Rozdział IV
Marsz w głąb z Bakundu. Bitwa pod Mokonią. Usiłowania przedarcia się do Befarenganyów. Odwrót do brzegu oceanu. List kacyków z Bakundu. Marsz przez Góry Kameruńskie. Znów na brzegu oceanu i na stacji Mondoleh. Eksploracja Gór Kameruńskich, ich brzegi i skłony. Śmierć Klemensa Tomczeka. Podróż do Gabonu. Przybycie okrętów niemieckich i zajęcie Bimbii wraz z Rzeką Kameruńską. Victoria staje się kolonią angielską. Krajowcy oddają mi część swych krajów. Układy z Anglikami. Traktat o Botę. Postawienie brzegu Gór Kameruńskich pod protektorat angielski. Do ujść Rio del Rey. Werbowanie Krumanów. Niemiecki reporter. Wejście na główny szczyt Gór Kameruńskich. Wojna w Kamerunie. Objęcie rządów nad kolonią Victoria. Napaść korwety „Bismarck” na naszą łódź i strzelanie w domniemanego Rogozińskiego. Koniec.
W ostatnim odczycie stanęliśmy przy przygotowaniach do dalszego marszu w głąb, mającego się odbyć przy pomocy Befarengańczyków. Sformowanie karawany zajęło dość czasu; bakundyjscy kacykowie nie mogli się zdecydować w ostatniej chwili na puszczenie nas rzeczywiście w głąb, a gdy zobaczyli wyniesione z magazynu ekspedycyjnego paki w ilości kilkudziesięciu, z których każda ważyła 60 funtów, stanowiąc ciężar jednego tragarza, wtedy żal im się zrobiło, że tyle „skarbów” ma opuścić Bakundu i zostać wyniesionych do gąszczu.
Wreszcie ukończyły się palawry i wyruszyliśmy w drogę. Cała ludność wyszła aż do świątyni, przed którą siedzieli kacykowie dla pożegnalnej ceremonii. Był to dzień nie lada dla miasta, gdyż mieszkańcy sądzili, że owych kilkudziesięciu tragarzy, których zrekrutowaliśmy spośród nich, nie ujrzą przez długie miesiące. Starzy więc i młodzi otoczyli wyruszającą karawanę, podając swym ziomkom jeszcze na drogę to po kilka bananów, to kawał wędzonego mięsa, to znów butelkę wina palmowego. Następnie wystąpili kacykowie, zaczęli napominać ludzi i na znak zgody wylali ze skorupy kokosowej nieco wody na wszystkie cztery strony.
Karawanę podzieliłem na trzy oddziały z naczelnikami Modika, Essue i Missoli. Szliśmy już znaną drogą przez Ekumbe-ba-Berange, Eliki i Kange, zaszedłszy przedtem jednakże do znanego mi już Bauombe; kilka dni zaś temu wysłano pozostawionych Befarengańczyków, by dali znać swemu kacykowi, żeśmy wyruszyli, i żądając, by przybyli stosownie do umowy.
W Ekumbe trudno było o prowiant, gdyż niedawno słonie były potratowały plantacje, w Eliki zaś przyjęto nas z wielkimi ceremoniami i zaraz na wstępie ofiarowano trzy kury, cztery kozy, pewną ilość małpiego mięsa i potrzebną ilość plantanów dla tragarzy. Krajowcy przynosili to jako prezenta, gdyż wiedzieli, że w takim razie otrzymają od nas więcej, niżby żądać mogli jako prostą zapłatę. Wreszcie poszliśmy dalej; był to nieszczęśliwy dzień 27 listopada.
Poranek był mglisty i posępny. Sami z Tomczekiem byliśmy dziwnie niespokojni, jak gdybyśmy przeczuwali, że dzień ten miał rozbić wszystkie nasze nadzieje ujrzenia dalekich równin Bayongu. Przez kilka godzin wspinaliśmy się po stromych wyżynach i skłonach, zajmujących drogę pomiędzy Eliki a Mokonią i Kange. Tu spotkaliśmy kilku czekających Befarengańczyków, donoszących, że ich król Mukune przesłał już oddział umówiony dla nas i że takowy około południa tego dnia powinien znajdować się około Mokonii. Dodali, że jest ich kilkuset. Poszliśmy więc dalej naprzód, by jak najprędzej rozstrzygnąć kwestię Mokonii. Sądziłem, że przy ostatnim pobycie przekonaliśmy Mokończyków, a że w każdym razie zawahają się nas zaczepiać, widząc silny oddział befarengański, i że prawdopodobnie skończy się na represjach co do podarków. Mimo to szliśmy w ponurym oczekiwaniu. Doszliśmy do miejsca, gdzie zebrali się Befarengańczycy. Las był gęsty, ciemny, a przed nami piętrzył się nowy, wysoki skłon. Wtem nad nami zapanował popłoch, znajdował się tam oddział befarengański, a w chwili połączenia się napadła nań trzykroć silniejsza zgraja Mokończyków i wszczęła się walka dzika, zawzięta, gdzie wszystkie namiętności obu stron puszczone samopas — nawzajem się zniszczyć, z ziemi zetrzeć pragnęły.
Wystrzały z fuzji, dzidy, noże błyszczące tu i ówdzie wśród brunatnej masy ciał, tam znów kamienie i kłody drzewa rzucane ze skłonu przez rozjątrzonych wrogów naszych napełniały przez chwil kilka wszystko dokoła, a tam, gdzie padł cios śmiertelny, tam świadczył o tym jęk tylko pojedynczy, a potem szelest upadającego ciała, nad którym zamyka się gąszcz zielony, tworząc grób uśpionego na wieki czarnego wojaka.
Przewaga sił Mokończyków rozpędziła wreszcie garść wiernych naszych Befarenganyów, nieszczęśliwi sprzymierzeńcy nasi rozpierzchli się po lasach, powracając do siebie — nie ujrzałem ich więcej!
Z trudem zebrani tymczasem nasi tragarze bakundyjscy tak byli przerażeni, że z początku nie myśleli o niczym innym, jak o opuszczeniu nas i powróceniu do Bakundu-ba-Nambeleh, tym bardziej iż wiedzieli, że zamierzamy iść do Kange, należącego już do Mokonii. Siłą więc popędziliśmy ich ku temu miastu, by stąd jeszcze spróbować przekonać Mokończyków o naszych zamiarach przez parlamentarzy.
Rozłożono się więc obozem w Kange, lecz zachowanie się króla i mieszkańców było teraz tak jawnie zaczepne, że utworzywszy dokoła nas rodzaj barykady z pak naszego bagażu i nie wypuszczając z rąk broni, nie zmrużyliśmy prawie oka do rana, oczekiwanego z upragnieniem.
Następnego rana 28 listopada posłałem zaraz rano poselstwo do Mokonii, zapraszając Massangę i Akamę do nas celem ustnego pokojowego rozstrzygnięcia sprawy i przekonania ich, że wczorajsze postępowanie Mokonii było zupełnie niesprawiedliwe. Zaproszenie nasze niosło pięciu Murzynów pod dowództwem młodego Mukety, syna jednego z bakundyjskich kacyków.
Posłańcy nasi wyruszyli, a w naszym obozie oczekiwano z niecierpliwością rezultatu. Tymczasem nocne czuwanie i przesilenia dnia ostatniego razem z ulewnym deszczem, jaki zmoczył nas poprzedniej nocy, sprowadziły mi silną febrę, która trzęsła mnie przez cały dzień. Chwilami traciłem przytomność — leżałem w malignie. Tak mijały godziny, minęło i południe, Tomczek spogląda z niepokojem to na mój stan, to ku drodze mokońskiej, lecz posłańcy nie przybywali z powrotem. Ludzi naszych ogarnął żywy niepokój — nagle nad wieczorem nadeszli, ale w jakim stanie!
Obdarta i zadyszana nasza deputacja101 doniosła, iż w Mokonii nie chciano ich słuchać, lecz związano ich, uwięziono i zaczęto męczyć, wreszcie odesłali znękanych, a pokazując im liczne dzidy, noże i inną broń, kazali nam powiedzieć, że przygotowali to i dla białych i ich karawany, jeżeli choć o krok puścimy się dalej.
To był grom, który rozbił ostatnie nasze nadzieje przedostania się dalej w głąb kraju. Na wpół nieprzytomny i majacząc w mej febrze, usłyszałem złowrogą tę wieść, zanim Tomczek przyszedł mi ją powtórzyć. Pomiędzy ludźmi zapanowała panika — po kilkakrotnie przychodzili dowiadywać się, jakie będzie me postanowienie. Odparto im, że mają być spokojni, że dziś jestem chory i że jutro powiem swoją rezolucję102. Następnego rana po nowej ciężkiej nocy czułem się fizycznie nieco lepiej, naradziliśmy się więc z Tomczekiem, co począć, i postanowili zrobić jeszcze jedną próbę, tj. ominąć Mokonię i dojść lasem do Mbu, aby się stamtąd przedostać do Befarenganyów, lecz wszystkie próby poruszenia do tego kroku naszych Bakundyjczyków okazały się próżne. Zaczęły się krzyki, narzekania, że prowadzimy ich na pewną śmierć, nie znalazł się żaden, który by poszedł. Wtedy użyłem podstępu.
Podczas pobytu mego w Bauombe dowiedziałem się, iż prowadzi stamtąd droga przez Ndo do Befarenganyów również, kierunek zaś z Kange do Bakundu jest z początku ten sam jak do Bauombe; dopiero za Eliki rozdziela się wspólna ścieżka. Dano więc znak do odwrotu, a sądząc, że idziemy do Bakundu, karawana ruszyła chętnie w drogę. Powolność ta jednakże zmieniła się, gdy przy rozejściu się ścieżek kazano im pójść na lewo, zamiast oczekiwanej wschodniej ścieżki, prowadzącej do Bakundu. Wtedy tragarze rzucili się do ucieczki, lecz ocalił położenie wymierzony rewolwer i stanowcze oświadczenie, że „każdy, który zejdzie z drogi, dostanie kulą w łeb, gdyż pozostawiając nas samych w gąszczu, narażają nas na pewną zgubę”. Pierwszego grudnia przybyliśmy szczęśliwie do Banombe. Rozpuszczono zdemoralizowaną bakundyjską karawanę i weszliśmy w układy z kacykiem tej osady, by nam dostarczył ludzi do nowej próby dotarcia przez Ndo do Basseng, stolicy Befarenganyów, lecz i te usiłowania miały być próżne. Mokończycy wszędzie stali nam w drodze, Massango już był uprzedził wszystkich Balungczyków, by zamknąć dla nas rzekę Mungo, okrzykując wszędzie, że raukara (biały) zszedł się z królem Befarenganyów, że ich pobito jednakie w Mokonii i że ciągnie z ogromnymi swymi „skarbami” inną drogą do nich, przez co wydrze handel pośredniczący z rąk Balungczyków i innych bliższych plemion. Pomiędzy innymi natarli Balungczycy również na króla Nambeleh i jego kacyków, żądając, aby wstrzymali białych od wyruszenia do Befarenganyów, i oświadczając, że jeżeli „oni” (biali) zostaliby zabici, wina wraz z jej skutkami spadnie na Bakundu. W mieście więc króla Nambeleh, nieodznaczającego się w ogóle wielką odwagą, zapanował postrach wielki, toteż 5 grudnia, gdyśmy już prawie ukończyli umowę z kacykiem co do nowych tragarzy, zjawia się nagle poselstwo z Bakundu, przynosząc list, który zachowałem jako jeden z najciekawszych dokumentów tego rodzaju. Był to list trzech kacyków bakundyjskich, dyktowany Richardsonowi, a podpisany przez samych kacyków. Podaję go tu w dosłownym tłumaczeniu:
Mr. S. S. Rogoziński
Bakundu, Dec. 6, 1883
Kochany Panie!
Jestem proszony o napisanie do Pana listu nie od siebie, lecz dla trzech kacyków, listu, do którego nadzwyczaj wiele przywiązują znaczenia.
Otóż zaczynam:
Panie!
Widzieliśmy mężów z Balungi, tych z dołu i tych z góry, co handlują z Befarenganyami. I jedni, i drudzy przyszli nam powiedzieć, iż jeżeli zezwolimy na to, aby „biały człowiek” poszedł do Ndo, wtedy Bakandu będzie odpowiadało za nieszczęście, jakie z tego wyniknie, gdyby on był zabity lub ktokolwiek z jego drużyny. Plemię Balungi mówi: „My czynimy plemię Bakundu odpowiedzialnym za to, w nieobecności króla Bella, iż ono prowadzi »białego człowieka« do dalekiego kraju”. Dlatego my się boimy i mówimy do ciebie: wracaj do Bakundu!
