posuwaliśmy się wolno naprzód. Z początku droga nie przedstawiała żadnych trudności, gdy jednakże creek zwężać się zaczął i czasem gałęzie i liście sterczały w wodzie wezbranego przez deszcze creeku i zakrywały drogę, wtedy płynęliśmy z niezmierną trudnością, zmuszeni co chwila torować drogę długimi nożami. Nagle ujrzeliśmy ją zatamowaną przez drzewo olbrzymich rozmiarów, widocznie przewrócone przez huragan, czyli tornado. Okazały ten pień był zanurzony w wodzie, a przód pirogi osiadł na nim tak silnie, iż w żaden sposób nie można było jej ściągnąć. Musieli więc wysiąść Krumani na leżący pień i przerąbać takowy w połowie, by utworzyć przejście, rachując na to, że prąd je rozszerzy. Była to praca nie lada — drzewo było twarde, siekiery niewielkie, a ciemność nocy, która nas zaskoczyła, także przeszkadzały zadaniu. Wreszcie po kilku godzinach pień z trzaskiem otworzył nam drogę, gdyż prąd rzeczywiście uniósł zaraz luźną połowę. Około północy ruszyliśmy dalej, o spaniu jednak w łodzi mowy być nie mogło — moskity byłyby nam pokiereszowały ciało do niepoznania. Siedziałem więc całą noc wraz z Tomczekiem na skrzyni, paląc jedną fajkę po drugiej.

Creeki ciągnęły się bez końca, skręcając to w prawo, to w lewo. Noc minęła i było już około dziewiątej rano, gdy wpłynęliśmy na rzekę Mungo. Powitaliśmy ją z radością, nie wiedząc jeszcze, ile trosk i ile cierpień mieliśmy przeżyć nad górnym jej biegiem.

Prąd na niej był niezmierny. Rzeka wezbrała przez deszcze ostatnich miesięcy, a wtedy rwąca jej powierzchnia przedstawia się majestatycznie; ale wtedy też posuwać się można po Rio Mungo jedynie prawie przy pomocy długich bambusów, toteż nacięto takowych na brzegu i wiosłowała tylko połowa Murzynów, reszta zaś popychała łódź naprzód, przeciw prądowi. Głębia rzeki była też niemała, wynosiła ona od 12 do 15 stóp, i długie bambusy zanurzały się czasami całkowicie.

Mijaliśmy osady krajowców. Około zachodu słońca zarysowały się na zachodnim brzegu długim pasem Góry Kameruńskie, gdyż płynęliśmy wzdłuż wschodnich ich skłonów, a na prawo rozciągała się pagórkowata kraina Wahpaki i Abo, dzieląca rzekę Mungo od górnego biegu Kameruńskiej. Zwykle płynie się po rzece afrykańskiej tylko we dnie, w nocy bowiem słonie, schodząc z brzegów, odbywają w niej szumne swe kąpiele, ale noce te są tak cudowne, a posuwaliśmy się tak powoli z przyczyny nieprzychylnego nam prądu, że dzięki jasnemu księżycowi korzystaliśmy z nich również.

Jakże pełne uroku były te noce mozolnej jazdy po rzece Mungo! Widok lśniącej się niby srebro wstęgi rzeki, okolonej ciemnymi konturami bujnej tropikalnej roślinności był przy tym świetle zaiste magiczny! Tomczek dostał był febry, leżał w gorączce majacząc — co chwila patrzałem z niepokojem na cierpiącego towarzysza, ale mimo to nie mogłem się zupełnie oderwać od nocnej scenerii, jaka nas otaczała, przesuwając się powoli przed nami. Siedząc zadumany przy chorym przyjacielu na krawędzi naszej łodzi, puściłem myślom wodze. Czasem spoczęło oko na fantastycznych zarysach koron palmowych, których grupy niby ciemne, pierzaste chmury sterczały tu i ówdzie nad gąszczem brzegowym, za chwilę przyciągnął wzrok olbrzymi baobab, tam znów opodal stał pień wysokiej ceiby57, której tornado strzaskał koronę. Pokryły go liany i paprocie drobne, niby bluszcz z naszej północy, i stercząc pojedynczy w magicznym świetle księżyca, zdaje się kolumną ostatnią starych ruin.

Lecz tu nie ma ruin! Dokoła wycie lampartów, monotonny śpiew ptaka trębacza lub plusk rzucającego się hipopotama, podczas gdy szelest łamanych gałęzi oznajmia, iż słonie rozpoczęły swe nocne pochody. Tu nie ruiny, lecz są zaczątki! Tu nie przedzierały się nietrwałe pochody Pizarrów i Cortezów58 lub tych portugalskich nachodźców, którzy rozrzucili swe ślady i zamki w innych punktach tego lądu. Tu jeszcze panuje zmrok nocy, w którą czas teraźniejszy pierwsze przesyła promienie świtu.

Raz zwykle na dobę zatrzymywaliśmy się: czasem dla noclegu, czasem dla zgotowania żywności, wybierając w tym celu zwykle jaką osadę lub chatę murzyńską, a jeżeli tego nie było, wtedy zastawiano kociołki pod zieloną koroną jakiego leśnego olbrzyma: bombaksu59, baobabu lub ceiby.

Tak minęliśmy kraje Mungo i Balungi szczęśliwie, w których ostatniego przed nami podróżnika, Grenfelda, wstrzymali krajowcy, nie puszczając dalej, i 18 sierpnia, po sześciu dniach żeglugi na rwącej rzece, stanęliśmy w Bakundu-ba-Nambeleh, stolicy kraju tegoż imienia. Krajowcy tu już wiedzieli od kilku dni, że przybywamy, a doniósł im o tym telegraf krajowy, bęben, na którym wybijają krótkie i długie sylaby, składające rodzaj telegraficznego języka. Od etapy do etapy podają sobie oni w ten sposób wiadomości, a mają żądane informacje niezwłocznie nawet na stumilową odległość.

Tu, w Bakundu, angielskie towarzystwo niby misjonarzy, baptystów, utrzymuje stację misyjną pod dowództwem Mulata60 Richardsona. W rzeczy samej jest to biedna krajowa lepianka otoczona kilkoma innymi wśród lasów dziewiczych, a rezultaty misjonarza są jeszcze bardzo słabe. W każdym jednak razie był to punkt oparcia i w owej misji bakundyjskiej urządziliśmy swą główną kwaterę, nająwszy mieszkanie i jedną z lepianek jako magazyn dla bagażu.

