Rozdział III
Do katarakt rzeki Mungo. Osady Ekumbe-ba-Berange i Eliki, pierwsze progi Mungo. W basenie źródeł Jabiangu. Balombi-ba-Kange. Postrach ludności na widok białych. Zatrzymani w Mokonii. Król Mdaibe i jego przywódcy. Ceremonia kassu. Zawód w Mambandzie, do Kumby. Stary król Aua, odkrycie katarakt rzeki Mungo. W drodze do Słoniowego Jeziora. Napaść słoni. Karawana zbita z toru. Nocleg w Ekumbe-ba-Wandżi. Pagórki Słoniowego Jeziora, czyli Mbu. Bassingi. Powrót do Bakundu-ba-Nambeleh. Rany trzymają w nieczynności w Bakundu. Tomczek wyrusza sam. Odkrycie jeziora Mbu i źródeł Rio del Rey. Ngongo i jezioro Meme. Poznanie plemienia Befarenganyów i alians z nimi. Nadzieje dotarcia do Bayongu.
Dnia 10 września staliśmy na nowo gotowi do drogi. Żeby nie wzbudzić zazdrości, wzięliśmy tym razem ludzi kacyka Namneko, który wraz z licznymi swymi krewnymi odprowadził nas do północnych wrót miasta. Celem nowej podróży było odszukanie katarakt rzeki Mungo, do których żaden biały nie był jeszcze dotarł. Od krajowców dowiedzieliśmy się nazw miast murzyńskich leżących mniej więcej w prostej linii na północo-wschód, a mających prowadzić do pożądanych katarakt; oprócz tego donosili krajowcy o istnieniu innego wielkiego jeziora, zwanego również Balombi lub Mbu85, przy tym jednakże odstraszali nas niemożliwością dotarcia do niego teraz, twierdząc, że w tej właśnie porze roku znajduje się ono po prostu osaczonym stadami słoni; mimo to jednakże rozpoczęliśmy podróż.
Droga wiodła z początku na północ, prowadząc do rzeczki Bomby i spadając ze stromego wzgórza, na którym leży miasto. Nad brzegiem tej rzeczki zatrzymaliśmy się na chwilę, gdyż Namneko w nadziei nowego podarku chciał okazać pewien zapał dla udania się naszego zamiaru i rozpoczął przemowę do tragarzy naszych, napominając ich, by szli, dokąd im biały rozkaże i nie sprzeciwiali się w niczym zamiarom naszym. Po skończeniu tej admonicji86 nastąpił ogólny okrzyk pożegnania i podawszy rękę kacykowi, przeszliśmy drzewo służące za kładkę nad rzeką i wstąpiliśmy w odwieczne lasy. Szum rzeki głuchł w oddaleniu, podczas gdy karawana szła pewnym i dziarskim krokiem naprzód do nieznanego, lecz pożądanego celu. Szliśmy po łańcuchu pagórków, które od Bakundu ciągną się mniej więcej na NNE, a dalej na NE, krzyżując się przy mieście Eliki87 z rzeką Mungo, która ma tam pierwsze swe progi, tj. przestaje być spławna.
Po noclegu, odbytym w murzyńskim miasteczku Ekumbe-ba-Berange, przybyliśmy po nowym marszu przez gęsty las i po ciągłych łańcuchach pagórków do owego miejsca, tj. do Eliki. Mungo był tu mało co węższy, niż przy bakundyjskiej przystani. Olbrzymi pień, prawdziwy olbrzym, przewrócony bądź przez tornado, bądź rękami krajowców, tworzył naturalny most, dalej zaś w górę rzeki można było zauważyć trzy progi utworzone przez skały i bloki. Od miasta Eliki teren zaczął się stopniowo podnosić. Mungo pozostał z lewej strony, widzieliśmy go jeszcze raz z wysokiego pagórka, jak przesyłał bystre swe fale na dół ku Bakundu, wkrótce jednak znikł nam z oczu i podążając dalej w północno-wschodnim kierunku, zauważyliśmy wyraźnie, że liczne rzeki, jakieśmy napotykali, zaczynają podążać na wschód i południo-wschód; znajdowaliśmy się widocznie w basenie źródeł Iabiangu88, jednego z głównych ramion Rzeki Kameruńskiej, i wkrótce miało nam być dozwolone stanąć przy samych jego źródłach. Staliśmy na wysokim grzbiecie górnym, zaczynając właśnie z niego schodzić, gdy otworzyła się przed nami nagle wspaniała kotłowina, żywo przypominająca piękny Fürstenstein89 na Szlązku, tylko roślinność podrównikowa, zalewająca tu wszystko jedną nieprzerwaną falą zieleni, gęstą jak węzeł gordyjski, w ciemniejszych utrzymywała ją cieniach zmroku.
Z prawej i lewej, nad nami i głęboko pod nami szumiały drobne, górskie strumyki, których naliczyłem w najbliższej okolicy kilkanaście, na dole wreszcie, na dnie tej kotłowiny, łączyły się owe kryształowe wężyki w rzeczkę górską, spadającą z kaskady na kaskadę, a dążącą stąd do Kokki, jak twierdzili krajowcy; były to więc źródła Iabiangu.
Zanotowawszy klinometr, busolę, aneroid i pedometr90 i odświeżywszy się przy chłodnych i czystych tych źródłach, ruszyliśmy dalej, brodząc długo w korycie nowej rzeki, aż wreszcie spinając się na nowy stromy skłon, przybyliśmy około piątej wieczorem do nieznanego, murzyńskiego, dość wielkiego miasta Balombi-ba-Kange. Tu cała ludność rzuciła się na nasz widok w największym przestrachu do przeciwległych wrót. Nigdy albowiem przedtem nie widzieli białego człowieka, a podług ich mniemań diabeł ma ciało białe, przybywające więc nieznane im istoty przeraziły ich śmiertelnie samym swym widokiem.
Kto nie zdążył uciec dość prędko z miasta, ten wpadał do pierwszej lepszej chaty, którą zabarykadowywano z gorączkowym pośpiechem. Tymczasem wybuchła burza i raptowna ulewa, powiększająca się z każdą chwilą, zmoczyła nas zupełnie — dach więc jakikolwiek był dla nas bardzo pożądany. Zbliżyłem się więc w tym celu do starego krajowca, jedynego prawie, który nie mógł zdążyć za uciekającą ludnością, by zapytać się go o dom Sangonbuki (kacyka, właściwie „pana miasta”). Sądziliśmy, że przez starość swą będzie on nieco śmielszy od jego współobywateli, zaledwie jednak zbliżyliśmy się do niego, gdy i jemu przestrach dodał sił i znikł w jednej z chat.
Posłaliśmy więc kilku z naszych ludzi za nim, bakundyjczyków, by uspokoili zatrwożonego argumentem, że przecież oni, współplemienni z nim, przybyli tu z białymi, że więc biali ci nie mogą mieć złych zamiarów.
Po długich perswazjach udało im się wreszcie wynaleźć dom kacyka. Ten ostatni jednakże, zwany Mussumeh, podzielał skrupuły swych poddanych, gdy bowiem zobaczył, że się zbliżamy do jego domu, zamknął takowy szybko i od swych drzwi zaprowadził nas do starej walącej się chaty, aby nieznane dziwolągi nie zaczarowały jego własnej siedziby. Muketu, drugi nasz tłumacz, wyraził jednakże nasze zapewnienia przyjaźni w sposób tak przekonywujący, że Mussumeh wkrótce się uspokoił i zdecydował się wreszcie nawet odprowadzić nas nazad do swej chaty; a tego samego wieczoru zamienił się również przestrach krajowców na ogólną ciekawość. Szturmowano po prostu do drzwi chaty, nie dozwalając nam ani na chwilę pozostać bez świadków. Bali się jednakże ciągle naszego spojrzenia, przypisując mu nadzwyczajne siły, i dość było spojrzeć nagle na jakiego bądź natręta, żeby go zmusić do ucieczki.