A jeżeli otrzymasz ludzi z Bauombe do niesienia twoich pakunków, płać ich tylko tytoniem, nie materiami.
Wracaj! Złego i nieszczęścia wiele jest przed tobą.
Gdy wrócisz do nas, wydamy prawo przeciw kradzieży, jakiej doznałeś, i nikt nie będzie śmiał żądać swojej zapłaty (z rozpuszczonej bakundyjskiej karawany) lub utrudzać cię czymkolwiek. Nie potrzebujesz nawet mówić do nich. Jeżeli jesteś zdrów, będziemy zadowoleni usłyszeć o tym.
Nambeleh, Namneko, Likabo.
Jeszcze jednakże nie zgodziliśmy się na odwrót i dalej toczyły się układy z kacykiem Bauomby, lecz bakundyjscy królikowie przeszkodzili takowym ostatecznie: 7 grudnia przybyli sami z zbrojnym orszakiem i w świątecznym stroju do naszego obozu. Nie było co robić: choć z ciężkim sercem, trzeba było powrócić do Bakundu, pomyśleć o marszu do brzegu oceanu i powrotu na stację Mondoleh. Puszczać się teraz na nowo w głąb stało się niemożliwością, ale więcej nawet: powrót po rzece Mungo był nam również odcięty, jak już wspomniałem, przez Balungczyków. Pozostała więc droga przez Góry Kameruńskie i po długich jeszcze palawrach wyjednaliśmy na królu Nambeleh, że dostarczył nam ludzi przynajmniej do pierwszego z miast górskich Ikaty, by tam najmować karawany od miasta do miasta.
Nambeleh odprowadził nas sam na czele kilkudziesięciu tragarzy i 13 grudnia pożegnaliśmy Bakundu, dążąc do Ikaty i dalej po wschodnich skłonach całego prawie łańcucha gór do morza. Miał to być dla nas marsz pełen utrapień i nowych prób. Rany me na nogach otworzyły się na nowo i niejeden krok po wspaniałych tych skłonach był wtedy istnym wysiłkiem.
Takie było nasze pierwsze zapoznanie się z Kameruńskimi Górami i ich mieszkańcami, z plemieniem Bakwiri, pomiędzy którymi mieliśmy następnie niejeden przeżyć dzień lepszy i z którymi w końcu zżyliśmy się zupełnie.
Lecz nie uprzedzajmy kolei wypadków!
Gdy 14 grudnia rano zbudziliśmy się w Ikacie ze snu, wschodziło słońce z górskich parowów, rozpraszając lekką mgłę — ostatnie cienie bledniejącej szaty nocy. Kontury skłonów podnosiła poranna refrakcja103 — zajaśniały szczyty kameruńskiego łańcucha, a z nimi zbudziło się również życie górali, wychodzących z swych chat palmowych, by zwołać swe trzody; ukazały się sylwetki kobiet krajowych, dążących do źródeł po wodę, a świergot ptactwa witającego nowy ranek w swych zielonych siedzibach nadawał krajobrazowi cechę dziwnie świeżą i spokojną zarazem.
Tak przedstawił nam się poranek wśród Gór Kameruńskich. Nie była to już dzika Afryka sąsiedniego Bakundu — nie, wśród tej rzeźwej scenerii pierś mimo woli oddychała pełniej, raźniej i pewniej, mimo trudów, z jakimi odbywał się ten marsz.
Kacykowie albowiem górskich kraików, które najlepiej porównać by można z „klanami” starej Szkocji, chcieli każdy mieć nas u siebie przez dni kilka, a że musieliśmy od nich brać ludzi do noszenia naszego bagażu, tj. formować karawany od miasta tylko do miasta, więc mogli nas wstrzymywać tak długo, jak chcieli. Toteż drodze z Bakundu przez góry do morza, którą wygodnie odbyć można w przeciągu tygodnia, musieliśmy poświęcić 20 dni. Pamiętnym pozostanie mi niejeden z nich.
Między Ikatą a Mussumą krajobrazy zachwycają podróżnika wspaniałą swą nieprzerwaną panoramą. Olbrzymia tropikalna roślinność pokrywała wszystko bezgranicznym różnobarwnym kobiercem, lśniącym się wśród par i promieni południa, to podnosząc się i wspinając ku szczytom, to znów spadając na dół i ginąc w parkowych gęstwinach podnóża, ciągnącego się między górami a rzeką Mungo. Czasem droga wiodła wąską ścieżką, w najdziksze prowadząc otchłanie — to znów uśmiechały się łagodnie polany, szumiące strumyki lub źródła, otoczone skałami, przy których karawana mogła odpocząć, odświeżając się kryształową wodą gór i napawając się barwną tą, rzadkiej piękności scenerią.
Chaty górali leżą tu wszystkie rozproszone, to pojedynczo, to po kilka razem, a pewna przestrzeń takowych tworzy jedną całość mającą swego kacyka, czyli sangomboa. Takich całości, czyli kompleksów, nie można nazwać ani miastami, ani wioskami, z przyczyny rozproszenia chat; najcharakterystyczniejszą nazwą dla nich będzie staroszkocki ,klan”. Takimi klanami są np. znana nam już Ikata, Mossuma, Lisoka, do której przybyliśmy 20 grudnia, a która należy do największych, wreszcie najliczniejszy klan i najwyżej w górach położony: Buea, leżąca około 3000 stóp ponad morzem, a w której dziwne wywiera wrażenie na podróżniku surowszy już niejako charakter kraju, roślinność więcej przypominająca północ i wiatr ostrzejszy, uderzający silniej o skłony i skały. Granice między oddzielnymi klanami tworzą płotki, wyższe od człowieka, a przez które można przechodzić przy pomocy schodków, przystawionych z obu stron. Mają one głównie na celu, aby bydło należące do jednego klanu nie przechodziło do drugiego.
Minąwszy rzeczkę Kokę i chaty należące do Moriko, posiadające również bystry, świeży strumyk i przeszedłszy Bopfaj, niewielki kompleks chat, przybyliśmy 23 grudnia do Soppo, a tu u starego kacyka Boloy zaskoczyła nas wilia104 świąt Bożego Narodzenia.
Dziwna to była wilia! Wraz z Tomczekiem siedzieliśmy w zakopconej chacie murzyńskiej. Etulukan, kaganek krajowy, rzucał na jej wnętrze żółtawe swe światło, mieszając się z płomieniami ogniska, gdzie na trzech kamieniach stał nasz kociołek. Ryb tu nie było, wieczerzę stanowił warchlak otrzymany od starego Boloy, a jego synowie dodali nam kilka kalabas wina palmowego. Tymczasem gdy prosta ta wieczerza była właśnie gotowa, silna febra rzuciła mnie na matę. Musiał więc Tomczek sam do niej zasiąść, podczas gdym, trzęsąc się mimo trzech kołder, leżał przy ognisku, wpatrując się w jego płomienie. Dopiero po kilku godzinach febra minęła i siedliśmy jeszcze razem do kociołka, wspominając dalekie ojczyste strony.
Dwudziestego piątego wyruszyliśmy z Soppo, minęli Bueę, przeszli przez rzeczkę Mossole, zmienili w Membei karawanę i minąwszy jeszcze jeden dystrykt: Buassę, stanęliśmy już na południowym tarasie gór w Likumbe. Chata kacyka była niezmiernie pięknie położona: dokoła rysowały się głębokie parowy i doliny, a w nich leżały rozrzucone tu i ówdzie chaty górali. Teraz byliśmy już blisko brzegu morskiego, tj. Victorii, a myśl, że po całych miesiącach życia w gąszczach i zaroślach mamy wkrótce znów spocząć wśród komfortu europejskiego na stacji Mondoleh i ujrzeć nareszcie znów pozostałego tam towarzysza Janikowskiego, napełniała nieokreślonym uczuciem pewnego rodzaju rozkoszy, taki albowiem jest człowiek! Wtedy, strudzeni i zmęczeni, poranieni i obdarci, cieszyliśmy się nadzieją rozpoczęcia na nowo życia cywilizowanego. Dziś, gdy ono nas otacza, ciągnie nieprzeparta siła nazad ku owym bambusowym chatom, ku owym wieczorom i ogniskom krajowców, przy których się zasypiało spokojnie po trudach dnia, mimo niepewności, czy się ujrzy następny poranek.
Dwudziestego szóstego, przeszedłszy przez „klany” Boana i Bodżoke, przybyliśmy do Bondżongo i mogliśmy już zamieszkać w domu zbudowanym przez Europejczyków. Znajdował się tu albowiem opuszczony dom, zbudowany przez misję angielską, rezydującą na dole u stóp gór w Victorii, a od niej, tj. od zatoki Ambas i naszej stacji dzieliło nas już tylko kilka godzin marszu. Napotkany dom był wprawdzie ruiną o wybitych oknach i o zerwanym po części dachu, lecz przyjęliśmy tę kwaterę mimo to z wielkim zadowoleniem.
Następnego dnia, dwudziestego siódmego, ujrzeliśmy się nareszcie z Janikowskim, który był przybył na nasze spotkanie do Bondżongo, uprzedzony przez posłańca o naszym przybyciu. Nastąpiło, jak łatwo można się domyśleć, długie, serdeczne powitanie i nieskończona gawęda, trwająca po późnej nocy.
Nie zaraz jednakże można było wyruszyć na stację. Długi marsz przez góry, podczas którego rzadko tylko można było zaopatrywać me rany, przyprawił mnie o taki stan, że już w końcu kroku uczynić nie mogłem. Bywały chwile, że zwątpiłem zupełnie o ich wygojeniu, sądząc, że doszły do kości. Pozostaliśmy więc jeszcze kilka dni w Bondżongo i dopiero w dzień Nowego Roku (1884) stanęliśmy na stacji Mondoleh. Z pewnym wzruszeniem spoglądałem znowu na sine tło oceanu. Jasny, słoneczny poranek panował nad zatoką, gdyśmy wsiadali do łodzi odwożącej nas na wyspę Mondoleh. Za nami promieniał wspaniały taras gór, z których właśnieśmy zeszli, przed nami leżała nasza spokojna wysepka z białą sylwetką stacji wśród palm i bananów. Nadzwyczajna cisza i przezroczystość w atmosferze przywitała to nasze przybycie do własnych czterech ścian i wszystkie przejścia ostatnich miesięcy zatonęły jakby w tych cichych falach i należały już do wspomnień przeszłości.
Stanęliśmy w przystani Mondoleh. Zdumiony spojrzałem dokoła — trudno było poznać własną stację. Poczciwy i pracowity Janikowski dokazał tu cudów zaiste: skopał część skłonu, wznosząc z drugiej strony przed domem wał, na którym falowała zielona trawa, ozdobiona tu i ówdzie bukietami to afrykańskich, to europejskich roślin; wybudował dwa domy gospodarskie, drogi i plac były czysto wysypane żwirem i symetrycznie okolone kamieniami; na skłonie góry pasły się kozy i kury, żywy inwentarz stacji, a gdyśmy weszli do mieszkania, zauważyłem miły, po europejsku urządzony zakątek, przyciągający swą powierzchownością i wzorowym porządkiem. Przy tym wszystkim miał czas zestawić zbiory zoologiczne i inne.
Uścisnąłem dłoń poczciwego towarzysza broni. Tu można było wypocząć, wyzdrowieć i do dalszej zabrać się pracy.
Krajowcy z wyspy Mondoleh i z przeciwległej Boty przybyli tłumnie się przywitać, wypytując się z ciekawością o szczegółach naszej podróży, która wydawała się dla nich czymś nadzwyczajnym. Krajowcy ci puszczają się albowiem rzadko dalej od swego miejsca zamieszkania nad kilka godzin lub najwyżej dzień drogi w głąb.
Wygojenie mych ran szło jednakże bardzo powoli, mimo to, że udałem się do bliskiego Fernando Poo dla poradzenia się tamtejszego lekarza kolonii. Dopiero w końcu lutego powróciłem zupełnie wyleczony i postanowiliśmy zająć się eksploracją Gór Kameruńskich do końca roku, w którym, po przybyciu nowych rekwizytów z Europy, zamierzaliśmy na nowo wyruszyć w głąb i próbować inną drogą przedostać się do Bayongu.