Wylądowawszy więc, napisałem do p. Richardsona list, gdyż misja i stolica znajdowały się o kilka mil drogi od brzegów rzeki Mungo, że udało nam się dotrzeć do Bakundu po rzece Mungo i że prosimy go jako jedynego cywilizowanego człowieka w tym gąszczu, aby nam przysłał z sześćdziesięciu tragarzy Bakundyjczyków na brzeg rzeki dla przeprowadzenia naszego obozu do samego miasta i misji.

Rozłożyliśmy się tymczasem na brzegu, czekając na żądanych ludzi. Następnego rana przybyła oczekiwana odpowiedź, a równocześnie z nią sześćdziesięciu dziko wyglądających Murzynów. Bagaż nasz jednakże był tak liczny, iż mimo tej liczby ilość przysłanych krajowców nie wystarczyła, Tomczek więc pozostał na brzegu przy niezabranych pakunkach, a z tym, co mogłem zabrać, ruszyłem naprzód do miasta.

Przed wieczorem tego samego dnia przybył do niego z resztą ludzi i bagażu również i Tomczek.

Murzyńskie miasto Bakundu-ba-Nambeleh, do któregośmy wstępowali, leży w gęstym lesie, a może liczyć do 1500 mieszkańców. Składa się ono z długiej ulicy czworograniastych lepianek glinianych lub chat bambusowych, tworzących nieprzerwaną linię, ciągnącą się półkolem. Długą tę ulicę przerywają trzy owalne świątynie ulepione z gliny, w których odbywają się walne narady i zgromadzenia, czyli „palawary”61. Świątynie te dzielą miasto na trzy oddzielne dzielnice, z których jedna pozostaje pod bezpośrednim dowództwem samego króla kraju Nambeleh II, drugie dwie zaś pod możnymi kacykami: Namneko i Likoba. Ci dwaj są prawie niezależni przez swe bogactwa i potęgę, głównie zaś pierwszy z nich, chytry Namneko. Władza ich jest tak wielka, że w Bakundu po prostu nie mówią o jednym królu, lecz o trzech kacykach.

Na końcu miasta, oddzielone nieco od niego zaroślami, wznoszą się wśród żywopłotu, służącego za palisady, glinianki owej „misji baptystów” p. Richardsona. Miała ona wtedy jednego prozelitę62, to jest własnego kucharza. Zajęliśmy najętą przez nas część i roztasowali się w niej.

Wkrótce zjawili się trzej kacykowie: Nambeleh, Namneko i Likoba, przynosząc nam zwykłe podarunki przyjaźni, to jest trzy kury i trzy pęki plantanów63. Wyrazili swą radość z naszego przybycia, przypatrując się każdemu z naszych ruchów ciekawie i spoglądając z pożądliwością na nasz bagaż, wśród którego — wiedzieli to dobrze — znajdowały się podarki dla nich przeznaczone; zapowiedziałem im takowe na dzień jutrzejszy i kacykowie odeszli zadowoleni.

Tu zauważyłem dziwne stosunki głównego króla Nambeleh do Namneki. Król po prostu bał się tego ostatniego; trzeba było wprawdzie pierwszego wyróżnić co do ilości przedmiotów, lecz po kryjomu.

Nambeleh sam prosił o to, oświadczając, że obawia się zazdrości Namneki, który, jak twierdził, mógł w tym razie łatwo powstać wraz z Likobą przeciwko niemu. Gdyśmy więc wyruszali następnego dnia z podarkami do miasta, wyglądały one jako trzy równe grupy przedmiotów, lecz Nambeleh był potajemnie uprzedzony, że w naszym magazynie znajdują się oddzielne „skarby” dla niego.

Każdą z tych grup składały następujące przedmioty: 30 łokci niebieskiej materii, 30 czerwonej i 15 różnokolorowej, 10 głów tytoniu, czerwona czapka, naszyjnik, para bransoletek mosiężnych, pierścień, dwie fajki, tabakierka i szarfa czerwona. Dla Nambelehgo zaś miałem w ukryciu oprócz tego czerwony flanelowy kostium wyszywany, jedwabną haftowaną czapkę, pistolet i jeden z owych wielkich parasoli. Kacykowie zdawali się wielce zadowoleni, Nambeleh zaś przybył jeszcze późno wieczorem do nas, by, jak się wyraził, „choć spojrzeć na skarby, jakie mamy dla niego osobno”, lecz które miał otrzymać wtedy dopiero, gdy sformuje nam karawanę i pomoże wyruszyć bez trudności dalej w głąb kraju.

Deszcze tymczasem szalały w pełni po okolicy. Mimo to postanowiliśmy za kilka dni, nie tracąc czasu, wyruszyć w krótszą podróż, by przyzwyczaić do siebie Bakundyjczyków i poznać charakter kraju, który na północ i wschód przez nikogo przedtem zwiedzany nie był. Bakundu, a w nim kwatera nasza, miało służyć za punkt centralny, skąd w różnych kierunkach mieliśmy badać tajemnicze te strony do końca pory deszczowej, następnie wysłać ostatnie listy do brzegu oceanu i puścić się dalej przez Bayong.

Zanim jednak zaczniemy przebieg słoniowe lasy bakundyjskie, rzućmy choć okiem na wspaniały ten kraj. Teraźniejszy jego król panuje jeszcze bardzo niedawno; ojciec jego, czyli Nambeleh I, zmarł albowiem dopiero w 1879 r. Była to nadzwyczaj oryginalna figurka: cztery stopy wysoki, kościsty staruszek, sięgający wiekiem najdalej w przeszłość kraju, a przez to niezmiernie szanowany przez swój lud. Gdy musiał udać się w jakąkolwiek drogę, syn jego, król teraźniejszy, brał go na plecy i niósł zgrzybiałego ojca niby dziecko. Po śmierci starego króla syn ów, noszący wtedy nazwę Ito, udał się do głównych kapłanów kraju, by objąć imię ojca wraz z panowaniem jako Nambeleh II. Podróż ta trwała długo, bo przeszło dwa lata, powrócił zaś z niej niedawno. Jest to Murzyn koloru jasnoczekoladowego z niewielkim zarostem na twarzy, występowanie64 zaś jego jeszcze nie zbyt pewne, nawet czasem nieco nieśmiałe, czym się różni znacznie od zazdroszczącego mu wszystkiego Namneki, krępego Murzyna średnich lat o przenikliwym wzroku i majestatycznych ruchach.