Mussumeh ofiarował nam kozę, jamsu i bananów, przyjął następnie nasze podarki i przepędziwszy noc w Balombi-ba-Kange, ruszyliśmy dalej w nadziei, że tego samego dnia około zachodu słońca ujrzymy katarakty rzeki Mungo. Podług informacji powziętych w Bakundu, miały się one znajdować w miejscu zwanym Mambanda.
Droga prowadziła znów przez pewną ilość plantacji, przeszliśmy przez baku (miasto niewolnicze) należące do Kange, następnie ciągnęły się znów gęste lasy, zawierające tu i ówdzie podobne podniesione kotłowiny wyschłych jezior, z jakich jedno zauważyliśmy już w Okuce, i przybyliśmy do brzegu nowej rzeki, którą trzeba było przebyć w bród. Było to widocznie jedno z lewych ramion Mungo. Z drugiej strony rzeki trzeba było piąć się na stromy pagórek i zaledwie uszliśmy po nim ze sto kroków, gdy wchodziliśmy do wrót bardzo rozległego, potężnego miasta. Było to Mokonie91, centrum wewnętrznego handlu kością słoniową w tych stronach. Poleciłem karawanie naszej iść jak najprędzej i z zupełną pewnością siebie naprzód, gdyż było zaledwie południe, a chcieliśmy koniecznie dnia tego jeszcze dotrzeć do Mambandy. Obawiałem się przy tym, by nas nie zatrzymano, ludzie też podążali szybkim krokiem, na próżno jednak! Czegośmy się obawiali, to miało wkrótce nastąpić. Krajowcy, pomiędzy którymi znajduje się tu wielu czarnych handlarzy z Balungu, pośredników między brzegiem oceanu a Mokończykami i innymi wewnętrznymi plemionami, postanowili nas zatrzymać, gdyż balungscy przywódcy sądzili, iż przychodzimy im wydrzeć owo pośrednictwo. Wprawdzie sami Mokończycy rozpierzchli się na nasz widok, jak i mieszkańcy Balombi-ba-Kange, lecz Balungczycy, jaśniejsze mający o białych pojęcie, rozproszyli ich obawy, występując sami na czele, i wkrótce, podczas gdyśmy szybko kroczyli ku przeciwległym wrotom miasta, napełniły się ulice dziką, czarną zgrają, która krzycząc i wywijając kotlasami92 (długimi nożami) i dzidami, puściła się pędem za nami żądając, byśmy stanęli.
Z początku sądziłem, że mimo to przedostaniemy się przez miasto, i już staliśmy w pożądanych wschodnich wrotach, lecz tu zostaliśmy otoczeni ze wszech stron, podczas gdy dwóch starszych Murzynów z miotełkami, oznakami godności, podążyło ku nam co tchu w najwyższym rozognieniu umysłów.
Byli to Akama, główny przywódca Balungczyków, mający całe miasto wraz z królem i ludnością w swoich rękach, oraz Massango, syn i spadkobierca właściwego króla, lecz pozostający również pod wpływem Akamy. Jeden i drugi nie mogli się uspokoić, bezczelnością naszą, jak się wyrażali, a którą stanowiło to, żeśmy się ośmielili tak bez wszystkiego dążyć dalej w kraj, nie mając zamiaru zatrzymywać się w tak wielkim mieście jak Mokonia. Oświadczyli nam, że bezwarunkowo nie możemy ruszyć dalej, a przynajmniej musimy pozostać pewien czas w Mokonii, gdyż słyszeli oni już o naszym pobycie w tych krajach i tak wielkie miasto jak Mokonia nie może ścierpieć tego, ażeby biały człowiek je ominął i wolał inne miasto jako kwaterę. Wszelkie argumentacje okazały się tu próżne. Przedstawiłem Massango i Akamie, że musimy dziś jeszcze być w Mambandzie, ponieważ w przeciwnym razie prowiant nasz by nie wystarczył, lecz wszystko na próżno, a kiedym sądził, że nie poważą się rzucić na nas, w razie gdybyśmy spróbowali ruszyć mimo to naprzód, i gdy schwyciwszy jednego z tragarzy za ramię, puściłem się z nim przez bramę, Balungczycy z dziką wrzawą napadli na resztę tragarzy i oddzielili ich od nas. Trudna była rada, wdać się w bitwę nie było można, gdyż ich było około tysiąca, a nas kilkunastu. Przyszło więc do układów; Massango i Akama żądali, ażebyśmy się w domu króla Mdaibe choć jedną dobę zatrzymali. Przypuszczałem wprawdzie, że po tej dobie nastąpi żądanie o drugą, by z nas, o ile możności, jak najwięcej wydusić podarków, a równocześnie się naradzić, czy w ogóle mają nas puścić dalej, ale trzeba było udawać, że tłumaczy się to chęcią ich ugoszczenia nas przez jeden dzień i zamieniając całą rzecz w żart, oświadczyliśmy im ze śmiechem, że w końcu to wszystko jedno, czy skończymy dzień w Mokonii czy w Mambandzie i dawszy znak ludziom, by szli za nim, wskazał Massango drogę do chaty dla nas przeznaczonej. Wnętrze jej wcale nie było zapraszające, przy słupie znajdującym się w pośrodku stał czarny bożek wyciosany z drzewa, a przedstawiony w postawie skaczącej, co najbardziej jednak ponure sprawiało wrażenie — było to kilkadziesiąt czaszek ludzkich, które wisiały u sufitu, po części stare i zakopcone, po części świeższe i pomalowane gliną. Były to czaszki skazanych za czary, a w jednym z rogów tej monstrualnej izby, pod łóżkiem bambusowym, które miało nam służyć w nocy, leżała zupełnie prawie świeża i jeszcze cuchnąca czaszka. Podług pojęcia krajowców było to najbardziej ceremonialne miejsce i z tej prawdopodobnie przyczyny wybrano je dla nas.
Z początku krajowcy trzymali się z daleka, nie odważali się nawet zaglądać przez drzwi tej naszej chaty, był więc czas do uporządkowania naszych rzeczy i uspokojenia wystraszonych tragarzy. By tego dopiąć, musieliśmy okazywać powierzchownie jak największy spokój, choć razem z Tomczekiem byliśmy w rzeczywistości zasępieni, gdyż pewność ujrzenia dnia tego katarakt spodziewanych w Mambandzie minęła nas, podczas gdy położenie nasze stało się bardzo niepewne. Nie obawialiśmy się żadnych nowych gwałtów ze strony Massangi i Akamy, lecz wiedzieliśmy dobrze, że użyją na nas wszelkiej biernej presji, by o ile możności zbogacić się przez czas forsowanego naszego pobytu zawartością naszych tłumoków93, tak, że mogliśmy się obawiać, czy bagaż w ogóle wystarczy do mety tej ekskursji.
Na szczęście stało się nieco lepiej, niż spodziewaliśmy się. Po południu przybył Massango, prosząc, byśmy wyszli przed dom, ponieważ stary jego ojciec, Mdaibe, 90-letni starzec, pragnie zjeść z nami kassu dla zawarcia pokoju. Wyniesiono nasze siedzenia, a gdyśmy je przed domem zajęli, znajdowaliśmy się w kole gęsto stojącej czarnej ludności miasta, naprzeciwko zaś nas siedział zgrzybiały Mdaibe król. Massango uprzedził nas, że z przyczyny starości ojca on, jako jego syn, będzie prowadził cały ten palawer; toteż po pewnym milczeniu Massango wstał i zawołał trzy razy: „Jesteśmy szczęśliwi z przyczyny białych ludzi!”, czemu za każdym razem wtórowało jednogłośne: „I” (tak), następnie odwracając się do nas, zaczął prosić nas o przebaczenie. Z żywą gestykulacją oświadczył, że ludzie Mokonii nigdy przedtem nie widzieli białego człowieka, a że wiedzą dobrze, że to biali ludzie wyrabiają te wszystkie piękne przedmioty, które oni otrzymują znad brzegu, że kilka dni temu słyszeli, iż nareszcie przybywają tacy biali ludzie, i że wszyscy wyglądali ku nim pełni oczekiwania. „Tymczasem — dodał — przychodzicie nareszcie i chcecie tylko przejść bez zatrzymania się w Mokonii, to byłoby niemożliwe, zrozumiejcie nas i nie gniewajcie się więcej”. Chociaż dobrze wiedziałem, że nie to tylko było przyczyną naszego zatrzymania, nie mogłem naturalnie tego pokazać. Odparłem więc, że byłem rzeczywiście rozgniewany, gdy nam weszli w drogę przy bramie, lecz że zrozumiałem teraz ich palawer i pozostanę bez gniewu, ponieważ nas tak długo oczekiwano.