Eksplorację gór rozpoczęliśmy 27 lutego (1884), wyruszając ze stacji Mondoleh, by objechać cały brzeg od zatoki Ambas do rzeki Rumby.
Zabraliśmy z sobą pięciu czarnych, potrzebne rekwizyta, prowiantu na tydzień, instrumenta niezbędne i wreszcie pewną ilość przedmiotów przeznaczonych na zamiany i podarki. Płynąc w otwartej szalupie wciąż tuż przy brzegu, obserwowaliśmy ściśle charakter każdej jego części, notując wszystko, cośmy spostrzegli, i wylądowywując w licznych punktach. W ten sposób skonstatowaliśmy, że na brzegu tym, tj. między Botą a rzeką Rumbi znajdują się następujące miasta: dwie osady Ngemeh, następnie Bubinde, zaraz za nim Mukundange, przedzielone przylądkiem Limboh, zaś nad dość bystrą, obfitującą w ryby rzeką leży miasto Uidże. Wkrótce po nim sterczy nowy mniejszy przylądek, zwany Ounde, o dzikich, stromych brzegach, przed którymi fale piętrzą się wysoko, rozbijając się w licznych grotach, połączonych wewnętrznymi, naturalnymi tunelami. Przed przylądkiem tym sterczą dwie oryginalnej formacji skały. Dalej rozpoczyna się długa, piaszczysta ława, a na niej zaraz za przylądkiem Ounde miasto Batoki, u stóp pagórka, który widać wyraźnie z wyspy Mondoleh. Dalej rozpoczyna się już brzeg plemienia Mbomboko, a pierwszym jego miastem jest Bakingi, około którego krótko przed przylądkiem Lawate wpada kilka drobnych strumyków świeżej wody. Dalej pomiędzy przylądkami Lawate a Mouange zauważyliśmy śliczną, spokojną, choć niewielką zatoczkę Isongo z drobną osadą tegoż imienia, następnie, minąwszy przylądek Mouange, zauważa się miasto tegoż imienia (Mouange), a minąwszy daleko w morze wysunięty przylądek Debundża, czyniący wrażenie walącego się fortu, brzeg zaczyna dążyć ku północy, ukazując miasteczka Ndżondże i Isobę — dalej miasto Bibundi, posiadające najlepszą przystań na całym tym brzegu. Tu wpadają do morza liczne rzeki, ponad którymi leżą miasteczka Sandżi, Kolleh i Lunnia. Przy tym ostatnim mieście leży rozległa laguna, do której spływa kilka rzeczek, schodzących z niej następnie jako jedna szeroka i dość głęboka rzeka, płynąca wzdłuż brzegu, a mająca swe ujście około przylądka Madali-Dikote. Od tego niskiego przylądka ciągnie się daleko w morze cały archipelag niebezpiecznych, podwodnych skał. Tu Góry Kameruńskie odstępują od brzegu, czyli raczej przed nimi rozpościera się niski kraj Rumbi, bagnisty, niezdrowy i o wybrzeżach poniżających się tak szybko, że na miejscu, w którym krajowcy mieli osady dwadzieścia pięć lat temu, ciągną się dziś cuchnące, niezdrowe laguny. Zauważyliśmy tu tylko trzy miasta, będące już pod wpływem Starego Kalabaru, a mianowicie Jindab, Betike i Rumbi, czyli Bamusso.
Ta eksploracja brzegów została ukończona dnia 5 marca i rozpoczęliśmy zwiedzanie południowego tarasu gór, tj. osad leżących między zatoką Ambas i małym szczytem kameruńskim, czyli Mongoma-Etindeh105. Tu leżą klany Mokunda-Mbenge, Mokunda-Leluh, Boando i inne, a kraj ten okazał się nam tak barwny, tak zdrowy i świeży, że z zamiłowaniem spoglądaliśmy z okien stacji mandolijskiej na cudowną panoramę, którą nam przedstawiał. Zakreśliliśmy sobie we trzech szerokie ramy pracy na wspaniałych tych wyżynach, gdy nieoczekiwanie zawisły ciężkie chmury nad cichą stacją Mondoleh i uderzył w nią cios, który pokrył nas kirem żałoby.
Dnia 1 maja musiałem się udać do Fernando Poo, by odebrać niektóre rzeczy, które przybyły dla nas z Europy i równocześnie wyekspediować listy i zbiory do kraju. Janikowski i Tomczek spakowali razem skrzynie, które zawierały wysłać się mające przedmioty, i pożegnałem się z nimi, nie przypuszczając nawet na chwilę, że z wiernym druhem lat dziecinnych, Tomczekiem, nie zobaczę się więcej.
Interesa w Fernando Poo wkrótce ukończone zostały i wyczekiwałem z dnia na dzień możliwości powrotu na stację, lecz na morzu szalały tornady i do dnia 30 maja zostałem wstrzymany w hiszpańskiej kolonii. Wreszcie przybyła wielka łódź żaglowa z zatoki Ambas. Z upragnieniem żądałem od niej wiadomości o towarzyszach z Mondoleh, lecz któż opisze to, co się we mnie działo, gdy jeden z Murzynów załogi łodzi doniósł mi głosem najspokojniejszym, że „wszystko tam dobrze, tylko jeden biały umarł na stacji”.
Wtedy zapomniałem o tornadach i deszczach, o burzach i morzu i nająwszy siłą prawie tę samą łódź żaglową, podążyłem na osieroconą mą wyspę. Jeszcze w sercu tliła się nadzieja, że to wieść mylna, że to nieprawda, zdawało mi się niepodobne, że tak być mogło. Puściłem się więc na morze, szarpany straszną niepewnością. Ohydna to była przeprawa! Ulewny deszcz panował nad kanałem dzielącym Fernando Poo od Gór Kameruńskich. Morze szumiało dziko dokoła, wiatru — jak zawsze w takich razach — nie było zupełnie, cały więc dzień kołysała się łódź bezczynnie na morzu, choć paliła niepewność i żądza dotarcia do przeciwległych brzegów. A gdy noc nastała, zerwał się huragan, wtórujący jedynie spadającym strumieniom deszczu i dziwnym, dzikim nutom własnej duszy. Łódź była otwarta, nie mając nawet daszka, ale któż by myślał w takich chwilach o deszczu i słocie! Siedziałem milczący przy maszcie, nie dbając ani o pioruny uderzające dokoła, ani o ulewę szalejącą nad nami. Wreszcie zerwał się wicher, przechodzący stopniowo w silny wiatr przychylny, i rozdąwszy nasze żagle, popędzał łódź w pożądanym kierunku. Przed świtem zarysowały się niewyraźnie kontury wyspy, ciemność panowała zupełna, najmniejsza gwiazda nie przerywała czarnej masy firmamentu. Tylko po głośnym szmerze fal, rozbijających się o brzegi, któremu wtórowały liczne cykady z prawej i lewej, poznałem, że jesteśmy tuż przy przystani naszej stacji mondolijskiej.
Stanęliśmy na kotwicy, czekając świtu. Wreszcie nadszedł takowy — kazałem więc spuścić pirogę i z jednym krajowcem dopłynąłem do przystani naszej, pogrążonej w głębokim śnie. Spojrzałem dokoła — nagle zauważyłem po prawej stronie domu, u stóp dwóch palm splatających spokojnie swe korony tuż nad brzegiem zatoki, niewielką mogiłę! A więc była to prawda! Przeszywający ból opanował całe moje jestestwo — wszystko, cośmy przeszli dotąd, było niczym w porównaniu z tą chwilą!
Długo stałem skamieniały nad drogą tą mogiłą, potem podążyłem ku domowi, by zbudzić ze snu pozostałego przyjaciela. Otworzył mi Janikowski. „Gdzie Tomczek?” — wyrwało się gorączkowo z mych piersi. Wzrok pełen boleści Janikowskiego był dostateczną odpowiedzią! U stóp owych palm, w tej ziemi afrykańskiej spoczywało wszystko, co mi pozostało z drogiego wiernego druha.
Zmarł dnia 20 maja (1884 r.). Z dnia na dzień, gdy opuszczała go gorączka, pytał się, czy nie wróciłem, wreszcie dwudziestego rano mówił spokojnie, zdawało się, że febry przełamane, że przychodzi do zdrowia, lecz był to tylko ostatni blask życia. Po południu ogarnęło go przeczucie śmierci, zaczął rzewnie żegnać się z daleką Ojczyzną, potem, podnosząc się nagle, zawołał Janikowskiego do siebie: „Czy nie wrócił Stefan?” — zapytał błagającym głosem. „Nie jeszcze” — odparł stroskany towarzysz. „A więc za późno! — zawołał. — Daj mi rękę... ściśnij... mocno... umieram!” i przy słowach modlitwy Janikowskiego zasnął spokojnie na zawsze! Następnego dnia, w tym klimacie bowiem pogrzeby odbywać się muszą niezwłocznie, pochowano go! Krajowcy rozpierzchli się w zabobonnym strachu od miejsca, gdzie leżał blady, zmarły biały człowiek. Janikowski sam musiał oddać mu ostatnie posługi na ziemi i złożył resztki uśpionego pielgrzyma pod ową mogiłą.
Świeżego jej widoku jednakże znieść nie byliśmy w stanie, za wiele zabrała ta ziemia, więc powierzywszy dom czasowej pieczy oswojonych znów z zajściem krajowców, wyruszyliśmy tą samą łodzią żaglową do Gabonu i na rzekę Remboe, by nie mieć czasu rozmyślać nad tym, co się stało!
Pobyt nasz w Gabonie trwał około trzech tygodni. Użyliśmy czasu tego na gromadzenie zbiorów etnograficznych i antropologicznych, które następnie wysłane zostały do Krakowa, a przy pracy, przy serdecznej gościnności Francuzów i przy ekskursjach, na rzekę Kemboe odbytych w celu poznania ludożerczego plemienia Pahuanów, zaczęły się umysły nasze oswajać z ciężką stratą, jakąśmy ponieśli, i 14 lipca powróciliśmy na osieroconą stację Mondoleh.
Tu rozpoczyna się ustęp czasu gorączkowych zajść, które trwały prawie rok cały, a które niedawno tyle narobiły wrzawy w świecie politycznym. Chcę mówić o zaborach kolonialnych niemieckich, podczas których cała Zatoka Biafryjska106 znajdowała się w pewnym stanie rozgorączkowania, a które i nas z cichą naszą stacją Mondoleh nie pozostawiły w pokoju.
Zaledwie powróciliśmy do zatoki Ambas, gdy doniesiono nam, że na Rzekę Kameruńską przybyły niemieckie okręty w celu ogłoszenia protektoratu państwa niemieckiego nad rzeką Kamerunu; w Bimbii nawet delegaci niemieccy już sobie kazali odstąpić przez krajowców zwierzchnictwo nad krajem.
Wieść ta była dla wszystkich nieoczekiwana, dla nas zaś w najwyższym stopniu niepożądana. Krajowcy albowiem południowego skłonu Gór Kameruńskich już od pewnego czasu zżyli się z nami, a kacykowie nadbrzeżni niejednokrotnie przychodzili na stację Mondoleh wraz z góralami, prosząc, abyśmy załatwiali wzajemne ich spory, w końcu zaś zaufanie ich posunęło się tak daleko, że główny kacyk, a mianowicie król Jerzy z Boty oddał rządy nad swym krajem w moje ręce, wkrótce zaś poszli za nim i inni sąsiedni kacykowie. Nabyłem równocześnie własność ziemską owych klanów, posiadając takim sposobem i ziemię, i rządy nad krajowcami takowej. Zabór więc przez Niemców sąsiedniej Bimbii i Rzeki Kameruńskiej zapowiadał zakłócenie spokoju w tym nowym naszym kraiku, gdyż ani na chwilę nie wątpiłem, że pokończywszy z Kamerunem i Bimbią, komisarz niemiecki, dr Nachtigal107, posunie się również na zachód ku pięknym naszym górom, biorąc je nolens volens108 — otwarcie, czy podstępem — pod protektorat niemiecki.