Główną potęgą pomiędzy ludem jest kalati (wysoka nauka, czary itd., naturalnie w pojęciu murzyńskim).

Kapłan z rzucanych muszelek przepowiada wszystko i wszystkie wydaje wyroki. Tak np. dajmy na to, że umarło pewne indywiduum w sile wieku i dość nagle. Podług mniemania, musiał go ktoś zaczarować, zamiast więc pochować go stosownie do zwyczaju we własnym domu nieboszczyka (w którym po stypie familia mimo to mieszka dalej), zawijają go w liście bananowe i pędem wynoszą do lasu. Tu w miejscu ukrytym mają jakąś jamę czy szczelinę w górze (nigdy mi jej pokazać nie chciano), niezmiernie głęboką, a na spodzie której płynie strumień podziemny. W tę oto szczelinę rzucają trupa i powracają do miasta, by się dowiedzieć, kto zaczarował (po krajowemu: „kto zjadł duszę zmarłego”). Kapłan daje odpowiedź na to; od szpiegów swych dowiedział się, jakich nieprzyjaciół posiadał zmarły. Rzucając więc owe muszle lub kostki, daje kolejno wskazówki co do osoby, aż wreszcie dochodzi niby do całej wiadomości i nazywa nieszczęśliwą ofiarę — kogoś z nieprzyjaciół zmarłego. Familii nieboszczyka odpowiedź, czyli objawienie kuglarza wydaje się nadzwyczaj prawdopodobne, gdyż oznaczono nieprzyjaciela zmarłego. Ani cień powątpiewania nie nasunie się zresztą przez ślepą wiarę krajowców i chwytają wskazanego. Dwóch ludzi trzyma mu głowę, podczas gdy kapłan wlewa mu do ust z miski drewnianej wielką ilość pewnej trucizny zwanej sassa, a otrzymanej z jednego z drzew. Jeżeli pacjent odda płyn ten womitami65, wtedy jest ocalony, jeżeli zaś dostanie kurczów i zblednie (co prawie zawsze następuje), wtedy rzucają go na ziemię, gdzie wkrótce kończy w kurczach i konwulsjach. Częstokroć nie czekają jego śmierci, lecz konającego wynoszą do lasu i rzucają do wyżej opisanej trupiej jamy. Ostatnie to okropne postępowanie rzucania do jamy żywego jeszcze człowieka, praktykują również, aczkolwiek teraz nie tak często, z długo i ciężko chorymi. Jeżeli kapłan wyrzecze, że chory nie wyzdrowieje, częstokroć żywego wrzucają do owej jamy. W bardzo wielu miastach, głębiej na północo-wschód położonych, odcinają delikwentom, skazanym za czary, głowy, malują lub wędzą czaszki i wieszają je na pamiątkę u sufitu królewskiego domu.

Król despotycznie postępować nie może, ogranicza go rada najstarszych, pomiędzy którymi kapłan główną gra rolę, lecz prawo ogłoszone przez króla publicznie, trzykrotnym wołaniem, staje się święte! Tak np. od dawna jest zabronione w Bakundu jedzenie kur, jedzenie nawet innych potraw gotowanych w jednym naczyniu z kurą. Tylko królowie i nader nieliczna garstka „wybitnych osobistości” mają do tej potrawy prawo, inny zaś śmiertelnik przypłaca przekroczenie tego przepisu głową.

Za kradzież naznaczone są trzy różne kary: po raz pierwszy tłuką złodziejowi garnki i naczynia w domu, po raz drugi zabierają jego kozy, drób i krowy (jeżeli takowe posiada), po raz trzeci zaś dodają do tych kar inną: odcinają ucho lub sprzedają do niewoli. Niewolnictwo jest tu w ogóle w pełnym rozkwicie, jednakże los niewolników nie jest tak czarny, jakby się wydawać mogło. Spowodowało je lenistwo krajowców, którzy pracować nie lubią, by więc mieli ramiona niezbędne do hodowania koki, jamsu66 i plantanów, zatrzymują po wojnie szczęśliwej jeńców lub skazują na niewolę przestępców. Zresztą bardzo często zbiegi z innych stron sami oświadczają się niewolnikami tego lub owego bogatszego krajowca, by uniknąć prześladowania ze strony plemienia, z którego zbiegli. Niewolnicy ci nie mieszkają w miastach, lecz należący do pewnego miasta kontyngent ich zabudowywa67 się zwykle o jaką milę lub pół mili obok niego i tworzy niewolnicze miasto metropolii, nazywające się baku.

Żony swe kupuje Bakundyjczyk i wielka ich ilość oznacza stopień dostojeństwa i bogactwa męża. One gotują pokarm i odpowiadają za żywność roślinną, to jest: obowiązane są wraz z niewolnikami hodować potrzebne dla murzyńskiego stołu jarzyny, jako to: jams, kokę, plantany (niesłodkie banany), bataty68 i czasem kukurydzę. Małżonek zaś ogranicza swą czynność na wyrabianiu i piciu wina palmowego, oprócz tego powinien on dostarczać potraw mięsnych przez polowanie. Polowania te są odmiennej natury, niż widziałem gdzie indziej. W tym celu zbiera się zwykle pewna część miasta lub nawet całe miasto z sieciami, po 20–30 łokci długimi, a zwanymi jotto. Wiążą je sami z włókien palmowych, gdyż są w ogóle dobrymi powroźnikami. Tymi sieciami obciągają pewną część zarośli, a gdy tego dopełnią, połowa myśliwych wchodzi w okolone miejsce, część zaś kołem stoi przy sieci z zewnętrznej strony; wszyscy uzbrojeni w długie, tanie skałkówki69, malowane na czarno, a otrzymane to z Kamerunu, to z Kalabaru. Następnie rozpoczyna się wrzawa iście piekielna celem płoszenia zwierzyny znajdującej się w kole, gdy zaś takowa się rozbieży i podejdzie do sieci, wtedy zwężają koło i przestraszoną zwierzynę zabijają to fuzjami, to nożami, lub też dzidami myśliwych zewnętrznych. Zdobycz taka jest nadzwyczaj pstrą; składają ją lamparty, antylopy, dzibu (rodzaj jelenia o jednym rogu), koty dzikie, małpy, jeże wielkie, mrówkojady, olbrzymie jaszczurki, mające do pięciu stóp długości (iguany), węże itp.