Szmer ukontentowania rozległ się w kole po mych słowach, a stary Mdaibe wstał i zbliżywszy się do mnie, włożył mi w rękę kilka kawałków pewnego twardego, gorzkiego owocu, czerwonego koloru, zwanego przez krajowców maki, a przez Anglików colonut94. Znałem już ten zwyczaj, powszechnie w tych krajach przyjęty, i gdy Mdaibe powrócił na swe siedzenie, przyszła na mnie kolej wstać, podejść ku niemu i znów złożyć owe kawałki maki na jego dłoni; znaczyło to, że biali zawarli z królem pokój. Następnie młody Murzyn przyniósł paczkę zawiniętą w liście bananowe, które w Afryce zastępują papier, a zawierającą drobne orzechy zwane kassu. Mdaibe zjadł jeden taki orzech, następnie wysypano je przed nami. Stosownie do zwyczaju kazaliśmy je jednemu z naszych ludzi rozdzielić na trzy części, jedną dla Mdaiby, drugą dla nas, a trzecią dla stojącego dokoła ludu, po czym nastąpiło spokojne łupanie skorupek.
By nastrój ten pokojowy powiększyć na naszą korzyść, rozdaliśmy z naszej strony kilka główek tytoniu, którego nie palą, lecz trą na tabakę i zażywają. Tłum też rozszedł się wkrótce w wysokim stopniu zadowolony. Mdaibe poszedł za nami do naszej chaty, usiadł spokojnie w jednym kącie i przez kilka godzin przypatrywał się nam, nie wyrzekłszy ani słowa, ale na twarzy jego można wyraźnie było zauważyć nieograniczone podziwienie, z którym śledził każdy nasz ruch. Gdyśmy kupili kilka jaj kurzych, spojrzał z niepokojem na stojącego w środku bożka, zupełnie zaś opuściła go powaga, gdyśmy zapalili lampkę spirytusową. Wtedy załamał ręce i spoglądał z przestrachem to na nas, to na palącą się, jak twierdził, wodę, a potarcie się i zapalenie się zapałki wprawiało go w zupełne osłupienie, z głośnym zaś śmiechem przypatrywał się kilka chwil później, jak towarzysz mój Tomczek wyciągnąwszy z małej paczki wielką miednicę kauczukową, rozwinął takową i zaczął się w niej myć.
Tego wszystkiego było za wiele dla pojęć dobrodusznego Mdaiba, opuścił wreszcie swe miejsce, wyszedł i kazał dla nas zabić kozę, aby tak mądrzy ludzie, umiejący podobne nadzwyczajne rzeczy, nie potrzebowali ani na chwilę cierpieć u niego głodu
Noc następna przeszła spokojnie mimo ohydnego otoczenia czaszek, wśród któregośmy się znajdowali, gdyśmy jednakże następnego poranku w dalszą wybierać się chcieli drogę, nastąpiły nowe nieporozumienia. Przybyli Akama i Masango i chociaż już dość nas wyeksploatowali ciągłymi żądaniami podarków, zaczęli na nowo sprzeciwiać się naszemu wymarszowi, chcieli koniecznie wiedzieć, po co właściwie chcemy iść dalej, i że jeżeliśmy przyszli po kupno oleju palmowego lub kości słoniowej, możemy dostać w Mokonii tych produktów tyle, ile tylko zechcemy, że nie mamy zatem żadnej potrzeby zapuszczać się głębiej w kraj.
Wyłożyłem im więc, że nie mam nic do czynienia z jakimikolwiek zakupami, czy to słoniowej kości, czy oleju palmowego, i że takowych nie przyjąłbym nawet jako podarku, ponieważ idę wyłącznie, by zwiedzić kraj, i nie chcę bynajmniej powiększać ciężarów naszych tragarzy niepotrzebnymi zakupionymi przedmiotami.
Długo trwały te rozprawy, krajowcy przyjmowali zapewnienia te z niedowierzaniem, gdyż słyszeli zawsze, że biali przybywają do tych krajów jedynie w celach zakupu wyż wymienionych przed miotów.
Wreszcie po nowych argumentach i nowym obdarzeniu mokońskich wampirów mogliśmy opuścić nieznośną dla nas Mokonię. Akama dał nam dwudziestu ludzi eskorty, aby następne miasto, Bao, leżące między Mokonią a Mambaudą, nie mogło nas zatrzymać, o ile albowiem wczoraj skorzy byli sami to uczynić, zazdrościli tego zaszczytu innym. Eskorta ta rzeczywiście przydała się nam, gdyż zaledwie wstąpiliśmy do ludnego miasta Bao, gdy zanosiło się na podobną scenę jak przy wejściu do Mokonii, lecz widok ludzi groźnego Akamy zastraszył Baoczyków. Szczęśliwie więc przybyliśmy do Mambandy, której mieszkańcy jednakże pierzchnęli na nasz widok przestraszeni, przypominając nam Balombi-ba-Kange. Wraz z Tomczekiem wkraczaliśmy pełni oczekiwania, sądziliśmy bowiem, że znajdziemy się w bliskości upragnionych katarakt. Oswojono wreszcie kacyka, noszącego tu nazwę Aboa, lecz któż opisze nasze zdumienie i zawód, gdy ani Aboa, ani żaden z jego ludzi nie wiedzieli nic o jakiejkolwiek wielkiej rzece lub o wodospadach w okolicy Mambandy.
Widocznie nas oszukano, zaczęliśmy się więc pytać, czy nie słyszeli oni o pewnej wielkiej wodzie, która z szumem i pianą spada przez skały i kamienie. Aboa potwierdził zapytanie, oświadczając, iż podobna woda znajduje się w miejscu zwanym Kumba, a które wskazywał w kierunku WSW. Dodał jednakże, iż do Kumby daleko i że trzeba nam będzie o niego przenocować. To jednakże nie zgadzało się bynajmniej z naszymi projektami. Podług słońca nie było później jak południe, a że krajowcy zwykle przesadzają, opisując odległości, do czego też Aboa miał tym bardziej powód, aby móc nas przez dzień zatrzymać i uzyskać podarki, postanowiliśmy zaraz wyruszyć do Kumby, tym bardziej że jeden z eskortujących nas Mokończyków oświadczył się z gotowością doprowadzenia nas dziś jeszcze do Kumby za odpowiednią zapłatą.
Postanowienie to wywołało wielkie niezadowolenie kacyka Mambandy, lecz tu wystarczyło kategoryczne oświadczenie, iż bezwarunkowo zaraz ruszymy dalej, i tak się stało.
Zstąpiliśmy naprzód ze stromego stoku gór i napotkaliśmy po półtoragodzinnym marszu nowe ramię rzeki Mungo; zauważyliśmy jeszcze dwa inne płynące w odległości 1000 kroków jedno od drugiego. Przeszliśmy takowe, a teren zaczął się niezwłocznie podnosić. Gdyśmy, po nim krocząc, doszli do szczytu, stanęliśmy na dość rozległej wyżynie. Tu zauważyliśmy olbrzymie miasto, większe nawet od Mokonii. Była to Kumba. W oddaleniu dawał się słyszeć głuchy szmer, słońce chyliło się ku horyzontowi, przyspieszyliśmy więc kroku, czując, że zbliżamy się do celu, gdyż katarakty zwiastowały się swym szumem z daleka.