Obiektywnie sądziłem, że nie będzie to dobre dla kraju, który w pełnym zaufaniu oddał się nam, gdyż znane były mi dostatecznie gwałtowność, krętactwo i niejednokrotnie poznana brutalność względem krajowców niemieckiej faktorii w Kamerunie, przez którą działał głównie komisarz ks. Bismarcka109, subiektywnie zaś nie miałem żadnych inklinacji110 rzucić się w ramiona tych, których uściski poznajemy dostatecznie codziennie w Europie. Toteż gdy dnia 10 sierpnia (1884) okręt wojenny angielski „Forward” podniósł flagę Wielkiej Brytanii ponad Victorią, krajem dzielącym naszą Botę od już niemieckiej Bimbii, oświadczyłem chętnie angielskiemu komendantowi, że gdyby rząd Jej Królewskiej Mości pragnął objawić swój protektorat nad naszymi terenami, nie byłbym bynajmniej temu przeciwny. Komendant i oficerowie okrętu obiadowali dnia tego u nas na stacji Mondoleh, a p. Furlonger, komendant, chwycił się skwapliwie mego oświadczenia, zapytując, czybym nie zechciał przesłać moje oświadczenie piśmiennie angielskiemu pełnomocnikowi do Bonny, dokąd „Forward” odpływała, a nadto czybym nie był skłonny do otrzymania dla nich podobnych protektoratów na dalszym ciągu linii brzegowej gór, tj. między Bota a Rio del Rey. Co do pierwszej części zapytania odparłem zaraz potwierdzająco i pod datą 15 sierpnia wysłałem odpowiedni list111 do angielskiego konsula p. Hewetta, co do drugiej zaś zauważyłem p. Furlongerowi, że dla zajęcia owego brzegu potrzeba jednej rzeczy jedynie, tj. pośpiechu, gdyż niemieckie okręty, skończywszy z Kamerunem, prawdopodobnie czasu tracić nie będą. Dodałem jednakże, że jeżeli angielscy delegaci zjawią się dość wcześnie, chętnie popłynę z nimi i użyję swego wpływu między krajowcami dla osiągnięcia angielskiego protektoratu nad krajami, o których mowa, tj. leżącymi pomiędzy Bota a Rio del Rey. Było to albowiem moim przekonaniem (zapatrując się z punktu widzenia krajowców i mając jako reprezentant części takowych ich dobro na oku), że pod protektoratem angielskim będą wolniejsi i szczęśliwsi niż pod ewentualnym niemieckim. Oprócz tego doznawałem często współdziałania i oznak przyjaźni ze strony angielskich komendantów, podczas gdy od niemieckiej faktorii w Kamerunie, z inicjatywy której zatknięty został sztandar niemiecki nad ową rzeką, doznaliśmy wszystkiego oprócz poczciwości i przyjaźni.
Dnia 25 sierpnia zjawiła się kanonierka „Forward” powtórnie w zatoce Ambas. Komendant Furlonger podążył zaraz na stację Mondoleh, przybywając z pełnomocnictwem do zawarcia z nami traktatu o Botę i chcąc prosić o obiecaną pomoc do zawarcia następnych. Nie zastał mnie jednakże wtedy na stacji, byłem albowiem w Fernando Poo, podniósł więc zaraz kotwicę na nowo i podążył za mną wraz z swym okrętem do tegoż miejsca, objaśniając, w jakim celu przybył, i zapytując, kiedy będę mógł udać się na okręt, by rozpocząć ową dyplomatyczną misję. Wyruszyliśmy zaraz, tj. tego samego wieczora, i dn. 28 sierpnia podpisałem traktat, mocą którego nasza Bota stanęła pod angielskim protektoratem.
Traktat ów — przechowany w oryginale — brzmiał, jak następuje:
Traktat preliminaryjny z p. S. S. Rogozińskim i Królem i Kacykiem Boty112.
(Podpisany w Bocie)
Jej Królewska Mość, Królowa Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, Cesarzowa Indii etc., etc. i p. S. S. Rogoziński, i Król i Kacyk Boty, czyli Bobii, pragnąc podtrzymać i wzmocnić pokojowe i przyjazne relacje, które tak długo istniały pomiędzy nimi:
Jej Wielkobrytańska Królewska Mość zamianowała i naznaczyła p. E. H. Hewetta, Jej konsula na zatoki Beninu i Biafry, dla zawarcia traktatu w tym celu.
Porucznik Artur Furlonger, dowodzący J.K.M. okrętem „Forward”, mając odpowiednie upoważnienie od oznaczonego p. E. H. Hewetta w imieniu i dla Jej Królewskiej Mości, Królowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii etc., etc., oraz oznaczony p. S. S. Rogoziński i Król i Kacyk Boty postanowili i zawarli następujące paragrafy:
Art. I
Jej Królewska Mość, Królowa Wielkiej Brytanii i Irlandii etc., etc., stosując się do życzenia p. S. S. Rogozińskiego i Króla i Kacyka Boty podejmuje się rozpościerać nad nimi i nad krajem, znajdującym się pod ich władzą i jurysdykcją, Swą łaskawą opiekę i protekcję.
Art. II
P. S. S. Rogoziński i Król i Kacyk Boty postanawiają i zobowiązują się nie wchodzić w żadne korespondencje, układy lub traktaty z jakimkolwiek obcym narodem lub rządem bez wiedzy i sankcji Rządu Jej Królewskiej Mości Wielkobrytańskiej.
Art. III
Niniejszy traktat staje się obowiązujący od daty jego podpisu.
Dan w dwóch kopiach niniejszego dnia 28 sierpnia 1684 r. w mieście Bota.
(podpisano)
A. Furlonger, dowodzący J.K.M. okr. „Forward”
S. S. Rogoziński
Król Jerzy (✕ jego znak)
Kacyk X Molende (✕ jego znak)
Świadkowie:
(podpisano)
R. M. Pearson, as. rew. J.K.M. okr. „Forward”
Amonaco, tłumacz (✕ jego znak)
S. Burnley
Następnie tego samego dnia udaliśmy się zaraz na powrót na pokład kanonierki „Forward” dla postawienia owego dalszego brzegu również pod protektorat angielski.
Zatrzymywano się więc w następnych dniach przed każdym z nadbrzeżnych miast po kolei i udawaliśmy się na ląd, gdzie też miejscowi kacykowie, witając nas wszędzie radośnie jako znajomych z Mondoleh, bez wyjątku podpisali traktaty z komendantem Furlongerem, gdyż zawsze prawie oświadczali, że jeżeli myśmy im przybyli to poradzić, nie może być w tym nic złego. Toteż prowadziłem zwykle wstępne palawry, a p. Furlonger z swym asystentem mógł już przystępować wprost do formalności tylko, tj. do przeczytania im treści traktatu, którą dwaj z Boty wzięci tłumacze Monako i Njungo przekładali na język mbomboko, zapytania: czy zechcą przyjąć i podpisać traktat, otrzymania wreszcie potwierdzającej odpowiedzi, a następnie podpisów.
Dnia 1 września skończyliśmy z ostatnim miastem i wracali ku zatoce Ambas, gdy doniesiono z pokładu, że ku brzegom, od których właśnieśmy płynęli, a mianowicie ku Bibundi podążają dwa wojenne niemieckie okręty. Były to „Leipzig” (pancernik) i kanonierka „Möwe”, których zadaniem miało być uczynić to, czegośmy właśnie dokonali. Gdy zauważyli naszą powracającą już stamtąd „Forward”, poznali się na tym. „Leipzig” dała sygnały swej towarzyszce, która niebawem wysadziła na ląd kilku krajowców, prawdopodobnie z Bimbii wziętych tłumaczów, okręty zaś, widząc, żeśmy je uprzedzili, nawróciły, odpływając w kierunku wyspy Fernando Poo. Tego samego wieczora stanęliśmy znów na kotwicy w zatoce Ambas i powróciłem z Janikowskim na stację Mondoleh.
Linia brzegowa Gór Kameruńskich stała więc pod protektoratem Wielkiej Brytanii.
Długo omawialiśmy fakt ten owego wieczora, czując dobrze i zdając sobie jasno sprawę z tego, że był to fakt niemałej wagi. Krajowcy przybyli nam winszować. Biedni krajowcy! Nie było czego, chyba tego jedynie, żeśmy z dwojga złego wybrali dla was mniejsze. Spokojny wasz byt na wolnych waszych skłonach już nie pozostanie takim. Zamiary „białych braci” względem was, „niecywilizowanych”, nie są nigdy braterskie, pod sztandarem cywilizacji przybywa do was mukara, nie żeby dać cośkolwiek, lecz żeby wziąć, co można. Silny ze słabym nie zawiera nigdy traktatów z inną dążnością niż z tą, żeby je jak najprędzej zerwać i posunąć się dalej do wyzucia was stopniowo ze starych waszych praw i wolności, a dla was nie ma apelacji, waszych skarg nikt nie zrozumie w Europie, nikt nawet nie przypuści, że i wy, „dzicy”, macie jakiekolwiek prawa, że i wy umiecie czuć i cierpicie jak ludzkie stworzenia, ale przynajmniej jedną starał się wam oddać przysługę wasz przyjaciel z Mondoleh, tj. wybrać dla was tego z dwóch protektorów, który was będzie jak najmniej „protegował”, czy uzurpował, mając ziem i kolonii pod dostatkiem.
W przeciągu tego samego września przybywała jeszcze „Forward” i popłynąłem na niej w podobnym celu, proszony przez p. Furlongera, ku rzece Rumby i w ujście Rio del Rey. Podczas tej wyprawy dowiedziałem się, że rzeką Lobeh, którą wspominali w r. 1883 Tomczekowi krajowcy nad górnym Rio del Rey, jest rzeka Rumby, krajowa zaś nazwa dla ujścia Rio del Rey jest Fiari. W ujściu tym napotyka się wielu rybaków, których pirogi noszą na przodzie trupią głowę ludzką. Dawniejsi podróżnicy opisywali z tej prawdopodobnie przyczyny krajowców tego ujścia jako niezmiernie dzikich i okrutnych, gdy tymczasem owa czaszka nie oznacza żadnego krwawego trofea, lecz jest pamiątką po zmarłym jakim rybaku, którą dziecięcy umysł krajowca zabiera w swych pochodach, aby go prowadziła na szczęśliwe łowy; że zaś mieszkańcy brzegów Rio del Rey są tak nieprzystępni i nie puszczali zwykle podróżników na rzekę, nie jest to ich winą, lecz dzieje się to z rozkazu jednego z potężnych kacyków ze Starego Kalabaru imieniem Namati, czyli jak zowią Anglicy: Yellow-Duke.
Ów kacyk opanował całe porzecze Rio del Rey, na którym ma liczne stacje handlowe, tak samo też na rzece Rumby, gdzie o 5 mil mniej więcej od ujścia wtedy właśnie znajdował się dla handlu; przez zazdrość zaś o monopol takowego nakazuje krajowcom nie wpuszczać żadnych cudzoziemców.
Znów wróciłem wreszcie na stację Mondoleh. „Forward” odpłynęła na przylądek Dobrej Nadziei i zdawało się, że wszelkie zajścia polityczne są ukończone, że będziemy nareszcie znów mieli pokój. Posiadłości nasze rozszerzyły się znacznie przez nabycie krajów Ngemeh, Bubinde oraz Niższej i Wyższej Mokundy i coraz serdeczniejsze stały się stosunki nasze z krajowcami. Po niejednokrotnej jeszcze wycieczce w góry, w których przy tym udało się nam zakończyć szczęśliwie od dawna panującą wojnę między trzema górskimi kraikami, pozyskaliśmy między nimi zaufanie ostatecznie tak, że w końcu chodziliśmy po tych górach swobodnie i spokojnie, jakby w swej zagrodzie, wszędzie witani radośnie, a gdyśmy do jakiego krajowca zawitali na nocleg, czuliśmy, że mogliśmy zasnąć spokojnie, bez broni, że czuwa nad nami straż najpewniejsza, miłość i przywiązanie ludu, wśród którego nam włos z głowy nie spadnie.
Teraz, sądziliśmy, nastała chwila wyekwipowania nowej ekspedycji, by uczynić nową próbę dotarcia dalej w głąb. Zamówione w Europie potrzebne do tego nowe przedmioty przybyły, potrzeba więc było pomyśleć o sformowaniu karawany.