Z tryumfem znoszą to do miasta i wraz ze skórą rąbią na kawałki. Każdą część piersiową otrzymuje król, głowę odpowiedni strzelec, resztę zaś dzielą na równe części pomiędzy sobą, gotując świeżo lub wędząc w pudełkach związanych z bambusu, a zawieszonych ponad ogniskami chaty. Głównymi specjałami są wąż i pies; z każdego zwierza jedzą wszystko, nawet skórę i flaki.

Ubiór Bakundyjczyków stanowi kawał z brzegów otrzymanej materii, następnie długi nóż w drewnianej pochwie oraz obrączki, bądź ze słoniowej kości, bądź z miedzi lub żelaza, a zawieszone na rękach i nogach. Ciało przy tym smarują olejem palmowym, wyrabianym wyłącznie w tym celu, a nazywanym manyanka. Do jedzenia wyrabiają z palmy olejnej dwa inne rodzaje oleju: zwykły czerwonawy olej palmowy, zwany tu mossua, i lepszy, oczyszczony gatunek, tak zwany ndżawi.

Tak przedstawiają się główne zarysy krajów Bakundu. Poznamy je zresztą dalej, podczas podróży po tych krajach, których wspaniała przyroda zaczyna budzić się ze snu wieków.

Nikt w Europie nie oceni należycie tego kraju, bo nikt w nim nie był in extenso70 i nie poznał jego wielkich bogactw i uroczej piękności.

Długą wstęgą ciągnie się przez jego niezgłębione lasy, bystry Rio Mungo, otrzymujący liczne przypływy, a tworzący do pierwszych swych progów, znajdujących się w Eliki, wschodnią jego naturalną granicę. Z północy ogranicza go odkryte przez nas jezioro Balombi-o-Mbu, czyli jezioro Benedykta, tak nazwane na cześć hr. Benedykta Tyszkiewicza, dalej zaś Rio del Rey i góry Rumbi, aż do granic kraju Mbomboko.

Przestrzeń tę ziemi, pokrytą ciemnymi lasami ciągnącymi się to w dolinach, to po skłonach górzystych, przerzyna jeszcze drugi potok, rwący się z katarakty w kataraktę, a jest to odkryty przez nas Mały Mango.

Roślinność jest wszędzie zdumiewająca. Palmy wszelkich rodzajów, drzewa bawełniane, bombaksy, hebany, drzewa gumowe splatają liany kauczukowe, niby lina bez końca rzucona w te gąszcze, podczas gdy poniżej falują olbrzymie paprocie i najróżniejsze inne kryptogamy71 lub trawa, dosięgająca 10–12 stóp wysokości.

To morze zieleni ożywia bardzo liczny świat zwierzęcy, począwszy od stad słoni, których tu jeszcze prawie nie straszył huk strzału człowieka, a które w nocy zalewają gąszcze swymi masami, aż do małp, lampartów i najróżniejszych odcieni antylop i jeleni. W co jednak obfituje ta przestrzeń, są to płazy i owady najróżniejszych form, częstokroć ohydne, lecz ciekawe potwory, tak liczne, że stanowią po prostu ujemną stronę obrazu.

Goryl i szympans istnieją również w tych lasach, gdyż widziałem ich kości i czaszki, lecz całego lub żywego napotkać mi się nie zdarzyło. Trudno nawet niezmiernie otrzymać zabitego od krajowców, gdyż uważają mięso jego za specjał i zwykle gdy dawano nam znać o przyniesionej takiej lub owakiej zwierzynie, zastawaliśmy ją już porąbaną wraz ze skórą i czaszką.

Tak wychodziliśmy co rano w lasy, by zapoznać się z krajem i jego głównymi rysami. Fuzja ubiła czasem jaką zdobycz niestraconą, lecz w ogóle okazy te były nieliczne, gdyż ginęły w gordyjskim węźle72 bujnej roślinności, a że król Nambeleh wybierał się za dni kilka do jednego z krajów położonych na północo-zachód od Bakundu, a mianowicie do Bafuli, gdzie miał zagaić ważny palawer (sprawę), więc postanowiliśmy w ten sam dzień rozpocząć i naszą pierwszą podróż po kraju i wyruszyć z nim razem.

Zaprojektowano obrać na tę pierwszą ekskursję73 jezioro Balombi-ba-Kotta74, odkryte przez Combera75 w 1877 r. i zachodnią stolicę kraju, Bakundu-ba-Musaka, a przy tym poznać charakter Bakundyjczyków jako tragarzy, gdyż kwestia tragarzy jest tą, o którą rozbija się niejedna ekspedycja. Wcześnie więc 28 sierpnia wyruszyliśmy z Bakundu, udając się w kierunku północno-zachodnim ku lasom, które otaczają każde murzyńskie miasto. Miasta te są w ogóle niby oazami wyciętymi w gąszczu dziewiczym, który od zachodniego brzegu ciągnie się daleko w głąb.

Dzień był pogodny, deszcze ustały chwilowo i przywitałem się z wychodzącym ku nam Nambeleh, gotowym do drogi i promieniejącym w w świątecznym stroju. Lewą połowę głowy miał ogoloną, co oznaczało, że wychodzi na ważny palawer, czerwona koszula — nasz podarek, i kawał niebieskiej materii zarzucony wokoło bioder, czapka wyszywana i podarowana mu przez nas, sygnet z wielkim niebieskim kamieniem, na który spoglądał z widocznym zadowoleniem, tworzyły ubiór bakundyjskiego władcy.

Okòpi bakùtu Nàmbeleh? (czy masz ludzi Nambeleh) — zwróciłem się do niego.

I! Sango, tata-ango (Tak, panie patrz tu) — i wskazał mi przygotowanych tragarzy; dano im więc przeznaczone ciężary bagażu i ruszyliśmy w drogę.

Teraz wstępujemy w lasy dziewicze, z których nawet echo nie połączy nas ze światem cywilizowanym.

Były one z początku nie tak zaplątane, lecz wkrótce nastąpił dziki zmrok gęstwin, wśród których drogę stanowiła wąziutka, ledwie dostrzegalna ścieżka, wydeptana przez krajowców. Co chwila trzeba było przeskakiwać przez sterczące korzenie i wywrócone pnie, a mnóstwo rzeczek wezbranych z przyczyny pory deszczowej zmuszało nas często brodzić wyżej kolan w wodzie; przepływały one lasy we wszystkich kierunkach, to dążąc do Mungo, to w przeciwnym kierunku, do Rio del Rey.