Mieszkańcy Kumby uciekli przed nami również; mokoński nasz przewodnik jednakże znał dom kacyka i zaprowadził nas wprost ku temuż. Aua, władca Kumby, przyjął nas z wielką powagą — nigdy nie zapomnę siły woli tego starca. Najmniejsze nawet drganie twarzy nie zdradzało jego wewnętrznej walki, chociaż kolana jego drżały z przyczyny zabobonnego strachu, gdym ma podawał rękę, dał mi mimo to swoją ze sztucznym spokojem. Następnie kazał przynieść stołki dla przybyszów i odpoczęliśmy. Jeden z synów jego przyniósł nam wody, a gdy Aua również usiadł, oświadczyłem mu cel naszego przybycia, to jest, że „słyszeliśmy o wielkim wodospadzie rzeki Mungo, który się podobno znajduje w jego kraju i że przybyliśmy, ażeby zwiedzić takowy”. Uśmiech zadowolenia zajaśniał na twarzy starego kacyka Kumby; czuł on się niezmiernie szczęśliwy, te biali z m-benga (z dali) przybyli, aby widzieć jego wodospad. Potwierdził, że takowy rzeczywiście leży na jego ziemi, lecz dodał, że nie prowadzi do niego żadna droga z przyczyny otaczających go złych duchów, że jednakże zwoła krajowców, aby całe miasto towarzyszyło nam do wielkiej wody, a tymczasem zapraszał nas, by odbyć z nim i innymi kacykami ceremonię kassu. Mimo gorącego pragnienia naszego stanąć jak najprędzej u stóp katarakt, musieliśmy jednak zadośćuczynić żądaniu Auy, aby go nie zrazić. Dwór jego napełnił się tymczasem ciżbą ludu, która wzrastała z każdą chwilą i otoczyła nawet ściany zewnętrzne. Popęd ciekawości doszedł do takiego stopnia, że wdrapali się nawet na słabe bambusowe dachy, a w końcu nawet ściany i mury królewskiego gospodarstwa grozić zaczęły upadkiem, do tego stopnia tłoczyło się to czarne mrowisko, by ujrzeć białych ludzi.
Wreszcie skończyła się ceremonia kassu, zwołaliśmy ludzi naszych, polecając im zabrać długie noże, i udaliśmy się ku rzece, przepływającej u przeciwległych wrót miasta.
Mungo był tu znacznej szerokości. Była to zawsze jeszcze pełna, silna powierzchnia wodna, pędząca przez kraje te, pokryte zmrokiem gęstych nieznanych lasów — co do katarakt jednakże, wciąż tylko słyszeliśmy ich szum. By dotrzeć do nich, musieliśmy wejść na nowo do miasta na wyżynę i wciąć się w gąszcz w zachodnio-północnym kierunku. Cała ludność dążyła za nami. Znów ta powtórzyć muszę, te kto nie zna stron tropikalnych, ten nie ma pojęcia o tym nieprzeniknionym labiryncie zieleni, splecionym niby silny węzeł gordyjski, lecz dokoła nas wrzało od głów i brunatnych ramion i nigdy prawdopodobnie nie panował taki ruch na tej drodze.
Całe pajęczyny lianów i gałęzi splecionych między sobą padały pod ciosami krajowych noży i po półgodzinnej pracy zajaśniała przez gąszcze olbrzymia, wrząca płaszczyzna wodna, pokryta dziką, białą pianą, a spadająca w siedmiu tarasach z mniej więcej 80 stóp wysokości.
Z wystającej skały, zawieszonej tuż nad wodą, a do której przebiliśmy sobie drogę, spoglądaliśmy wraz z Tomczekiem na majestatyczny ten widok, ponad którym górny Mnogo, przypływając z dalekich i nieznanych stron, świecił niby czarująca srebrna wstęga. „Wiwat Polonia!” — wyrwało się z naszych piersi — i staliśmy długo, napawając się widokiem, na którego czary żadne oko europejskie jeszcze nie patrzało.
Słońce zaczęło tymczasem pochylać się do nieboskłonu, zmuszając nas powrócić do Kumby.
Czarna gromada naszych satelitów95 towarzyszyła nam w największym rozgorączkowaniu, oblegając następnie naszą kwaterę do późnej nocy.
Stary Aua przygotował dla nas wieczerzę, podczas której siedział sam w chacie, przypatrując się nam ciekawie, następnie prosił, byśmy opowiadali, jak wygląda kraj białych i różniąc się pod tym względem nie bardzo wiele od Europejczyków, zadawał najdziwaczniejsze pytania.
Następnego dnia, 16 września, ludność otoczyła nas od samego rana. Wkrótce przybył król, prosząc, byśmy pokazali użytek naszej broni „wielkiej i małej” (tj. karabinów i rewolwerów). Trzeba było zadość uczynić prośbie starca, co spowodowało pomiędzy całą ludnością przestrach i zdumienie. Nie mogli pojąć, że jeden rewolwer może wystrzelić po kilka razy bez oddzielnego nabijania, a jeden karabin (Winchester) 14 razy. Wiadomość ta rozeszła się wkrótce po kraju, naturalnie przesadzona stosownie do stopnia bujności afrykańskiej fantazji; rozgłaszano bowiem, że biały człowiek może strzelać z swej broni bez końca, nabiwszy ją raz jeden tylko, i że każdy wystrzał trafia i zabija kilku ludzi.
Wreszcie wyszliśmy z gościnnego miasta, pożegnawszy się serdecznie z dobrodusznym Auą. Cała ludność dążyła za nami do rzeki, przez próg której wiodła nasza droga; bito w bębny i krajowe dzwony, śpiewano, słowem, okazywano nam wszelkimi sposobami największą przyjaźń. Przejście przez tutejszy próg Mungo było nieco trudne, lecz z pomocą naszych ludzi przedostaliśmy się na drugi brzeg. Kumba i chmara odprowadzającej nas ludności znikły nam z oczu i wstąpiliśmy na drogę, która o mało co nie przyprawiła nas o pewną zgubę.
Ośmieleni wczorajszym odkryciem katarakt, chcieliśmy zaraz stąd przedrzeć się do tajemniczego jeziora Mba. Stary Aua wprawdzie odradzał, twierdząc, że między jeziorem Mbu a Kumbą lasy w owej chwili po prostu zalane były słoniami, ale sądziliśmy, że to tylko strachy na lachy i poszliśmy naprzód. Niestety, słowa starego kacyka Kumby miały wkrótce okazać się aż nadto prawdziwe. Na długo dzień ten pozostanie w naszej pamięci.
Droga prowadziła z początku przez liczne plantacje Kumby, po części zdziczałe, następnie weszliśmy w gęsty dziewiczy las, stało się zupełnie ciemno dokoła; o ludziach i osadach nie pozostało już ani śladu, a podług słów krajowców, las ten ciągnie się daleko w głąb, ślady też słoni stawały się coraz częstsze. Po godzinie marszu napotkaliśmy nagle krajowców, donoszących z największym przestrachem, że pędziła za nimi olbrzymia masa słoni, zalewająca po prostu swą liczbą całą okolicę, i że podążając naprzód, na pewno spotkamy się z nimi. I teraz nawet jeszcze nie wierzyliśmy w niebezpieczeństwo, zdawało mi się jednakże pożyteczne namówić jednego z tych krajowców, by towarzyszył nam jako przewodnik, i zawdzięczamy może jemu nasze ocalenie. Nazywał on się Muelle.