W tym celu udałem się na parowcu „Ambriz” do Liberii, na brzegi Kru, by zwerbować potrzebną liczbę Krumanów. Wypłynąwszy 22 października z Fernando Poo i zwiedziwszy Nowy Kalabar, Bonny, kilka ujść Nigru i Złoty Brzeg, przybyłem 9 listopada do Monrowii, gdzie przesiadłem na powracający parowiec „Nubia”, werbujący Krumanów, i zawinąwszy do licznych punktów krumańskich, otrzymałem pożądaną ilość tych cennych na afrykańskim brzegu ludzi, zwykle werbowanych do wszelkiej pracy fizycznej. Stanęliśmy znów w licznych punktach, a między innymi w Bageyda około Dahomeju113, gdzie 28 listopada przybył na parowiec niejaki p. Hugo Zöller114, przedstawiając się mi jako redaktor „Gazety Kolońskiej” i zapytując, czy mógłby choć czasowo towarzyszyć mi i otrzymać pewne dane o Górach Kameruńskich. Oświadczyłem p. Zöllerowi z góry, że jestem pod względem politycznym antagonistą celów jego narodowości w stronach kameruńskich, lecz że to bynajmniej wpłynąć nie może na osobiste nasze stosunki i że pod względem naukowym jestem każdej chwili gotów dać mu wszelkie informacje, zapraszając go nawet do wzięcia udziału w projektowanej ekspedycji na szczyt Gór Kameruńskich, w której zamierzałem wypróbować nowo zwerbowanych Krumanów. P. Zöller przyjął zaproszenie z wdzięcznością i popłynęliśmy razem na parowcu „Nubia” do Fernando Poo, przeprawiając się następnie stamtąd na stację Mondoleh, gdzie stanął tymczasem p. Zöller, podczas gdyśmy wraz z Janikowskim przygotowywali rekwizyta do zamierzonego wejścia na główny szczyt kameruński. W dobrej wierze w rzetelność nieznanego nam Niemca spakowaliśmy i jego rzeczy w naszych ekspedycyjnych kuferkach, pożyczając mu również busolę podróżną, ponieważ nie miał z sobą żadnych instrumentów oprócz termometru w drewnianej oprawie, i po pewnym odpoczynku w naszym domu rozpoczęliśmy ekskursję, przyjmując pod spokojny nasz namiot obozowy owego nieznajomego tym, czym chata bogata, jak mówi staropolskie przysłowie. Nie wiedzieliśmy niestety, że zabieramy z sobą pospolitego szarlatana, który uzurpując naszą dobrą wiarę, przyłączył się do nas może ze względów ekonomicznych lub wygody, donosząc następnie do czasopisma, które go wysłało, i do innych niemieckich, że takiego i takiego dnia przybył do zatoki Ambas, sformował karawanę i zorganizował ekspedycję na szczyt Gór Kameruńskich, przyjmując łaskawie za towarzyszów dwóch Polaków, a mianowicie pp. Rogozińskiego i Janikowskiego.
Wejście to na wierzchołek Mongo-ma-Lobah, główny szczyt Gór Kameruńskich, możemy streścić w następujący sposób:
Wyruszyliśmy z przystani mondolijskiej 8 grudnia o świcie. Obszerna łódź niosła oprócz nas trzech białych dziesięcin tragarzy Krumanów, przewodnika Silvę (Loandczyka) oraz tłumoki i rekwizyta podróżne wraz z prowiantem.
Średnia temperatura w owych dniach grudnia była na stacji Mondoleh:
o godz. 7 a. m.115 = +26 °C,
o godz. 12 m.116 = +28 °C,
o godz. 6 p. m.117 = +27 °C.
Przepłynęliśmy przez zatokę i wylądowawszy w naszej Bocie, ruszyliśmy dalej w góry, przechodząc wciąż przez nasz teren. W południe przybyliśmy do miasteczka Mukunda-Mbenge, obozując na świeżym powietrzu pod rozłożystym drzewem dla śniadania. Wreszcie przed wieczorem przybyliśmy na pierwszy nocleg do Boando (1750’118 ponad morzem). Krajowcy przynieśli po radosnym powitaniu jaj, kur, warchlaka, bananów i wina palmowego, zasiedliśmy więc do afrykańskiej wieczerzy z wyjątkiem reportera, który nie mógł zżyć się z krajem i hołdował tylko kuchni europejskiej. Następnie, rozesławszy kołdry w zajętej chacie, zasnęliśmy twardym snem podróżnika. Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Chciałem dotrzeć do tak zwanego Mann’s Springu, leżącego już 7350’ ponad morzem, gdyż zdawało się to dogodną stacją na drugi nocleg. Drogi jednakże tak były zarosły, że musieliśmy wziąć do pomocy krajowców z Boando, którzy idąc naprzód, przebijali drogę przez gąszcz. Sprawiło to tak wielką stratę czasu, że ani było można myśleć w końcu o dotarciu do Mann’s Springu tego samego wieczora. Te strefy gór są już niezamieszkałe przez ludzi; rozbiliśmy więc namiot w lesie przy jaskini dziwnej formy. Wygasłe ogniska świadczyły nam wyraźnie, że krajowcy także tu się zatrzymują na nocleg, jeżeli wycieczki myśliwskie zaprowadzą ich do tych wyżyn. Miejsce to nazywają Bakviri (górale) Isuma, tj. jama, wysokość zaś jego wynosi około 3500’ ponad morzem. Isuma poleca się też jako stacja z tego względu, że niespełna o godzinę drogi od niej przepływa rzeczka Kele, mogąca dostarczyć świeżej i czystej wody dla karawany. Rzeczka ta bierze swój początek na skłonie wschodnim Małego Kamerunu, czyli Góry Kraszewskiego, tworzy na SE od szczytu tej góry wspaniały wodospad i jako zachodnia granica kraju Boando spływa bystro po górach w głębokim korycie do morza za przylądkiem Limboh.
Wieczór był nadzwyczaj spokojny, choć miejsce wyglądało dziko i widać było dokoła namiotu świeże ślady słoni. Te jednakże nie przeszkadzały naszej gawędce w namiocie, przed którym sformowałem naprędce czerwono-białą flagę; nie zdołały też one spłoszyć snu z naszych powiek, które raz zamknięte nie otworzyły się aż o następnym świcie. Najniższa temperatura w nocy wynosiła 15 °C, o wschodzie zaś słońca mieliśmy 17 °C. Rosa była niezmiernie silna — flaga przed namiotem była rano jak z wody wyciągnięta. Drzewa i gałęzie są też dlatego pokryte gęstymi i długimi brodami szarawo-zielonego mchu. Takie też były słupy ścięte dla namiotu, co nadawało jego wnętrzu pozór jakiejś północnej kwatery.
Posławszy rano ludzi do rzeczki Kele po świeży zapas wody i napełniwszy nią opróżnione damżany119, ruszyliśmy dalej. Teraz marsz stał się nadzwyczaj uciążliwy, droga była miejscami niezmiernie stroma i dzika, podziwiać trzeba było naszych Krumanów, którzy szli żwawo i dziarsko naprzód mimo to, że nieśli 600 funtów naszego ładunku, czyli po 60 każdy. Dopędziła nas tu partia krajowców z Boando, przybyła z kacykiem Diko, by pomóc ciąć drogę, tak że karawana nasza urosła do blisko trzydziestu głów.
O 12 w południe stanęliśmy w lesie dla śniadania. Obozowaliśmy na wąskim dukcie lawy, spadającym stromo z obu stron. Roślinność była niezmierna, a wśród niej, u stóp olbrzymiego bombaksu, Krumani nasi, Boandczycy i my rozłożyliśmy się jak na zielonym kobiercu naokoło ogniska. Następnie zwinięto obóz i znów poszliśmy dalej po duktach lawy i skałach, wśród lianów, paproci drzewiesnych i innych okazów roślinnych — gdy nagle o 5 po południu zaświeciła przed nami przez drzewa żółtawa, falująca przestrzeń i za chwilę wystąpiliśmy z pasu lasów, które jakby sztucznie kończą się tu nagle w 7300’ wysokości. Przed nami leżała wysoka powierzchnia falującej prerii, która pokrywa wyższe regiony gór. Był to wspaniały widok! „A glorious view” — jak zawołał na to Burton120, gdy jako pierwszy biały wspinał się na te same szczyty 25 lat temu. Pod nami leżał zielony, spadający ku morzu pas lasów, dokoła zaś ten step, prowadzący nad chmury. Zachodzące słońce ozłacało tę panoramę, rozlewając nad nią różowe, lśniące się światło; tak błyszczą czasem szczyty Alp lub Kaukazu. Po godzinie dalszego marszu weszliśmy w leśną kępkę (które tu i ówdzie leżą rozsiane na tym otwartym terenie) i stanęliśmy przy najwyższym źródle gór, w Mann’s Springu.
Tu zastaliśmy kilka bambusowych chat, starych wprawdzie, dziurawych i opuszczonych, lecz w każdym razie więcej znaczących niż dziewicze pole lub las. Chaty te zbudowało czterech Szwedów, którzy tu przybyli niedawno temu dla polowania i handlu, lecz następnie znów opuścili Mann’s Spring, przenosząc się niżej w góry do Mapanii. Ich oto chaty posłużyły nam teraz na nocleg. O 6 po południu temperatura wynosiła 16 °C. Wkrótce zapalono ogniska, Krumani zaczęli gotować swój ryż, Boandczycy swe plantany w oleju palmowym, reporter swe konserwy, a my wszystkiego po trochu. Zimno dawało się już uczuwać i kazałem palić ognie przez całą noc. Następnego dnia, 11 grudnia, o wschodzie słońca mieliśmy 11 °C.
Chciałem oznaczyć punkt wrzenia wody, lecz fatalnym trafem pyszny121 termometr pękł u gałki. Poszedłem obejrzeć następnie słynne źródło, dzięki któremu Mann’s Spring otrzymał swą nazwę i stał się stacją zwykłą, tak dla dzikich strzelców krajowych, jak i rzadkich białych. Leży ono o 20 kroków na prawo od chat Szwedów w zaroślach i przedstawia naturalny mały basen w kamieniach, mający 3 stopy długości, niecałe 2 stopy szerokości i mniej więcej 1 stopę głębokości. Zdaje się, że tak wątły basenik jest mało znaczny — a jednak jest on dobrodziejstwem wyższych przestrzeni gór i zawsze dostarcza wody podróżnikom. Forma źródła jest sercowa, ku zaokrąglonej górnej części tego serca sączy się ze skały świeża woda, podczas gdy z drugiego, ostrego końca baseniku spływa strumyczek na dół, zmieniając ciągle wodę źródła, która też jest niezwykle czysta i świeża; temperatura tej wody w samym źródle, mierzona rano o godz. 7, była 14 °C.
O godz. 8 a. m. ruszyliśmy dalej. Stąd trzeba zabierać o ile możności jak największy zapas wody, gdyż wyżej nie ma jej już nigdzie. Toteż zaopatrzyliśmy się w 60 litrów wody niesionych w damżanach i jednej wielkiej kalabasie.
Marsz tego dnia miał być krótki, gdyż tak wypada ze względu na najlepsze miejsce następnego noclegu. Jest to wątła chatka z mchu i gałęzi stojąca o 2000’ wyżej nad Mann’s Springiem, czyli w wysokości 9350 stóp. Wybudowali ją krajowcy z Buei (już nam znanej), by mieć nocleg w górach podczas polowań na antylopy. Ci krajowcy z Buei są w ogóle tu, w tych wysokościach, jedyni, których się czasem spotyka, miasto ich jest albowiem, jak już wspomnieliśmy, najwyższym miastem Gór Kameruńskich, a że polują wiele i prowadzą również dosyć ożywiony handel z zachodnimi skłonami gór, z plemionami Bomboko, więc prowadzi dzięki nim ścieżka — najwyższa w górach — z Buei do owej chatki, do której właśnie dążymy (a którą angielska mapa gór podaje jako Hunters Hut), dalej do Mann’s Springu, a stamtąd przez skłony zachodnie do miasta Bomano.
Teren wszędzie stepowy, gdzieniegdzie sterczą kratery i bloki lawy, wkrótce za Mann’s Springiem sterczy Earthwork Crater, czyniący wrażenie wielkiego szańca polowego, tu i ówdzie jeszcze kępka drzew, lecz coraz rzadziej — wiatr zaś, już niczym niewstrzymany, tnie pełną siłą po otwartych skłonach.