Wreszcie około czwartej po południu stajemy w Bafuli, przeszedłszy około dwudziestu kilometrów. Widok miasta, czyli raczej wioski murzyńskiej, nosił tę samą cechę, tylko w mniejszym daleko stopniu, jak Bakundu-ba-Nambeleh. Po obu stronach szerokiej ulicy stały rzędy chatek glinianych lub bambusowych, w pośrodku zaś słup z nieforemnie wystruganą głową ludzką, a przy nim dom kacyka. Dano nam zaraz do rozporządzenia jedną z chat, naokoło której zgromadziła się znaczna liczba zdumionych krajowców, przypatrujących się rozbiciu naszego obozu.

Roztasowaliśmy się spokojnie na kołdrach, rozwiesiwszy odzienie i buty nad ogniem dla osuszenia i przyjąwszy kacyków, przynoszących podarki: kury i banany, przebraliśmy się nareszcie, gdyż liczne rzeki, któreśmy przebrnąć musieli, błoto, bagna i deszcz, który nas spotkał, przemoczyły nas do ostatniej nitki. Rozpakowano więc kociołki i wkrótce w nich zaszumiało. Po dziennym marszu, po trudach drogi wita tu podróżnik najprostszą wieczerzę, zwykle kurę lub kozę gotowaną z jamsem lub plantanami w oleju palmowym, jak nie wita najpyszniejszego obiadu w Europie, po czym z prawdziwą rozkoszą myśli o nocnym spoczynku i mimo niesfornych sąsiadów świata zwierzęcego zasypia, zapaliwszy ognisko, i śpi spokojnie do rana.

Nazajutrz o wschodzie słońca doniesiono, że ludność Bafuli zgromadza się na ów wielki palawer, dla którego przybył tu król Nambeleh. Bakundyjski kacyk przyszedł nas prosić, byśmy koniecznie przybyli na zgromadzenie, poszliśmy więc, by poznać charakter zebrań i sądownictwo tych stron.

Zastaliśmy kilkunastu Murzynów siedzących w chacie kacyka Bafuli. Była to starszyzna spierających się partii, poza nimi zaś siedziało kilkudziesięciu Murzynów, rozdzielonych na dwa obozy.

Jeden ze starszyzny powstał i zagaił posiedzenie trzykrotnym okrzykiem, zwracającym uwagę obecnych. Na każdy taki okrzyk odpowiadali wszyscy jednogłośnie: „I!” (tak!), po czym mówca wyłożył kwestię, o którą toczy się spór. Otóż niedawno temu Bafula obchodziła ważną uroczystość swego dżudzu (świętości). Zaproszone były wszystkie miasta sąsiednie, a między innymi stolica bakundyjska, Bakundu-ba-Nambeleh. Gdy gry, zabawy i tańce minęły, ukradło kilku Bafulczyków przybyłym Bakundyjczykom kilka „drogocennych ubiorów” (prawdopodobnie czerwonych flanelowych koszul).

Powróciwszy więc do siebie, Bakundyjczycy wysłali posłańców do Bafuli, żądając skradzionych rzeczy. Lecz Bafulczycy nie przyznali się do niczego; przeciwnie, zbili posłańców i odesłali ich z powrotem, odebrawszy im fuzje, tj. pozbawiając ich nawet możności bronienia się od napadu słonia podczas powrotu przez lasy. Rozgniewani tym Bakundyjczycy po kryjomu wysłali krajowca do Bafuli z fuzją i kazali mu zastrzelić ukradkiem bafulijską krowę, po czym kwestia doszła do takich rozmiarów, że nastąpił „palawer”.

Po tym wykładzie były liczne przemowy każdego z kolei, zwykle pełne ustępów nienależących wcale do sprawy, a każdy w końcu swej mowy zaczynał tańczyć i naśladować ruchy i głos jakiego z dobrze znanych zwierząt, by wzbudzić śmiech i pozyskać ogólną sympatię zebranych dla siebie. Olbrzymi król Bobei zaczął przedrzeźniać słonia, i to tak trafnie, że nawet my, biali, nie mogliśmy zachować powagi, lecz musieliśmy się rozśmiać, co powitano ogólnym głośnym okrzykiem radości.

Kilka godzin ciągnęła się w ten sposób sprawa, mówiono o tym i owym, wszyscy już kilkakrotnie przemawiali, aż wreszcie udecydowano, że to dzień niepomyślny na naradę i że za tyle a tyle dni rozpoczną sprawę na nowo. Ucinają wtedy patyki długości stopy, tną każdy na drobne kawałki, odliczają po tyle drewienek, ile dni ma upłynąć do oznaczonego następnego palawru, każdy z obecnych otrzymuje wiązkę taką i sesja skończona. Z patyków tych, a raczej z pociętych drewienek, co wieczór łamie się jeden, a gdy złamany ostatni — znowu kacykowie wyruszą do Bafuli na palawer.

Gdyśmy wyszli z domu obrad, byliśmy temu niezmiernie radzi, dłużej albowiem trudno było wytrzymać w cuchnącej chacie, gdzie atmosfera stała się nieznośna. Wielce jednak podziwiać tu musiałem spokój i porządek, z jakim odbywają się te palawry. Nie ma ta ani zamieszań ogólnych, ani gwałtów; mówi jeden, prawda, że z najdziwaczniejszą i najżywszą gestykulacją, lecz nikt mu nie przerywa, dopóki nie skończy; cała zaś reszta siedzi poważnie i słucha jego mowy, choćby była kilkugodzinna.

Posłałem po palawrze obu partiom, gawędzącym teraz o rzeczach innych i zachowującym się najspokojniej, nieco tytoniu, co wprawiło wszystkich w najlepszy humor. Zabito kozę, przysłano nam z niej ćwiartkę jako podarek, a przy uczcie zgotowanej z olbrzymiej ilości plantanów, koki, jamsu i oleju palmowego przesuwała się na placu przed słupem, przy świetle łuczyw, czarna masa biesiadujących. Do późnej nocy rozlegała się piekielna ich muzyka, krzyki i tańce.