Nie minęło i pół godziny, gdy las cały zdawał się drzeć przed nadchodzącym stadem potworów, które zapowiadały swe przybycie rykiem, którego żadne pióro opisać nie jest w stanie. Tysiące trąb nie zdoła tak wstrząsnąć atmosferą. Ludzie struchleli. Stanęliśmy wszyscy, wstrzymując oddech. Trzeba było wyśledzić kierunek pochodu stada. Podjął się tego Muelle. Przytłumionym świstem miał nas ostrzec o niebezpieczeństwie. Jak żmija prześliznął się przez zarośla, podczas gdyśmy stali, czekając, a każda minuta zdawała się godziną! Wreszcie usłyszeliśmy silny świst. Opatrzono fuzje, za chwilę ukazała się w krzakach ciemna twarz powracającego Muelle. Oczy jego błyszczały dziko, rozdęte nozdrza drgały konwulsyjnie i patrząc w nas, jak gdyby chciał pytać, co robić, szepnął, wskazując trzy różne kierunki przed nami: „Ndżoku, ndżoku, ndżoku, gita, Sango, gita!” (słonie, słonie, słonie, wiele ich, panie, wiele!). „Zginęliśmy!” — zawołał Richard Aqua, blady i drżący. Pierwsze to było spotkanie tego rodzaju, sam nie wiedziałem, jak zaradzić najlepiej, lecz jeszcze w służbie marynarskiej uczono nas nie namyślać się długo, lecz postanawiać szybko w takich razach, a przy tym nie można było dać poznać po sobie, że się namyślamy. Po kilku więc słowach narady, wymienionych obojętnym głosem z Tomczekiem, kazałem nagle zarznąć kozę otrzymaną od Auy, aby nas nie zdradzała swym beczeniem, następnie pospiesznie rozpakować kufer, w którym znajdowały się naboje zapasowe, a opatrzywszy powtórnie karabiny i rewolwery, spytałem się Muella, w którym kierunku znajdują się najbliższe mieszkania ludzkie. Murzyn wskazał na zachód i rzekł: „Ekumbe-ba-Wandżi”.
Wybraliśmy więc ten kierunek, bo ostatecznie nie mieliśmy innego wyboru: ku nam ciągnęła falanga leśnych tych olbrzymów i, jak się zdawało, od krańca do krańca na całej linii przed nami; trzeba więc było w którymkolwiek punkcie przebić sobie przejście, gdyż, chociaż słonie rzadko kiedy napadają, lecz z drugiej strony nigdy się nie cofają, dążąc szybko naprzód, ufne w swą siłę i niszcząc wszystko przed sobą. Podążyliśmy więc naprzód, prześlizgując się bez szelestu przez zarośla. Na nowo zagrzmiały dokoła trąby olbrzymów i znowu stanęli ludzie w nieograniczonej trwodze. Chcieli koniecznie, byśmy nawrócili, lecz tego nie można było uczynić, w takim bowiem razie, zastraszeni raz na zawsze, nie poszliby już dalej w dniach następnych za nic w świecie. Wyperswadowałem im więc stanowczo, że koniecznie trzeba iść naprzód, gdyż to stawanie i oczekiwanie przedłuża tylko niepewność naszego położenia, nie przeciwdziałając mu bynajmniej.
Ruszyliśmy więc znów dalej, gdy nagle — zdawało się z początku, że to szare głazy lub skały — ukazało się przed nami pędzące długą linią stado wśród trzaskających dokoła gałęzi. Cała nasza karawana, przerażona, rzuciła się wstecz. Wraz z Tomczekiem i częścią naszych ludzi rozpoczęliśmy ogień jak najszybszy, Muelle zaś zaczął ryczeć, powtarzając swe okrzyki bojowe, którym cała reszta wtórowała. Wrzask, ciągłe strzały, dym, łoskot łamanych drzew i gałęzi sprawiły chaos piekielny. Z początku słonie goniły za nami w nieprzerwanej linii, wreszcie jednakże przerwała się ona, utworzyła się luka i stado rozdzieliło się na dwie części, zapuszczające się w gąszcze, w których łoskot przez nie sprawiany zaczął się stopniowo oddalać.
Na ten raz byliśmy ocaleni od stratowania. Las dokoła wyglądał jakby pomiętoszony. Po zebraniu rozproszonych ludzi odetchnięto na chwilę i nabiwszy na nowo broń, nawróciliśmy znów i w dawnym kierunku posunęliśmy się ku Ekumbe-ba-Wandżi.
Minęła godzina szybkiego marszu, odbytego w najgłębszym milczeniu, gdy ujrzeliśmy nagle z lewej strony nową falangę potworów. Rzuciliśmy się naprzód, by je wyminąć, lecz stado przybrało ten sam kierunek. Znów rozpoczęła się ta sama wrzawa; część nas rozproszyła się w bok, a w dymie zostałem nagle rzucony o złamane drzewo i uczułem silny ból na przodzie łydki, gdzie i tak już miałem rany, powstałe w marszu i jątrzące się od pewnego czasu. Niebezpieczeństwo jednakże dodaje sił nadzwyczajnych. Wiedząc, jaki rodzaj śmierci czeka nas pod stopami tych gigantów, wyprzedziliśmy stado mimo śliskiej po deszczu drogi, mimo pagórków i zejść spadzistych, nabijając i strzelając zarazem w biegu, dopóki ono, zmęczone lub wstrzymane odłamami gałęzi i wywróconymi drzewami, nie znikło w ciemnym lesie.
Znów można było odpocząć. Nowe wyjęto ładunki i po nabiciu broni ruszyliśmy pospiesznie dalej, zawsze w najgłębszej ciszy i ścisnąwszy rząd karawany, aż wreszcie po nowej godzinie stanęliśmy nad brzegiem rzeczki, ku której obniżał się teren.
Gdyśmy ją przeszli, Muelle stanął i odetchnąwszy głęboko, rzucił swą broń i kozę zabitą, którą niósł, wołając: „Teraz wszystko skończone, oto plantacje miasta, to już ziemia Ekumby-ba-Wandżi!”
Ludzie na nowo odżyli. Rzuciliśmy się wszyscy znużeni na ziemię, rozłożono pakunki i zaczęto mówić o minionym niebezpieczeństwie. Ani ja, ani Tomczek nie mogliśmy naturalnie przez ten czas obserwować kierunków, lecz droga była dość prosta i wiodła przeważnie na WSW. Po dość długiej jeszcze drodze przez plantacje, niewolnicze osady i drobniejsze przestrzenie lasów stanęliśmy wreszcie krótko przed zachodem słońca przy nowej rzeczce, u wrót Ekumbe-ba-Wandżi.
Chcieliśmy tu dać ludziom nieco wypoczynku, by wejść do miasta w porządniejszym stanie, lecz zerwał się nagle gwałtowny tornado: tu i ówdzie trzaskały wysokie palmy i inne drzewa, banany zaś plantacji spadały, jakby podcięte niewidzialną kosą. Był to widocznie dzień feralny! Wszędzie dokoła huk, trzask i wycie orkanu; a jednak powitaliśmy ten huragan z pewną radością, gdyż mówił on nam, że pora sucha nadchodzi — był to pierwszy jej zwiastun.
Szybkim krokiem weszliśmy do wystraszonego miasta, liczącego mniej więcej 50 chat. Nastąpiły jeszcze wprawdzie długie palawry dla oswojenia kacyka i ludności, lecz na koniec można było wypocząć po długim, ciężkim marszu i zajść pełnym dniu.
Gdym się wieczorem rozebrał, zauważyłem ze smutkiem, że nogi moje znajdowały się w fatalnym stanie, w wielu miejscach skóra była zdarta do kości, a jak tu wygoić rany, kiedy zaraz w dniu następnym czekał nas długi i uciążliwy marsz.