O 11 a. m. wchodzimy w jedną z małych kęp zarosłych drzewami i krzakami i spostrzegamy tu ową chatkę krajowców Buei. Byłem zdziwiony z tak krótkiego marszu — niespełna 3 godziny, lecz radzę temu, który by po mnie chciał przedsięwziąć to samo zadanie, ograniczyć się na tym marszu, ponieważ: 1) daje to możność stąd jeszcze posłać ludzi nazad do Mann’s Springu po nowy zapas wody, której tu trzeba urządzić, na dalszy ciąg podróży pod górę, skład niejako; 2) marsz dnia następnego jest niezmiernie ciężki i lepiej wypocząć tu pod osłoną kępki i chatki, aniżeli posunąć się dalej na odsłonięte wyżyny i nocować przed główną batalią — na jutro przypadającym wdrapaniem się na szczyt — w namiocie, pod wiatrem świszczącym.
Najbardziej cierpią w tych wycieczkach czarni tragarze, drżący od zimna, do którego nie są przyzwyczajeni; toteż kazałem Krumanom rozłożyć się w chacie baejskiej, a sami stanęliśmy wśród kępki osłaniających zarośli pod namiotem. Kępka ta dostarcza też dostatecznie drzewa na opał i słupów do namiotu, których to przedmiotów do tego punktu transportować nie potrzeba. Stąd jednakże dalej — jest to koniecznością.
W południe temperatura w kępce chatki buejskiej była 18 °C, wkrótce potem jednakże zachmurzyło się niebo i termometr spadł do 16 °C.
Gdy ludzie skończyli gotowanie i jedzenie, posłałem część ich na nowo po wodę do Mann’s Springu, wylewając zabraną stamtąd rano do kociołków, by móc napełnić o ile możności wszelkie naczynia i opróżnione butelki. Następnie rozłożyliśmy się w namiocie pod kołdrami, dzwoniąc zębami od zimna, któregośmy od dawna nie czuli, choć bowiem termometr nie stał tak nisko, wydawało nam się jednak zimno daleko silniejsze z przyczyny 2 lat spędzonych już w Afryce.
O 4:30 p. m. ludzie wrócili z wodą z Mann’s Springu. Spisali się dzielnie, za co wynagrodziłem ich butelką rumu. O 5 p. m. temperatura = 13 °C, o 6 p. m. temp. = 12,50 °C, o 7 p. m. temp. = 12 °C.
Wieczorem zimno dało nam się w zupełności we znaki. Każdy z Krumanów miał wyznaczoną grubą kołdrę, każdy z nas dwa okrycia, oprócz tego, przygotowując się na noc i na dzień jutrzejszy, włożyliśmy po 2 singlety122, 2 koszule, 2 pary skarpetek, podwójne pantalony123 i flanelowy kaftan. O rozbieraniu się na noc naturalnie w takiej podróży myśleć nie można i podróżnik musi być przygotowany na to, że podczas 8 dni wycieczki na pik kameruński ani razu nie będzie się rozbierał.
Dnia 12 grudnia wreszcie mieliśmy stanąć u celu. Noc była zimna, temperatura rano o 6 po wschodzie słońca = 12 °C. Zaraz od 6 a. m. zaczęliśmy zwijać obóz i pakować. Połowa ludzi tu miała pozostać z częścią bagażu; z nami zaś wyruszyło tylko 5 Krumanów i przewodnik Silva — z wodą, kołdrami, namiotami i słupami do niego, prowiantem na 2 dni i drzewem na opał. O 7 a. m. ruszyliśmy z miejsca. Droga prowadziła niezmiernie stromo miejscami. Krumani uginali się pod ciężarem swych ładunków, lecz mimo to szli żwawo naprzód — pomiędzy stokami lawy, drobnymi kraterami i skarłowaciałymi krzakami, z rzadka rysującymi się tu i ówdzie na stepowej powierzchni, prowadzącej ku wierzchołkowi, a pokrytej bladą trawą i mchami. Lodowo zimny wiatr szczypał w twarze i ręce tak, że było trudno trzymać kije góralskie, a rozrzedzona atmosfera utrudniała oddychanie. Sceneria wspaniała mimo swej północnej nagości. Pod nami chmury zakryły świat żyjących i sprawiają wrażenie, jak gdybyśmy byli oderwani od niego, dokoła zaś, jakby wyspa w powietrznym oceanie, falująca powierzchnia szczytów górnych, wyżyn i kraterów, pomiędzy którymi co chwila zrywa się antylopa i uciekając, bije kopytami po skałach.
Kierunek wiatru jest od E na W (taki sam kierunek chmur będących nad nami). W wysokości 10 700 stóp mniej więcej termometr postawiony za krzakiem chroniącym go od wiatru pokazywał o 8:10 a. m. 13 °C, wystawiony zaś na wiatr spadał o 3°. Około 11 a. m. sam szczyt, królujący jako oddzielna masa o trzech głowach nad całym kompleksem wyżyn, zarysował się jasno przed nami. Środkowa z tych trzech głów jest właściwym Mongo-ma-Lobah, czyli „Pico Grande” Bartona.
U stóp jednego z licznych wierzchołków otaczających Mongo-ma-Lobah stanęliśmy dla śniadania i rozbili namiot. Przed nami ciągnęło się olbrzymie pole lawy, przez które — ze 3 kilometry długie — miała wieść nasza droga na szczyt. Postanowiliśmy tu pozostawić i resztę ludzi, sami ruszyliśmy z przewodnikiem przez lawę, by dotrzeć do głównego wierzchołka i wrócić wieczorem tu do ostatniego obozu. Lecz przeszedłszy lawę, ujrzeliśmy, że droga na szczyt jest jeszcze tak daleka, iż ryzykowaliśmy nie zdążyć przed zachodem słońca do pozostawionego namiotu. Posłałem więc Silvę do ostatnich 5 Krumanów, by przenieśli namiot i tłumoki przez lawę i posunęli obóz na miejsce, z którego właśnie wysyłaliśmy Silvę — bliżej samego piku. Posłuszny Murzyn zwinnie ruszył nazad. Poleciliśmy mu, by zapalił wielki ogień, gdy obóz będzie przeniesiony na to miejsce, abyśmy go mogli rozpoznać, wracając z piku — i sami we trzech, mając szczyt przed sobą, zaczęliśmy się spinać na sędziwego olbrzyma Gór Kameruńskich. Praca to ciężka, co chwila napotyka się stoki ruchomej drobnej lawy i popiołu, w których obsuwa się noga, pochyłość zaś tak jest stroma, że co kilka chwil trzeba było się zatrzymywać przy jakim głazie lawy. Ostry, niczym nietamowany wiatr wył dokoła dzikim świstem, dążąc po lawie, i zdawał się chcieć nas zerwać z nóg i strącić na dół w przepaść. Rozrzedzona atmosfera przy tym zaledwie dozwalała oddychać i reporter na wpół stracił głos na pewien przeciąg czasu.
Wreszcie o 3:45 p. m. dn. 12 grudnia stanęliśmy na szczycie Mongo-ma-Lobah.
Liczne chmury niestety leżały dokoła i zasłaniały widok. Wysokość 14 000 stóp blisko — także niestety — była za wielka dla mego aneroidu, który nie wskazywał więcej, lecz oceniam wysokość naokoło 14 000 stóp. Termometr pokazywał o godz. 4 p. m. +4 °C. Roślinności już prawie żadnej, tylko tu i ówdzie bladoszare mchy. Janikowski znalazł tu niewielkiego zielonawego ptaka nieżywego. Widocznie zaniosły go tu wiatry i uległ samotny turysta zimnu. Sam szczyt nie jest obszerny co do miejsca. Wielki krater zerwał jego ścianę, która spada jako ziejąca przepaść; krawędź jej nawet ciągle się obrusza i od czasów ostatnich dwu wejść musiał się sam szczyt znacznie zmienić. Lodowy wiatr kazał nam drżeć od zimna mimo derki grubej, którą się osłoniłem. Zanieśliśmy byli z sobą mocną butelkę, do której włożyliśmy dokument na górze napisany, a świadczący po łacinie, iż A. D. 1884, Dec. m. 12-mo d. Stephanus Rogoziński ac Leopoldus Janikowski — Poloni, et Hugonus Zöller — Germanus, in hunc summum montem, cui nomen est Mongo-ma-Lobah vel Mons Dei, profecti sunt124. Butelkę tę zakorkowałem silnie, a wstawiwszy korkiem na dół do połowy w ruchomą lawę i ziemię, obstawiliśmy ją kamieniami.
Równocześnie zaszczycili mnie koledzy tej wycieczki, nazywając prawego sąsiada z trzech głów piku „Mons Rogoziński”, lewy zaś otrzymał nazwę „Honorata”.
Zimno jednakże było tak silne, iż zeszliśmy już o 4:15 z głównego piku i zatrzymali się nieco dla odpoczynku w siodle łączącym nowo nazwaną Górę Rogozińskiego z głównym pikiem Mongo-ma-Lobah. Tu w miejscu więcej osłoniętym termometr wskazywał 11 °C.
Drogę na dół odbyliśmy z niezmierną szybkością, po części zlatując, po części zsuwając się z wierzchołka — choć zdążyliśmy zebrać nieco mchów i porostów, o które prosił nas jeden z uczonych naszych w kraju — i o godz. 5:30 p. m. stanęliśmy znów w miejscu, gdzieśmy wysłali byli Silvę, by sprowadził tu nasz obóz. Wkrótce też ujrzeliśmy dym w danym miejscu. Wszystko było w należytym porządku i namiot z Krumanami już przeprowadzony — stał w rodzaju wypalonego starego krateru, o ile można, zasłonięty od wiatrów.
Po zimnej nocy ruszyliśmy następnego dnia, 13 grudnia, do pozostawionej w chacie buejskiej pierwszej części Krumanów z resztą bagażu, a zastawszy ich w należytym stanie, puściliśmy się zaraz, po godzinie odpoczynku, dalej na dół do Mann’s Springu. Droga na dół, jak zwykle w górach, idzie daleko szybciej i następnego dnia, 14 grudnia, wyruszywszy o godz. 7:30 a. m. z Mann’s Springu, stanęliśmy o godz. 12:30 p. m. dla śniadania w Isumie, a opuściwszy ją po dwu godzinach odpoczynku, przybyliśmy o godz. 5:15 p. m. do Boando — znów między ludzi.
Wieść, żeśmy szczęśliwie tą drogą dotarli do piku — gdyż pierwsze dwie ascensje125 były podejmowane nie na Boando z Boty, lecz przez Victorię i Mapanię — rozeszła się szybko wszędzie i tego samego jeszcze wieczora przybyła wielka ilość krajowców, „by się nam przypatrzyć”, pomiędzy plemionami gór albowiem wejście na szczyt zdaje się niemożliwe, ponieważ podług ich mniemania złe duchy goszczą ustawicznie na Mongo-ma-Lobah.
Następnego dnia, 15 grudnia, stanęliśmy nazad na stacji Mondoleh, odbywszy podróż na górę w pięciu dniach, drogę z góry zaś w trzech.
Pan Zöller pożegnał się z nami i odpłynął na Rzekę Kameruńską, prosząc o pozwolenie zabrania pożyczonej mu busoli, i prawdopodobnie za pomocą niej zestawił owe „mapy stron kameruńskich”, które następnie przesłał wraz ze wspaniałymi opisami swej działalności do Niemiec, a które opisują miejscowości, w których p. Zöller nawet nigdy nie był, również jak i fakta niebywałe.