Następnego dnia, 30 sierpnia, wyruszono w dalszą drogę. Nambeleh, dotrzymując danej obietnicy, odprowadził nas do Bobei, następującej murzyńskiej osady. Droga wiodła przez plantacje krajowców, pomiędzy rozrzuconymi chatami bambusowymi, a w jednej z nich czekał na nas olbrzymi kacyk Bobei z niewielką karawaną, by nas przeprowadzić do swego miasta. Czarni powitali się, obejmując się podług krajowego zwyczaju prawym ramieniem i przyciskając pierś do piersi, następnie wszystko ruszyło dalej. Herkulesowy kacyk szedł naprzód. Wielkimi krokami przekraczał wystające korzenie, opierając się na długim hebanowym kiju. Za nim ciągnęła się długa linia tragarzy, wreszcie my dwaj biali, a zamykał karawanę Nambeleh, zmuszony, jak zwykle ostatni w pochodzie, nieco się spieszyć i prędzej wywijać nogami i kijem.

Kierunek był prawie północny, droga po przejściu plantacji znowu ciągnęła się przez lasy, atoli przerzedzone tu przez słonie. W jednym miejscu zauważyliśmy kilkanaście kamieni, widocznie poustawianych ręką ludzką wokoło; była to połowa odległości między Bafulą a Bobeą, czyli ich granica. Nasz Herkules się odwrócił i wskazując ręką kamienie, rzekł dumnie: „Mukara ango ajo ekumbe ba Bobea” (biały człowiek jest na ziemi Bobei). „Aloli!” — zawołałem (piękna ona), co przyjęli Bobejczycy okrzykiem radości i wesołości, śpiewając do samej Bobei. Rozłożono się tu jednak na chwilę, aby zaraz wyruszyć do jeziora Balombi-ba-Kotta, mającego w pośrodku wysepkę, jak mi mówiono, gęsto zaludnioną. Dzikość jej mieszkańców miała być przyczyną, że odkrywca tego jeziora, Comber, nie mógł wymóc na swych ludziach, by udali się z nim na wysepkę, wskutek czego angielski podróżnik zwiedzić jej nie mógł. Wybieraliśmy się więc do Balombi-ba-Kotta, by uzupełnić znajomość jeziora przez zwiedzenie samej wyspy i jej mieszkańców. Nambeleh tu nas opuszczał, by udać się do pewnej górnej osady Ikaty, ale prosił, byśmy choć na chwilę weszli do domu kacyka Bobei, aby go nie obrazić.

Weszliśmy więc do jego chaty. Głośny szum oznajmiał bliskość jakiejś rzeki, przez którą musieliśmy odbyć za chwilę nader trudną i oryginalną przeprawę. Wnętrze chaty kacyka nie różniło się prawie niczym od domów Bafuli; w pośrodku stał filar szeroki obwieszony różnymi talizmanami, a mianowicie: małpimi i kozimi czaszkami, rogami antylop, bębenkami, okopconymi i wydmuchanymi jajami, kośćmi itp., na ziemi zaś przy filarze leżała olbrzymia szczęka słonia, otoczona dzidami, nożami i drewnianymi słupkami wbitymi w ziemię. Przyjęliśmy zwykły podarunek przyjaźni, za co kacyk otrzymał kilka drobnostek i ruszono w dalszą drogę. Cała ludność podążyła za nami. Szmer, słyszany przy wejściu do miasta, stawał się z każdą chwilą głośniejszy, przechodząc w końcu w głuchy łoskot, a gdyśmy uszli ze czterysta kroków, przedstawił się nagle wspaniały widok.

Drogę wiodącą na północo-wschód przerzynał majestatyczny wodospad. Na szerokości sześćdziesięciu kroków zrzucał Mały Mungo, szumiąc i sycząc, swe bystre wody pomiędzy skałami w ciemną głęboką otchłań. Grupa skał sterczała w pośrodku wodnej tej krawędzi, po której trzeba było przejść tuż nad przepaścią mimo pędzącej na dół wody, gdyż wyżej rzeka była głęboka, a mostów tu nie ma; zwinny krajowiec woli, nie dbając o los swój, przeprawić się w ten sposób, niż pomyśleć o czymś podobnym do mostu. Perspektywa tej przeprawy przedstawiła nam się nie bardzo zachęcająco, lecz Nambeleh z bobejskim kacykiem i innymi Murzynami schwycili się za ręce, wchodząc wyżej w głębszą wodę, im podaliśmy ręce, podchodząc ku krawędzi, i ciągnieni w ten sposób przeciw prądowi, by fale nie stoczyły nas na dół, przeszliśmy na drugą stronę. Tak samo przeprawiono tragarzy, a gdy wszyscy stanęli szczęśliwie na przeciwległym brzegu, pożegnał nas jednogłośny okrzyk krajowców zebranych na skałach od strony miasta. Podziękowawszy przyjaznym dwóm kacykom, którzy dali nam jeszcze przewodnika, zaczęliśmy dalszy marsz przez gęsty las do jeziora.

Droga była straszliwa! Rozmiękła przez ulewy ziemia zamieniła się w jedno wielkie bagno, w którym częstokroć zapadaliśmy się po kolana, a co chwila trzeba się było przeprawiać przez rzeczki wezbrane w niejednym miejscu. Ziemia czasami nie wytrzymywała stopy ludzkiej, a wtedy trzeba było korzystać z przewróconych przez słonie drzew. Ubrania przemieniły się w łachmany, a cali byliśmy pokryci błotem i mułem.

Nikt tu z pewnością nie pojmie, jakie czasem podróżnik odbywać musi w tych lasach przeprawy: tu, w tych dzikich, jakby od świata oderwanych kniejach, gdzie niczym niehamowana przyroda to piętrzy olbrzymie barykady, to znów ryje bagna i jary, a gdzie mimo raniących gałęzi i kolców pośpiech jest konieczny, by się nie spóźnić, nie być zaskoczonym przez noc w tych otchłaniach i oddanym na pastwę tratujących pochodów dzikich olbrzymów leśnych słoni. Krajowcy truchleją na samą myśl takiego położenia, gdyż podczas nocy lasy te formalnie poruszać się zaczynają i z gąszczu zdają się wyrastać całe masy czworonożnych potworów.