Krótko przed zachodem słońca oczyściła się atmosfera, huragan minął i w północno-wschodnim kierunku od naszego obozu ukazał się krótki łańcuch gór. Tam za nimi, świadczyli krajowcy, leży słoniowe jezioro Mbu. Droga do niego miała wynosić mniej więcej około pół dnia, a usłyszawszy to, nie zważając ani na rany, ani na nowe stada słoni, uczuliśmy jedno tylko pragnienie, to jest obejść ów łańcuch gór i dotrzeć do niego. W tej nadziei położyliśmy się do snu, lecz gdy następnego rana chcieliśmy urzeczywistnić nasze pragnienie, nie znalazł się w całym mieście nikt, który by choćby za dziesięciokrotną zapłatę zechciał nas przeprowadzić do brzegów owego jeziora.
W Ekumbe-ba-Wandżi znajdowali się nawet ludzie znad jeziora Mbu. Oni sami starali się, byśmy mogli dostać się do nich, w nadziei, że miasto Mbu otrzyma przez to liczne podarki, lecz byli oni sami już od kilku tygodni w Ekumbe-ba-Wandżi, nie mogąc powrócić do swoich, ponieważ jezioro jest w tej porze roku formalnie oblężone przez słonie, przechodzące teraz z nadchodzącą porą suchą do rzek i jezior. Jeden z owych krajowców, zapytany, czyby nie zechciał rzeczywiście zaprowadzić nas do jeziora Mbu w razie dobrej zapłaty, dał nam charakterystyczną odpowiedź, a mianowicie: „Gdybyście mi nawet ofiarowali żonę, nie mógłbym się tego podjąć”.
Z bólem serca musieliśmy się więc zgodzić na zmianę kierunku marszu i udać się przez Bassingi do naszej głównej kwatery w Bakundu. Wyruszyliśmy też niezwłocznie, odkładając dotarcie do jeziora Balombi o-Mbu do więcej sprzyjającej nam chwili.
Miasto Bassingi, do któregośmy weszli po południu następnego dnia, okazało się głównym centrum religijnym tych stron. Miało ono reputację posiadania najsilniejszych kalati, to jest fetyszów i talizmanów; liczne jednostki, a nawet całe partie krajowców przybywają tu ustawicznie, aby na nie przysięgać podczas sporów.
Ludność, przyzwyczajona do licznych procesji krajowców, okazała się dość skąpa, chwilowo brakło nam nawet prowiantu, lecz pokazawszy kacykowi Opunde podarki przygotowane dla niego, wstrzemięźliwość miasta co do dostarczania nam żywności zmieniła się nieco.
Z przyczyny ulewy szalejącej nad całym krajem musieliśmy spędzić w Bassingi całą dobę. Przez ten czas mogliśmy obserwować miasto i jego mieszkańców i zauważyliśmy, że pewna część tychże jest inaczej tatuowana niż wszyscy inni. Była to kasta, a raczej tajemnicze stowarzyszenie fetyszerskie, rodzaj frank-masonerii, kierującej wszystkimi przesądami tych krajów. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że posiadają oni oddzielny, przez nikogo niezrozumiały, religijny niejako język.
Marsz z Bassingi do Bakandu był dla mnie ciężką próbą: długość jego wynosiła przeszło 20 mil geograficznych96, i to przez teren przedstawiający całe serie głębokich rozmiękłych bagien. Ciężkie to było zadanie, nogi miałem okryte ranami, które grzęznące w błocie buty rozdzierały co chwila na nowo i gdyśmy 19 września wieczorem przybyli do głównej naszej kwatery Bakundu-ba-Nambeleh, nie byłem w stanie przez długi czas uczynić choćby kroku.
Mimo to postanowiliśmy w tej chwili rozpocząć poszukiwania co do jeziora Mbu i podczas gdy sam musiałem pozostać w Bakundu-ba-Nambeleh dla wyleczenia się z ran, udał się na ten raz Tomczek sam, obierając nowy kierunek przez nieznane części kraju, kierunek, który miał dać mu ważne rezultaty. Dzielny Tomczek pałał żądzą odszukania tego, co już raz o staję zaledwie mieliśmy przed sobą, a szlachetna jego wytrwałość miała osiągnąć więcej nawet w tym marszu, niżem się spodziewał.
Pożegnaliśmy się serdecznie. Przy pomocy kija odprowadziłem go do wrót naszej kwatery, długo powiewały jeszcze nasze chustki, a potem już tylko towarzyszyć mu mogły życzenia pozostałego przyjaciela wśród czarnych głów swej karawany.
Pozostawiam własnym słowom Tomczeka relację z tego marszu, przesłaną w swoim czasie do „Dziennika Poznańskiego”97.
„Widząc, iż rany Rogozińskiego zatrzymają go przez dłuższy czas na miejscu, wyruszyłem dn. 23 września w nową podróż. Szczęście służyło mi tą razą98 wierniej niż w wspólnych naszych podróżach.
Wstąpiwszy zaraz za Bakundu na nowy zupełnie teren, natrafiłem pierwszego dnia podróży, krótko przed miastem Baczy, na wyższy bieg rzeki Peteh (Mały Mungo), którą przechodziliśmy niejednokrotnie w pierwszych naszych podróżach. Nadzwyczajna ilość słoni, przepełniających te okolice, zmuszała mnie do ograniczenia pochodu na godziny południowe, podczas których kolosy kryją się w najchłodniejsze zakątki lasu. Niejednokrotnie jednakże łamanie gałęzi i wrzawa zdradzały bliski ich pobyt, a świeże ślady i spustoszone plantacje dawały najlepsze dowody o strasznej ich liczbie. Przeszedłszy miasta Nake i Borri, leżące na północo-zachodzie od Bakundu, przybyłem 26 września do szerokiej rzeki, nazwanej w tym miejscu przez krajowców jeziorem Meme. Dalsze badania przyprowadziły mnie do przekonania, iż Meme i Batim-ba-tamba (rzeka wpadająca do Meme z północo-wschodu) są wyższym biegiem tajemniczej rzeki, która łącząc się z drugą, dotychczas jeszcze nieznaną, tworzy na wschodzie Kalabaru owo olbrzymie ujście Rio del Rey.
Przybywszy do przystani wyschłego łoża górskiego potoku wpadającego do jeziora, zastałem kilkunastu krajowców, czekających na pirogę, stojącą u przeciwległego brzegu 150 metrów szerokiej rzeki. Daremne były wszystkie ich wołania i wysiłki kobiet podnoszących głos do szczytu doniosłości — na ścieżce prowadzącej z lasu nie pokazywała się żywa dusza. Znudzony długim wyczekiwaniem, schwyciłem za rewolwer i wypaliłem 3 razy, ku niemałemu zdziwieniu czarnych, którym po chwili milczenia, pochodzącego może z przestrachu, wyrwał się jednogłośny okrzyk zdziwienia. Okrzykowi i wystrzałom udało się zwabić przewodnika, gdyż niebawem na krańcu lasu ukazała się jego postać i wkrótce upragniona piroga stanęła u naszej przystani. Powierzywszy me losy niezgrabnej łodzi, przechylającej się ustawicznie na stronę i grożącej wywróceniem, odbiliśmy od wysokiego brzegu za pomocą tyczki i wkrótce mimo silnego prądu dostaliśmy się na przeciwległe wybrzeże, z którego stroma ścieżka prowadzi do miasta N’Gongo. Zastałem tu handlarzy kalabarskich, od których dowiedziałem się, iż tylko dwa dni drogi dzieli mnie od Kalabaru, a dzień od rzeki Lobeh, pod którą rozumiem owe drugie ramię Rio del Rey99.