Tymczasem zaczęliśmy się przygotowywać do ponownego wyruszenia w głąb, któreśmy projektowali przez rzekę Lungasi, jedno z głównych ramion Rzeki Kameruńskiej, gdy nagle rozeszła się wieść, że na Rzece Kameruńskiej wybuchła wojna pomiędzy krajowcami a Niemcami. Stosownie do opowiadania krajowców rzecz miała się w następujący sposób: niemieccy delegaci, traktując o Kamerun, o który od 2 lat przedtem traktował delegat angielski, p. Hewett, niestety zbyt powolny i nieenergiczny (gdyż krajowcy rzeki po dwakroć prosili go sami o protektorat angielski), zawarli umowy jedynie z królami Bell i Akwa, gdy zaś na podstawie okupionych umów zatknęli swe sztandary nad całą rzeką, wtedy kacykowie nieuwzględnieni, a pomiędzy nimi głównie Lok-Prisso, kacyk miast Hikory, i naczelnicy z Josstown, oparli się okupacji ziem będących pod ich jurysdykcją i władzą, twierdząc słusznie, że nie zawierali żadnych traktatów z Niemcami, że przeciwnie, oczekują wciąż angielskiego protektoratu, o który wręczyli p. Hewettowi już dawno podanie. Oświadczyli więc, że sprzeciwiają się zaborowi niemieckiemu i że nikt nie ma prawa naruszać ich własności bez ich woli, a gdy delegat niemiecki zatknął mimo to na smutnej zasadzie siły przed prawem swe sztandary w mieście Hikory, rezolutny Lok-Prisso oświadczył, że jeżeli nie usuną niezwłocznie takowych, on to uczyni. Wtedy komisarz niemiecki, dr Nachtigal, cofnął swój sztandar z Hikory, ale naturalnie wyczekiwano tylko pierwszej okazji do zwady, by to, czego nie można było wziąć prawnie, wziąć siłą. Okazja wkrótce się nadarzyła. Od dawna trwały spory między kacykiem Lok-Prisso a królem Bellem, protegowanym niemieckim. Gdy więc ludzie z Hikory rozpoczęli wojnę z królem Bellem, do której przyłączyło się Josstown, oburzone na Bella, że oddał kraj wbrew woli krajowców i innych kacyków, niemieckie okręty, stojące wtedy na kotwicy w Kamerunie, schwyciły skwapliwie tę okoliczność, by występując w imieniu swego protegowanego zająć teraz oponujące miasto. Zbombardowano Hikory i Josstown, atoli przy walecznej obronie takowych i niestety przy niejednej stracie życia w obu obozach. Nieszczęśliwy Lok-Prisso musiał z resztką swej drużyny uciekać w gąszcze, a z miast jego pozostały tylko zgliszcza chat spalonych przez Niemców naftą i trupy zabitych. Później dopiero poznali Niemcy sami, że w owym sporze z Bellem sprawiedliwość była po stronie Lok-Prissa. Wtedy niemiecki admirał Knorr126 kazał mu oświadczyć „wielkodusznie”, że pozwala mu powrócić do swej siedziby. Pomiędzy krajowcami jednakże napotykają się postacie istnie heroiczne. „Czy odbudujesz me miasto i wskrzesisz mych zabitych?” — kazał odpowiedzieć pokrzywdzony Lok-Prisso. „Nie, naturalnie” — odparł niemiecki admirał. „W takim razie — odrzekł dumny Afrykanin — sam będę wiedział, co czynić”.
Rezultatem tych smutnych zajść było ogólne rozprężenie stosunków na Rzece Kameruńskiej, krajowcy pouciekali w gąszcze, zalegli creeki, wszelka komunikacja ustała. Do zatoki Ambas przybyła wtedy angielska korweta „Rapid”, mająca popłynąć do Fernando Poo, słysząc jednakże o tym, co zaszło na Rzece Kameruńskiej, komendant jej, p. Campbell, postanowił zawinąć najprzód do Kamerunu.
Chętnie przyjąłem jego zaproszenie udania się jego okrętem na wojującą rzekę, by przekonać się naocznie, czy rzeczywiście nie będziemy mogli wyruszyć teraz w głąb po rzece Lungasi. 26 grudnia i dnia następnego, stojąc na „Rapidzie” w Kamerunie, przekonać się musiałem niestety, że zamiar nasz jak na teraz był rzeczywiście niewykonalny, przyszło się więc pożegnać po raz drugi z planem dalszego dotarcia w głąb, odkładając to do jakiej późniejszej podróży, a tymczasem pomyśleć o powrocie do Europy dla odpoczynku.
Zanim to jednak nastąpiło, miało przejść jeszcze sześć przeszło miesięcy pełnych zajść gorączkowych i nieoczekiwanych.
Wojna kameruńska, bombardowanie przez niemieckie okręty wspomnionych wyżej miast porzecza przestraszyło krajowców gór i angielską osadę Victoria, poproszono więc angielskiego konsula p. Hewetta o utworzenie linii traktatów na wschodnich skłonach, które by zasłoniły kraje górskie również od strony rzeki Mungo, od której były jeszcze otwarte i wystawione na niebezpieczeństwo zaboru niemieckiego, który w takim razie mógłby był zredukować protektorat angielski, osiągnięty przez kanonierkę „Forward”, po prostu do nominalnej linii brzegowej.
Delegaci dra Nachtigala, jeneralnego komisarza niemieckiego, wyruszali leż w rzeczy samej już od strony Bimbii i Mungo ku wschodnim skłonom gór. 4 więc stycznia, podczas kiedy leżałem chory na febrę w Fernando Poo, przybył tam z Kamerunu p. Hewett, konsul angielski, prosząc przez wysłanego do mnie wicekonsula, p. Harolda White, bym mu nie odmówił widzenia się z nim na pokładzie kanonierki, która go przywiozła w sprawie Gór Kameruńskich, dodając, że sam leży chory na dyzenterię127. Gdym się uczuł zdrowszy, udałem się na pokład i po dłuższej rozmowie z konsulem zgodziłem się oddać mu przysługę, o którą chodziło, a mianowicie: udać się zaraz do zatoki Ambas, przekonać się o stanie rzeczy na wschodnich skłonach gór i postarać się o zabezpieczenie takowych dla angielskich interesów. P. Hewett dodał, że z przyczyny choroby sam do zatoki Ambas udać się nie może i że nawet, gdyby to mógł uczynić, byłoby to dla niego daleko trudniejszym zadaniem niż dla mnie ze względu na stosunek, w jakim stałem do krajowców. Przewieźć miała mnie korweta „Rapid” i rzeczywiście 6 stycznia stanęliśmy przed stacją Mondoleh, skąd zaraz wyruszyliśmy do Victorii, by nie tracąc czasu, przekonać się o stanie rzeczy. Tu panował ogólny niepokój. Na brzegu spotkał nas p. Brew, cywilizowany czarny, który przez angielskiego konsula był mianowany prezydentem Rady Victoryjskiej (stanowiącej zarząd nowej tej posiadłości angielskiej), donosząc, że przy pomocy (wspomnianych już) Szwedów, mieszkających od roku mniej więcej w górach, Niemcy traktują z kacykiem kraju Likumbe, znajdującego się o kilka godzin drogi od Victorii, a stanowiącego główny jej rynek żywności, po odcięciu którego Victoria straciłaby główne warunki swego bytu.
Wyruszyłem więc zaraz w góry dnia następnego, poradziwszy zakłopotanemu p. Brewu wydelegować ze mną emisariusza Rady Victoryjskiej, który by w jej imieniu podpisał układ z kacykiem z Likumbe, wcielający tę miejscowość do kolonii Victorii, w razie gdyby takowy usłuchał mnie, o czym nie wątpiłem. Tak się też stało: kacyk Likumbe podpisał traktat angielski z reprezentantem Rady Victoryjskiej i właśnie wznosiła się ich flaga na postawionym naprędce maszcie, gdy ujrzeliśmy przybywającą z drugiej strony parowu partię Szwedów, którzy, jak poznałem, stanęli z niemieckimi reprezentantami w takich stosunkach, jakimi były nasze do Anglików. Zawiedziona w Likumbe partia naszych antagonistów udała się, widząc, że przyszła za późno, niezwłocznie dalej do krajów Soppo i Buei, by nas tam uprzedzić, lecz pod tym względem nie potrzebowaliśmy się obawiać, gdyż zawczasu rozesłani posłańcy do owych kacyków, a również i telegraf krajowy — znany nam już bębenek — dozwalały nam porozumiewać się prędko z krajowcami, którzy nie przyjęli niemieckich delegatów mimo długich palawrów, lecz czekali naszego przybycia i połączyli się za przykładem Likumbe przez takież traktaty z kolonią Victorią. Takie wyprawy i traktowania pomiędzy Bakwirami trwały do 25 stycznia, do którego to dnia główne klany wschodnich skłonów połączyły się z Victorią. Znajdowałem się właśnie w ostatnim z połączonych, w Lisoce, gdy nadszedł kurier z Victorii, przynosząc list zaopatrzony pieczęcią angielskiego konsulatu. Było to pismo wicekonsula p. Harolda White, pisane w Brass (jednym z ujść Nigru), a przywiezione przez kanonierkę „Watchful” do zatoki Ambas. Donosiło ono, że konsul Hewett musiał opuścić brzeg afrykański z przyczyny swej choroby i odpłynął do Europy, funkcje zaś jego objął p. Harold White i prosi o zakomunikowanie mu rezultatów osiągniętych w górach.
Ponieważ kanonierka czekała w zatoce Ambas, a list dający pożądane informacje byłoby niebezpieczne przesłać przez posłańca, przeto ruszyliśmy sami nazad do Victorii i na pokładzie kanonierki napisałem odpowiedź, wzywając pana White do Victorii.
Podczas tego pobytu naszego w górach niemiecki okręt wojenny zajął niewielki punkt — mniej więcej dwie mile — linii brzegowej pomiędzy naszym miasteczkiem Bubinde a przylądkiem Limboh. Punkt ten nazywał się Mukundange, a nie mógł być zajęty podczas krzyżowania128 tu angielskiej kanonierki „Forward”, ponieważ wtedy krajowcy z przyczyny wojny znajdowali się w gąszczach. To było główną przyczyną, dla której wzywałem konsula. P. Harold White przybył też dnia 4 lutego na małym parowczyku, a równocześnie niemiecka korweta „Bismarck” stanęła przy Mukundange. Angielski konsul objął uzyskane przez nas traktaty, a dla zaprowadzenia porządku i władzy w rozszerzonej teraz znacznie kolonii Victorii objął równocześnie ster takowej. Ponieważ jednakże musiał z przyczyny licznych innych spraw być prawie zawsze w niej nieobecny, poprosił mnie o tymczasowe przyjęcie władzy jego jako głowy kolonii z tytułem Acting Chief Civil Commissioner, dodając mi do dyspozycji i pomocy Radę złożoną z pięciu obywateli Victorii pod przywództwem wspomnianego już p. Brew.
Tymczasem rozgniewały osiągnięte przez nas rezultaty władze niemieckie na Rzece Kameruńskiej do takiego stopnia, że komendant korwety „Bismarck” przysłał mi oficjalne oświadczenie, że zostałbym uwięziony przez władze niemieckie, jeśliby mnie spotkano na niemieckim terytorium, a dnia 6 lutego ten sam komendant wystosował do konsula Harolda White zapytanie, czyby ten ostatni uważał za swój obowiązek protegowania129 mnie, w razie gdyby siła zbrojna niemiecka wylądowała w Victorii lub w Mondoleh (tj. na angielskim gruncie) w celu uwięzienia mnie, twierdząc, że niejednokrotnie uprzedziłem i pokrzyżowałem ich zamiary i jestem dla niemieckich władz niezmiernie niedogodny. Mimo formalnego protestu zdziwionego oryginalnym tym żądaniem angielskiego konsula powtarzał komendant niemiecki takowe jeszcze kilkakrotnie, a do Europy doniesiono nawet pogłoskę znad Rzeki Kameruńskiej, że chęci komendanta Karchera130 spełnione zostały. Była to jednakże pogłoska, niemająca żadnej podstawy. Angielski konsul odpłynął znów z Victorii, niemiecka korweta zaś stała wciąż przy Mukundange. Wreszcie dnia 12 lutego, gdy towarzysz mój Janikowski wracał z nadbrzeżnego miasta Batoki do Victorii w krajowym czółnie i bez wszelkiej broni, popłynęły nagle za nim trzy szalupy niemieckiej korwety, napełnione wojskiem i zaopatrzone każda w jedną armatę. Szalupy rozpoczęły ogień karabinowy na Janikowskiego, a gdy czółno jego mimo to płynęło spokojnie naprzód, wtedy otworzono ogień z korwety. Zdumiony Janikowski, który sądził z początku, że to ćwiczenia w niefortunnym wybrane kierunku, kazał swej załodze przestać wiosłować, gdy zaś pociski okrętowego działa padać zaczęły tuż koło głów załogi, takowa rzuciła się do morza, wstrzymaną zaś pirogę otoczyły łodzie niemieckie i dowodzący z oficerów uwięził Janikowskiego, twierdząc, że to Rogoziński.
Gdy przed wieczorem dopiero poznano pomyłkę, przeproszono mego towarzysza najspokojniej i oficer niemiecki odwiózł go na stację Mondoleh, gdzie oczekiwałem go z niepokojem i gubiąc się na próżno w domysłach, na jakiej podstawie odbyło się to krzyczące gwałcenie wszelkich praw międzynarodowych i ogólnie ludzkich.
Taki był przebieg owych spraw kameruńskich w głównych ich zarysach i w streszczeniu o ile możności obiektywnym.