Wreszcie, dobrze jeszcze przed zachodem słońca, owiał nas przyjemny chłód, drzewa się przerzedziły i zarysowała się przed nami obszerna płaszczyzna wodna. Było to jezioro Balombi-ba-Kotta. Leży ono w głębokiej kotlinie, do której zejście jest strome niemal prostopadłe, w pośrodku zaś zarysowała się trójkątna wyspa, pokryta zielenią i usiana licznymi chatami krajowców.

Gdy w 1877 r. przybywał tu Comber, kobiety pracujące właśnie nad brzegiem jeziora uciekły, przestraszone widokiem białego człowieka.

Od owego czasu jednakże dzieliło nas wtedy sześć lat i krajowcy oswoili się tymczasem z myślą o białych.

Spuściliśmy się do kotłowiny76, to jest do brzegu jeziora, na plecach, gdyż grunt był tak śliski z powodu deszczu, że było nadzwyczaj trudno zejść bez trzymania się rękami o wystające kamienie; a napotkany krajowiec, którego zadziwienie wkrótce ułagodzone zostało kilkoma liśćmi tytoniu — dobrze znanego mu przedmiotu — sprowadził nam kilka czółen krajowych dla przeprawy na wyspę.

Jezioro przedstawiało się w kształcie jaja, którego wielka oś ciągnie się mniej więcej podług południka. Z wysokich brzegów, otaczających go niby żywe zielone ramy, wpadały z dwóch stron strumyki, które atoli w porze innej wysychają, o ile mi się zdaje, a zwierciadlana powierzchnia kilku mil kwadratowych wodnej przestrzeni odbijała malownicze kontury okalającej brzegi panoramy. Przystań wyspiarskiej osady znajduje się z zachodniej strony wysepki; grzebień górzysty dzieli takową na dwa skłony, po nim zaś ciągnie się miasto w kształcie litery T.

Zachowywanie się krajowców było z początku bardzo dwuznaczne — wbrew zwyczajowi nie zastaliśmy żywej duszy w przystani, za to w pewnym oddaleniu widać było całe mrowisko Murzynów patrzących na nas z niedowierzaniem. Czarny nasz tłumacz Richard-Aqwa, nienależący do zbyt odważnych, doznał silnego bicia serca i nalegał, byśmy wrócili. Biedak nie wiedział, że w takich chwilach spokój i pewność siebie wygrywają jedynie batalię. Tomczek objął straż nad rzeczami, a sam, wziąwszy przestraszonego tłumacza w kluby77, ruszyłem pod górę na ulicę miasta. Przeszliśmy pierwszą jej część. Domy zastałem zamknięte, a z nich wyglądały trwożliwie przez szpary kobiety, dalej jednak stali zebrani mężczyźni z dzidami, pełni oczekiwania, a wkrótce zostaliśmy otoczeni tłumem czarnego ludu.

Zapytałem się o króla, lecz mało rozumiano tłumacza, choć tenże władał dwoma krajowymi językami, to jest dualla i bakundyjskim. Krajowcy ci widocznie nie należą do żadnego z sąsiednich plemion, lecz przybyli kiedyś z daleka. Widziałem wyraźnie, że nie byli nam bardzo przychylni, a w każdym razie chwiali się co do sposobu przyjęcia nas, lecz na szczęście zanotowałem sobie przedtem w Bafuli imię króla, a gdym wyciągając po przyjacielsku ramiona, wykrzyknął takowe, tj. „N-Dungo!” — można było zauważyć ogólne zdziwienie na twarzach i niebawem zbliżył się do mnie otyły Murzyn, czyli zawołany kacyk. Podaliśmy sobie po przyjacielsku rękę, lody były przełamane i powitała nas reszta ludności okrzykiem przyjaźni, podczas gdy znakomitsze osobistości miasta podchodziły kolejno, imitując moje powitanie z kacykiem, to jest podając ręce.

Tymczasem nadszedł Tomczek z ludźmi i bagażem, gdyż był niespokojny o nas, czekając dość długo na brzegu, i wszyscy razem przyjęliśmy chętnie zaproszenie kacyka N-Dungo, wskazującego ręką swą siedzibę, i weszliśmy do obszernego jego domu. Za nami zaczęła cisnąć się ludność, porwana prądem ciekawości tak, że wkrótce drzwi nasze zaległo około tysiąca głów. Budynki są tej samej formy i budowy, jak w Bobei i Bafuli, tj. bambusowe o jednej izbie, mającej stałe ognisko po obu przeciwległych końcach, a ponad takowymi skrzynki bambusowe zawieszone jako wędzarnie.

Podczas jednakże gdy Bakundu-ba-Nambeleh, Bobea i Bafula posiadają niewolników, Balombi-ba-Kotta nie zna niewolnictwa zupełnie; dom zaś obrządków religijnych i talizmany zawieszone w chatach są te same, jak i w innych wspomnionych miastach.

Ohydna droga znużyła nas nad wszelkie pojęcie, toteż z radością powitaliśmy wielką kalabasę wina palmowego, którą N-Dungo postawił przed nami, zajmując się przyrządzeniem wieczerzy — kury z koką w oleju palmowym.

Na gościnność więc w Balombi-ba-Kotta nie mogliśmy narzekać i wręczyliśmy kacykowi podarki nasze: dwa jardy78 materii niebieskiej, tyleż czerwonej, łyżkę, tabakierkę, trzy głowy tytoniu, naszyjnik, czapkę czerwoną i fajkę. Kacyk był bardzo zadowolony, prosił, by namawiać białych, aby do niego częściej przychodzili, a czarna ciżba, która nas otaczała, ani myślała nas opuścić aż do późnej nocy. Musieli koniecznie zobaczyć rozbieranie się nasze do snu i przekonać się, że skóra nasza rzeczywiście jest wszędzie biała, po czym powoli zaczęli się rozchodzić, wydając okrzyki zadziwienia.

Następnego dnia zwiedziliśmy w towarzystwie kacyka wyspę. Całe to jezioro jest widocznie zapadłym kraterem starego wulkanu, niegdyś może ostatniego z pików79 Gór Kameruńskich. W nim zaś również siły wulkaniczne wyniosły ową wysepkę, na której dziś leży miasto. Z północno-wschodniej jej strony u stóp grzebienia leży oddzielna osada, mająca odrębnego kacyka — liczy ona jednakże zaledwie 20 chat.

O ile się zdaje i o ile zrozumieć mogłem kacyka, są to pierwotni mieszkańcy tych stron, dziś już nieliczni.