Po zwykłych ceremoniach powitania w chacie królewskiej powróciłem do przystani, a zgodziwszy dwóch wioślarzy, puściłem się z biegiem rzeki, chcąc dotrzeć do punktu, w którym krajowcy nadają rzece imię Bekeh. Po przebyciu jednakże kilkomilowej przestrzeni musiałem nawrócić, gdyż słońce ginęło poza górami, a wioślarze z obawy przed aligatorami, w które obfituje rzeka, za nic w świecie dalej płynąć nie chcieli. Przybywszy do mej kwatery, rzuciłem się zmęczony na bambusową ławkę, lecz nagle powstał niezwykły ruch między krajowcami i równocześnie usłyszałem krzyki: „Nio! nio!” (wąż, wąż). Zerwałem się i odskoczyłem na środek chaty. Na jednym z prętów palmowego dachu wisiał z paszczą zwróconą na dół, właśnie ponad ławką, na której spoczywałem, 4 stopy długi wąż. Po kilkunastu uderzeniach kijem spadł na ziemię, wijąc się konwulsyjnie, jeden z najjadowitszych węży tutejszych.
Po źle przespanej nocy — tańczono i śpiewano aż do świtu — powróciłem w szybkich marszach do Nake, a dnia następnego zwróciłem się ku północo-wschodowi z niezachwianym zamiarem dotarcia do słoniowego jeziora. Zaraz za Nake trafiłem na rzekę, która podług wskazówek i wszelkiego prawdopodobieństwa przepływa poniżej N’Gongo, a dalsza droga, prowadząca w mniejszej lub większej odległości od łożyska rzeki, pozwalała mi śledzić za jej biegiem aż do progów. Przeszedłszy takowe, opuściłem rzekę na godzin kilka, lecz ku wielkiej mej radości ciekawy strumień ukazał mi się na powrót, krzyżując dwukrotnie mą drogę w bliskości miasta Bakundu-ba-Boa, gdzie pod imieniem Kabi przedstawia się jako bystry potok, wypływający z przyległego łańcucha pagórków.
Dnia następnego, 29 września, opuściłem Boę z fatalnym bólem głowy i febrą, spowodowaną zapewne całodzienną wczorajszą podróżą w silnej ulewie. Nadzieja jednakże ujrzenia jeszcze tego samego dnia wieczorem nieznanego jeziora podtrzymywała me siły i choć chwiejącym się krokiem, wyruszyłem w 12-milową podróż. Z trudnością tylko i wysileniem przebywałem na śliskich stromych drogach nieskończony rząd wysokich pagórków, piętrzących się przed nami. Wreszcie po kilkugodzinnym marszu, upadając ze zmęczenia, powitałem z radością w dali jaśniejącą smugę rzeczki, która spadała ze szmerem w kaskadach z skały na skałę. Wtem z prawej zawiał świeży wietrzyk. Spojrzałem w tę stronę: przed nami leżała obszerna płaszczyzna wody — długo szukane jezioro M’Bu.
Zapomniałem o febrze i zmęczeniu, szybkim krokiem podążyłem do brzegu, a usiadłszy w jednej z licznych pirożek, napawałem oczy czarującym widokiem jak lustro gładkiej powierzchni jeziora. Nie wiem, jak długo byłbym pozostał w uroczym tym miejscu, gdyby nie znużeni tragarze, którzy z niecierpliwością czekali chwili złożenia bagażu w mieście.
Mieszkańcy M’Bu, uwiadomieni o przybyciu może bajecznego dla nich białego człowieka, wyszli naprzeciw nam, lecz za każdym krokiem, który uczyniłem naprzód, owe setki czarnych cofały się wstecz, nie dowierzając dziwnej istocie. Przy pierwszej chacie zatrzymała się wreszcie ciżba, a chcąc ją ośmielić, podszedłem ku niej, podając rękę najbliżej stojącemu krajowcowi. Nie zrozumiawszy mego gestu, olbrzymi Murzyn drapnął, co sił mu starczyło, a za jego przykładem poszła i reszta. Gdyśmy jednakże przybyli do domu królewskiego, w jednej chwili zapełniła się chata czarnymi, którzy nie wiedząc, co czynić z zdumienia i radości, wdrapywali się z hałasem na stołki i słupy, grożąc zupełną ruiną i tak już chwiejącej się chaty. Po chwili nadszedł podstarzały Murzyn o słusznej podstawie — król Mukuri, a wziąwszy podaną mu rękę w obie dłonie, trząsł nią długo i serdecznie, wyrażając mi swą radość, iż przecież wreszcie zawitał biały do ich miasta.
Odpocząwszy cokolwiek, powróciłem do jeziora i rzeki Sobo, by za pomocą kompasu zdjąć ich kontury. Ciekawa gawiedź nie opuszczała mnie na chwilę, a z zapadającą nocą rozpoczęła się serenada, która tym razem jednakże nie przeszkodziła mi bynajmniej zasnąć snem twardym.
Opuszczając nazajutrz miasto, obdarzyłem uprzejmego króla, który dogadzał każdemu memu żądaniu, zwykłym doborem drobnostek, na których widok świeciły się z radości oczy starca. Przy pożegnaniu zadośćuczyniłem chętnie ogólnej prośbie i wystrzeliłem trzykrotnie z rewolweru. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie to wywołało na dziecinnych umysłach spokojnych krajowców: skakano śpiewano, tracono rozum, jeden opowiadał drugiemu, jak mukara (biały człowiek) złamał broń, złożył ją i strzelił. Rozpromieniony król zdradzał wielką ochotę uściskania mnie, lecz wstrzymywał swe popędy, zadowalając się serdecznym pogłaskaniem rąk mego chłopca noszącego rewolwer.
Odprowadzony przez całe miasto na wybrzeże, usadowiłem moich ludzi i bagaż w pirodze, sam wsiadłem do drugiej, zaiste liliputowej piróżki i pożegnawszy skinieniem ręki jeszcze raz gościnny ludek, odbiliśmy od brzegu. Z szybkością mknęła łupinka nasza po spokojnej powierzchni głębokiej toni, ożywionej licznymi, o matowych żaglach pirogami, powracającymi z połowu ryb lub z okolicznych plantacji, a obładowanymi plantanami, koką i jamsem. Wysokie, lasem pokryte pagórki, otaczające ze wszech stron okrągławe jezioro, odbijały się na ciemnym tle głębokich niezmąconych wód, złote zaś promienie pogodnego poranku oświecały trzymilowy obszar wodny, okolony wieńcem zielonych lasów.
Lecz otóż jesteśmy na drugim brzegu i nowy obraz zdumiewający swym majestatem przedstawia się naszym olśnionym oczom. Po olbrzymich głazach, między którymi szumi z jeziora wychodzący strumyk Mukunda-ma-Mbu, wchodzi się do głębokiej doliny, otoczonej z obu stron gigantycznymi wałami ciemnej skały, która rozdarta przez podziemne siły tysiące lat temu, złożona dzisiaj, tworzyłaby jedną jedyną całość.
Na stromej, wąskiej drodze prowadzącej nad samą przepaścią, w której dąży Mukunda, pniemy się pod górę wzdłuż 500 stóp wysokiej ściany, która tworząc ponad twą głową sklepienia, przygniata swym ogromem umysł, pokazując dobitnie, jak maluczkim jest człowiek wobec wspaniałej, wszechmocnej przyrody. Przybyliśmy na szczyt grzbietu — długim spojrzeniem pożegnaliśmy niezrównane rozpadliny, gdyż za skrętem drogi nie ujrzymy ich więcej.
Słońce nie doszło jeszcze zenitu, gdy stanąłem po raz drugi w progach Mungo, w którego nurtach kąpało się kilkudziesięciu mieszkańców znanej nam Kumbai. Ujrzawszy białego, przywitali mnie radośnie; lecz radość ustąpiła grożącym krzykom i pogoni, gdy mała moja karawana, przekroczywszy rzekę, skręciła w las, omijając miasto. Nie zważając na nawoływania, dążyliśmy naprzód, a gdy wkrótce kilkunastu czarnych ukazało się za nami. Zatrzymawszy się na chwilę, wskazałem laską w stronę miasta i zabobonni Murzyni zawrócili spiesznie, zostawiając nas w pokoju. Dwa dni marszu przeniosły mnie wreszcie do Bakundu po skróconej drodze i z opuszczeniem Mokonii”.