Zakupiwszy świeże zapasy ryb i jamsu, ruszyliśmy dalej. N-Dungo oraz całe niemal miasto odprowadziło nas przez jezioro, które, jak się zdaje, obfituje w żółwie, gdyż widziałem liczne wypływające na powierzchnię okazy. Wreszcie wylądowawszy na brzegu, zniknęliśmy im z oczu w gąszczu, przez który prowadziła dalsza nasza droga do stolicy zachodniej części kraju Bakundu-ba-Mosaka.

Ścieżki, po których nas prowadził przewodnik otrzymany od kacyka N-Dungo, były również straszliwe, jak i poprzednie. Panowało i tu jedno wielkie bagno, poprzerzynane licznymi rzeczkami, wezbranymi przez deszcze i pędzącymi szybko ku Rio del Rey. Przeszedłszy dwa grzbiety pagórków, północne kontrforty80 Gór Kameruńskich, ujrzeliśmy przed sobą po południu olbrzymie miasto ciągnące się niezmiernie długim rzędem od wschodu na zachód. Pierwsza jego część leżała na stoku góry, druga ciągnęła się dalej w dolinie, a poza nimi — któż opisze zaciekawienie nasze — ukazał się w oczyszczonej atmosferze wielki kompleks Gór Rumbijskich81 jako potężne sine pasmo o kilku pikach. Góry te ujrzeliśmy w kierunku W-N-W, ciągną się zaś, jak się zdaje, mniej więcej podług południka. Było to Bakundu-ba-Musaka, którego ilość mieszkańców ceniliśmy mniej więcej na 2500 dusz.

Domy tu niczym się nie różnią od domów widzianych miast, panuje tu jednakże dobrobyt większy niż w stolicy wschodniej, tj. w Bakundu-ba-Nambeleh, a sprawia to bliskość Starego Kalabaru82; mnóstwo krów, kóz, baranów i kur można było wszędzie zauważyć. Stary król Musaka przyjął nas bardzo gościnnie; zabito kozę, którą ugotowano w oleju palmowym. Lecz o ile mogę chwalić poczciwego Musakę, niemającego niestety wiele wpływu wśród mieszkańców miasta, o tyle ci ostatni zasługują na najgorszą reputację. Są oni przybyszami w tych stronach, gdyż kraj to właściwie już nie bakundyjski, lecz nazywał się pierwotnie Baczi.

Dzisiejsi mieszkańcy miasta — a przynajmniej większa ich część — przybyli niegdyś z Bakundu-ba-Nambeleh wskutek wojny domowej, jak mówi podanie, a że przewodniczący wychodźcom nazywał się Musaka (imię, które po nim przyjęli jego następcy), nazwano więc miasto wybudowane na skłonie Bakundu-ba-Musaka; do dziś dnia jednak dolna jego część nazywa się jeszcze Baczi. Niewolnictwa nie ma i tu. Wszyscy są wolni, a nawet posunęli się tak daleko, że z władzy króla Musaki pozostał już dziś cień tylko — są oni przy tym chytrzy, leniwi i zuchwali nad wszelkie pojęcie.

Widząc, że Góry Rumbijskie tak bliskie, ogarnęło nas pragnienie dotarcia do tajemniczych, nigdy niezwiedzanych wyżyn, lecz nikt z krajowców nie chciał pójść z nami jako przewodnik. Wtedy chciałem ruszyć ku nim bez przewodnika za pomocą busoli, lecz tu krajowcy — nie chcąc, byśmy tam w ogóle poszli — podszczuli naszych tragarzy, opowiadając im dzikie bajki o duchach i potworach zamieszkujących tajemnicze góry. Widząc więc, że na ten raz nie będzie możliwe urzeczywistnić w drodze powstały plan, odłożyłem go na później i zaczęto drogę powrotną do Bakundu-ba-Nambeleh. Droga ta wiodła nas po części przez nowy teren, gdyż nie chciałem wracać zupełnie tą samą. Obraliśmy ją więc nieco więcej południowo, przecinając północne podnóże Gór Kameruńskich. Ścieżki tu wprawdzie były surowsze, gdyż prowadziły po skałach i kostkach bazaltu lub lawy, lecz za to nie brnęliśmy ciągle w bagnach i błocie.

Dochodząc do małej osady murzyńskiej zwanej Okuka, spostrzegliśmy nagle wolną od lasów płaszczyznę, pokrytą wysoką (na 10–12 stóp) i ostrą trawą — tylko z rzadka tu i ówdzie wznosiła się wysoka palma kokosowa. Było to wyschłe od dawna jezioro, po którym pozostał tylko kocioł, owo wklęśnięcie płaskie pokryte trawą. Jezioro to musiało być niegdyś wielkości właśnie zwiedzanego Balombi-ba-Kotta. W późniejszych podróżach przekonałem się, że takie wyschłe jeziora napotykają się83 częściej i że w ogóle kraje te co do powierzchni ziemi w ciągłym znajdują się stanie przetwarzania.

Przeszedłszy jeszcze przez nieznane dotąd miasta Musambe, Munjungi i Dyebo i nocowawszy w pierwszym, dotarliśmy znów do katarakty Bobei i przeprawiwszy się przez nią, stanęli wreszcie w Bakundu-ba-Nambeleh w naszej głównej kwaterze.

Lecz ostatni dzień drogi dał nam się jeszcze we znaki. Ustawiczny deszcz przemoczył nas do szpiku kości, tak że gdyśmy przy Małym Mungo się zatrzymali dla posiłku, ulewa zalewała nam talerze, przemieniając zawartość ich w wodę podczas jedzenia; sam Mały Mungo zaś tak wezbrał, iż mimo to, że przeniesiono nas na barkach murzyńskich, brnęliśmy jednak po pas w wodzie.

Lecz Bogu dzięki wyszliśmy z tego marszu bez szwanku, z doświadczenia zresztą mogę powiedzieć, iż nawet marsz taki w ciągłej wodzie i w bagnach nie jest tyle szkodliwy w Afryce jak bezczynne siedzenie na jednym miejscu, i zgadzam się najzupełniej z Comberem, misjonarzem, który rzekł, że tu ruch i zmiana powietrza są najlepszymi lekarstwami przeciw febrze i że często dokażą tego, czego nie dokazały wielkie dozy chininy84. Toteż nikt z nas silniejszej febry nie doznał i po kilku dniach odpoczynku mogliśmy w nową wyruszyć drogę.