Te rezultaty dzielnego mego towarzysza powitałem z niezmierną radością, gdyż tak jezioro M’Bu, nazwane przez nas jeziorem Benedykta, jak i owa nowa rzeka, przepływająca około N’Gongo, były odkryciami niemałej wagi. Co do rzeki nie było wątpliwości, że jest to południowe ramię Rio del Rey, które w takim razie określone zostało do źródeł.
Teraz zaczęliśmy się krzątać nad sformowaniem większej karawany, z którą moglibyśmy wyruszyć głębiej w kraj do Bayongu. Kraj ten powinien leżeć od Bakundu w odległości dwóch tygodni dobrego marszu, a od kilku napotkanych Bayongczyków dowiedzieliśmy się już niektórych szczegółów o owym plemieniu. Niestety jednakże, musieliśmy stracić jeszcze kilka tygodni czasu z przyczyny mych ran, gdyż w tym klimacie w ogóle wszelkie rany goją się bardzo powoli, a często przekształcają się w chroniczne.
Tymczasem zaszła w Bakundu-ba-Nambeleh okoliczność, która miała w wielkiej części wpłynąć na dalszy przebieg naszej podróży i dzięki której dotarlibyśmy przede wszystkim do dalekiego Bayongu, gdyby nie stanęła na przeszkodzie po raz drugi chciwość czarnych handlarzy-pośredników i Mokonii, którzy mieli kres położyć dalszemu posuwaniu się naszemu w pożądanym kierunku.
Zajście to było następujące:
Już w drugiej podróży, to jest do katarakt rzeki Mungo, poznaliśmy pewien szczep, którego karawany przybywały od czasu do czasu z dalekiego kraju do Bakundu. Były to dzikie postacie, których język nie miał wiele podobieństwa z bakundyjskim, a nazywali siebie „Befarenganya”.
Otóż kiedy znajdowałem się nieco wyżej na rzece Mungo, w miejscu Bauombe, aby poznać rzekę w tym punkcie i odwiedzić tam bawiącego króla Bela, przybyłego z Kamerunu, a mającego wielkie wpływy we wszystkich tych krajach, garść takich Befarengańczyków przybyła do Bakundu, niosąc kozy, kury i inne przedmioty, aby je zamienić na żelazo i sól.
Chcieli oni przejść przez Bakundu-ba-Nambeleh i przedostać się po raz pierwszy bliżej ku brzegom oceanu — lecz jak nas niegdyś Mokończycy nie chcieli puścić głębiej w kraj, tak zwykle krajowcy mieszkający bliżej brzegu nie chcą do niego dopuszczać przybywających z głębi, i to zawsze z tej samej przyczyny, to jest z żądzy pośredniczenia. Wszczęła się bójka między Befarengańczykami a Bakundyjczykami, podczas której jeden z pierwszych otrzymał silne cięcie w ramię. Krew zaczęła upływać niezmiernie szybko i kto wie, czyby zdołali sobie. poradzić, tym bardziej że zamieszanie nie ustawało, gdyby nie wmieszanie się Tomczeka, który uspokoił wzburzone umysły walczących, a zabrawszy rannego do naszej kwatery, zaopatrzył i zaszył jego ranę.
W kilka dni po owej bójce przybyłem z Bauombe do Bakundu-ba-Nambeleh. Ranny Befarengańczyk był wciąż tam, a niebawem przybyła poważna karawana ze strony wschodu, tj. z wnętrza kraju, w której Ekue — tak nazywał się chory chłopiec — poznał swych rodaków, a mianowicie swego ojca. Dowiedzieliśmy się teraz, że pomoc wyświadczona przez Tomczeka może wyjść na dobre naszym zamiarom, gdyż ten ojciec był jednym z głównych kacyków w kraju Befarenganya.
Z początku, gdy zbliżali się do naszej kwatery, osłupieli na nasz widok i chociaż przybyli, by nam podziękować, i byli uprzedzeni, żeśmy biali, długo jednak zdecydować się nie mogli na ludzkie powitanie się z nami. Dopiero stary kacyk, gdy ujrzał swego syna, którego Tomczek prowadził za rękę, zdobył się na odwagę i podał nam rękę.
Przez kilka dni przebywali dzicy nasi goście w Bakundu-ba-Nambeleh, a przez ten czas dowiedzieliśmy się wielu ciekawych szczegółów o ich kraju i o sąsiednich. Z opowiadań tych wypadało, że szczep ten ma swoją siedzibę w północno-wschodnim kierunku od Bakundu, idąc zaś do siebie, przechodzą przez jakąś szeroką rzekę, nad którą, jak twierdzili, „wisi most pleciony z lianów; pod mostem — opowiadali — woda szumi i pieni się, spadając po skałach”. Z tego wszystkiego wnosiliśmy, że idąc z Bakundu do Befarenganyów, przechodzi się ponad kataraktami górnego biegu Rzeki Kameruńskiej.
Stary kacyk i towarzyszący mu orszak zapytał nas wreszcie, czybyśmy nie chcieli przybyć do jego kraju, zapewniając, że nie zabraknie nam u niego niczego, że kraj ten obfituje w żywność i że z chęcią da nam przewodników, gdy zechcemy puścić się dalej w głąb kraju, dodając, że ów dalszy kraj nie jest już pokryty lasem, lecz wysoką, bujną trawą; to samo mówiono nam o Bayongu. Serca nam się zaśmiały na propozycję Befarengańczyków, gdyż ofiarowywali nam to, czegośmy najbardziej pragnęli. Widzieliśmy się już u kresu zamierzonej drogi w N’Tuntu, stolicy Bayongu, lecz niestety miało stać się inaczej. Na tej drodze leżało znane nam już miasto, przez które przejść było trzeba: była to Mokonia, złowroga, chytra Mokonia i to jedno miasto miało zniweczyć uśmiechające się te nadzieje.
Wyraziliśmy Befarengańczykom obawy co do Mokonii. Odparli oni, że podzielają takowe, ale pragnąc nas widzieć u siebie, wyślą znaczną siłę na nasze spotkanie, z którą będziem mogli się połączyć przed Mokonią, aby w razie oporu Mokończyków przejść przebojem.
Alians ten z Befarengańczykami zawarliśmy przez podanie sobie obydwóch dłoni, a ich kacyk pozostawił dwóch swych towarzyszów w naszej kwaterze, by doglądali niewyleczonego jeszcze dostatecznie syna i aby mogli podążyć naprzód do Befarenganyów i w chwili naszego wyruszenia uprzedzić ich, na jaki dzień mają wysłać umówioną partię100 i gdzie takowa ma się z nami spotkać.
Befarengańczycy wyruszyli. Pozostały chory szybko przychodził do zdrowia, rany moje także były prawie wygojone — rozpoczęliśmy więc pakowanie bagażu, potrzebnego na kilkomiesięczną podróż, nie wiedząc, że miało to być pakowanie do odwrotnego marszu.
Przypominając sobie te chwile, nie mogę się wstrzymać od oddania dobrze zasłużonego hołdu nieżyjącemu już dziś Tomczekowi.
Sądząc, żeśmy bliscy celu, nie żył on w owych dniach innym pragnieniem nad to, jakie wywoływała żądza ujrzenia tajemniczych równin Bayongu. Do świtu siedział on niejednokrotnie nad pakami naszego bagażu, starając się, byśmy mogli nieść z sobą o ile możności wszystkiego po trochu bez powiększenia liczby 60 naszych tragarzy, i niejednokrotnie musiałem odrywać go przemocą od pracy, dla której narażał swe siły — zdrowie i życie!
Losy nie dozwoliły mi wrócić z nim wspólnie do kraju, lecz pamięć wiernego towarzysza i przyjaciela jest zawsze z nami i będzie zawsze złączona z przyszłym jakimkolwiek zadaniem.
Na tym kończymy dzisiejszy nasz przegląd eksploracji krajów Bakundu — pozostawiając koniec takowych do następnego i ostatniego odczytu.