Widząc, ile złej krwi sprawiło u władz niemieckich pomaganie me angielskiemu konsulowi, a które podjąłem w dobrej wierze ulżenia mu w pracy, wiedząc, że był chory, i wiedząc, że było to zgodne z życzeniami naszych krajowców, poznawszy także, jak fałszywie przedstawiono te zajścia w Europie, gdzie znajdowały się tylko przesadzone i przekręcone sprawozdania niemieckie reportera p. Zöllera, podczas gdy z angielskiej strony nikt rzeczy nie przedstawiał, wyjaśniłem sam opisane zajścia w liście pisanym w kwietniu (1885) do Lorda Randolfa Churchilla131 w Londynie, a równocześnie usunąłem się od wszelkiej dalszej działalności w tym kierunku. Oczekując chwili powrotu do Europy, powróciliśmy do naszej pracy naukowej, do obserwacji i porządkowania zgromadzonych notatek i zbiorów.
Skończyłem przebieg naszej podróży. Równocześnie z tym jej niniejszym streszczeniem zestawiają się sprawozdania naukowe dla Akademii Umiejętności132, a potem do dalszej wyruszymy pracy pod równik. Walka naukowa jest jedyną walką, jaką prowadzić możemy w naszym kraju, i w każdej gałęzi pożytek przynieść ona mu może. W tej podróży ponieśliśmy niejedną ofiarę, którymi okupione są skromne nasze rezultaty. Ofiary te nas nie zrażą, owszem, przeciwnie — poznaliśmy obszerne pole pracy naukowej w owych stronach, a czując do nich powołanie, żadnym słowem zniechęcającym zrazić się nie damy. „Per aspera ad astra”133 była i będzie naszą dewizą — a może uda nam się dalej przysporzyć ziomkom tego, co nam potrzeba, nie ofiar i męczenników, których ma kraj nasz dość — lecz pozytywnych rezultatów.
Przypisy:
1. ekwatorialny — równikowy. [przypis edytorski]
2. Złoty Brzeg — Złote Wybrzeże, kolonia brytyjska nad Zatoką Gwinejską, utworzona w 1821, w 1957 uzyskała niepodległość i zmieniła nazwę na Ghana. [przypis edytorski]
3. Fernando Poo — dziś: Bioko, największa wyspa należąca do Gwinei Równikowej. [przypis edytorski]
4. były rzucały (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: rzucały wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
5. protektor (z łac.) — opiekun, obrońca. [przypis edytorski]
6. Aszanti, Aszantowie a. Asante — lud afrykański zamieszkujący Ghanę, Togo i Wybrzeże Kości Słoniowej; na pocz. XVIII w. stworzyli imperium w Afryce Zachodniej; toczyli walki z sąsiednimi królestwami i plemionami, pokonali Brytyjczyków w pierwszych dwóch z czterech wojen (1823–1896). [przypis edytorski]
7. Assini — dziś: Assinie, region w płd-wsch. części Wybrzeża Kości Słoniowej, przy granicy z Ghaną; w 1637 Francuzi założyli tam misję, zaś w 1843–1845 podpisali traktaty z królami regionów Grand Bassam i Assinie, czyniąc ich terytoria francuskim protektoratem. [przypis edytorski]
8. protektorat (z łac. protectio: osłona) — forma zależności politycznej, w której państwo posiadające własny ustrój znajduje się pod kontrolą obcego, silniejszego państwa (protektora), prowadzącego jego sprawy zewnętrzne, np. politykę zagraniczną i gospodarczą. [przypis edytorski]
9. Krindżabo (fr., ang. Krindjabo) — ob. wioska w płd.-wsch. części Wybrzeża Kości Słoniowej. [przypis edytorski]
10. Rzeka Assinijska — laguna Assini w ob. Wybrzeżu Kości Słoniowej. [przypis edytorski]
11. jezioro Abe — laguna Aby, największa z lagun tworzących zespół lagun Aby w ob. Wybrzeżu Kości Słoniowej, składający się z trzech części, z zachodu na wschód: laguna Aby, laguna Tendo i laguna Ehy. [przypis edytorski]
12. markiza — ruchomy daszek z płótna chroniący przed słońcem. [przypis edytorski]
13. rad (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]
14. czyli (daw.) — konstrukcja z partykułą -li; inaczej: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
15. galon — anglosaska miara objętości płynów i ciał sypkich; galon angielski jest równy ok. 4,5 litra. [przypis edytorski]
16. pepita (z fr. pépite) — samorodek, bryłka cennego metalu powstała w przyrodzie drogą naturalną; pol.: wzór na tkaninie przypominający kratkę lub tkanina z takim wzorem. [przypis edytorski]
17. funt — dawna jednostka wagi, równa 0,4–0,5 kg. [przypis edytorski]
18. partia — tu: grupa ludzi zebranych we wspólnym celu. [przypis edytorski]
19. Kumasi — miasto w Ghanie, ok. 250 km na płn.-zach. od Akry; od 1695 stolica państwa Aszantów, częściowo zniszczona podczas trzeciej wojny Brytyjczyków z Aszantami w 1874; obecnie stolica regionu Aszanti. [przypis edytorski]
20. Priam (mit. gr.) — król Troi podczas wojny trojańskiej; miał wiele żon i liczne dzieci. [przypis edytorski]
21. niepodobieństwo (daw.) — coś niemożliwego a. nieprawdopodobnego. [przypis edytorski]
22. składać coś (daw.) — stanowić coś, tworzyć coś; składać się na coś. [przypis edytorski]
23. atoli (daw.) — jednak. [przypis edytorski]
24. kalabasa — naczynie wykonane z wydrążonego owocu. [przypis edytorski]
25. numidyjski (hist.) — związany z Numidią, staroż. krainą w płn.-zach. Afryce, rozciągającą się od Kartaginy do Oranu; w latach 202–46 p.n.e Numidia była królestwem Berberów, później stanowiła prowincję rzymską. [przypis edytorski]
26. herkulesowy — taki jak u Herkulesa, mitycznego starożytnego bohatera słynącego z nadludzkiej siły i dokonania wielu niezwykłych czynów. [przypis edytorski]
27. predylekcja — szczególne upodobanie, zamiłowanie. [przypis edytorski]
28. bajadera — hinduska tancerka świątynna. [przypis edytorski]
29. dżyn — dziś popr.: dżin a. gin, wódka o zapachu i smaku jałowca. [przypis edytorski]
30. febra — malaria, tropikalna choroba pasożytnicza przenoszona przez komary, objawiająca się nawracającą gorączką i silnymi dreszczami; dawniej również ogólnie: gorączka, której towarzyszą dreszcze. [przypis edytorski]
31. Złoty Brzeg — Złote Wybrzeże, kolonia brytyjska nad Zatoką Gwinejską, utworzona w 1821, w 1957 uzyskała niepodległość i zmieniła nazwę na Ghana. [przypis edytorski]
32. Clarence-Pic — popr.: Clarence Peak, dziś: Pico Basilé, największy i najwyższy (3008 m n.p.m.) z trzech połączonych wulkanów tarczowych tworzących wyspę Bioko. [przypis edytorski]
33. Santa Isabel — ob. Malabo, miasto portowe na wyspie Bioko (daw. Fernando Poo) w Zat. Gwinejskiej, stolica Gwinei Równikowej. [przypis edytorski]
34. lianów — dziś popr. forma D. lm: lian. [przypis edytorski]
35. wieleż (daw.) — konstrukcja z partykułą -że skróconą do -ż i występującą w funkcji wzmacniającej; inaczej: jakże wiele, ileż. [przypis edytorski]
36. wizer (daw.; z fr.) — celownik, wizjer: część przyrządu służąca do celowania. [przypis edytorski]
37. nautyczny — związany z nawigacją morską, żeglarstwem. [przypis edytorski]
38. Mongo-ma-Loba — Kamerun, masyw wulkaniczny nad Zat. Gwinejską; czynny wulkan z najwyższym szczytem subsaharyjskiej Afryki zachodniej i środkowej (Fako, 4095 m n.p.m.); stanowi najbardziej wysunięte na południowy zachód odgałęzienie łańcucha gór, wzgórz i płaskowyżów, zwanego Pasmem Kameruńskim. [przypis edytorski]
39. miejscowość — tu: miejsce, okolica. [przypis edytorski]
40. burun (daw., z ros.) — fala przyboju, grzywacz. [przypis edytorski]
41. baptyści — protestancka grupa wyznaniowa powstała na pocz. XVII w., akcentująca indywidualizm w relacji do Boga, uznająca Biblię za jedyny autorytet w sprawach wiary i ograniczająca praktykę chrztu (gr. baptismos) do osób świadomych tego aktu. [przypis edytorski]
42. stopa — dawna jednostka długości równa ok. 30 cm. [przypis edytorski]
43. kacyk — przywódca plemienny w Afryce, Ameryce Południowej lub Środkowej. [przypis edytorski]
44. surfboat (ang.) — łódź wiosłowa przystosowana do pływania na dużej, silnej fali. [przypis edytorski]
45. tornady — dziś popr. lm: tornada. [przypis edytorski]
46. bort (rzad.) — burta, bok statku. [przypis edytorski]
47. Rzeka Kameruńska — ob. Wouri, druga co do długości rzeka w Kamerunie, uchodząca do Zat. Gwinejskiej w Duali. Portugalczycy, którzy w 1472 dotarli do jej ujścia, z powodu wielkiej ilość krewetek żyjących w tym miejscu nazwali ją Rio dos Camarões, tj. rzeką krewetek; od nazwy tej pochodzi nazwa Kamerunu. [przypis edytorski]
48. dary Danaidów — popr.: dary Danaów, odniesienie do cytatu z Eneidy (II 49): „Czymkolwiek to jest, obawiam się Danaów (Greków), nawet gdy niosą dary”; była to wypowiedź kapłana trojańskiego Laokoona na widok wielkiego drewnianego konia pozostawionego przez wrogów na plaży, rzekomo daru dla bogów; fraza przysłowiowa, używana zwykle bez pierwszych wyrazów, jako ostrzeżenie, żeby nie ufać wrogom, nawet kiedy działają pozornie dla nas korzystnie. [przypis edytorski]
49. mangrowiowe — dziś popr.: mangrowe; bagna mangrowe (namorzynowe) to tropikalne przybrzeżne płycizny morskie porośnięte krzewami i drzewami, zwykle mającymi charakterystyczne, szczudlaste korzenie podporowe, które stabilizują rośliny w grząskim podłożu. [przypis edytorski]
50. staje a. stajanie — dawna miara odległości; staje nowopolskie (XIX w.) to ok. 1000 m. [przypis edytorski]
51. prochu, fuzji, krzemieni — w dawnej broni skałkowej zapalenie prochu na panewce następowało od iskier powstałych przy uderzeniu skałki (kawałka krzemienia), mocowanej w szczękach kurka, o stalowe krzesiwo; po kilkudziesięciu wystrzałach skałki zużywały się, dlatego potrzebne były zapasowe na wymianę. [przypis edytorski]
52. Krumani a. Krumanowie (z fr. l. poj. krouman) — pierwotnie Afrykanie z ludu Kru, pochodzący się z Liberii, od XVIII w. zatrudniani na europejskich statkach lub jako tragarze; później nazwą krumanów, wywodzoną z ang. crewman (członek załogi), określano całą kategorię społeczno-zawodową żeglarzy i tragarzy z Liberii i Wybrzeża Kości Słoniowej pracujących w służbie osadników na wybrzeżach zachodniej Afryki. [przypis edytorski]
53. przedstawiać sobie — wyobrażać sobie. [przypis edytorski]
54. period (z łac.) — okres; tu: okres geochronologiczny. [przypis edytorski]
55. amfibia — zwierzę ziemnowodne, przystosowane do życia zarówno w wodzie, jak i na lądzie. [przypis edytorski]
56. ichtiozaur (gr.: rybojaszczur) — wymarły, mezozoiczny gad morski, z kształtu przypominający rybę o długim pysku. [przypis edytorski]
57. ceiba (biol., łac.) — puchowiec, rodzaj tropikalnych drzew. [przypis edytorski]
58. Pizarrów i Cortezów — Francisco Pizarro (1478–1541): hiszpański konkwistador, zdobywca imperium Inków w zach. części Ameryki Południowej; Hernán Cortés (ok. 1485–1547): hiszpański konkwistador, zdobywca imperium Azteków w Meksyku. [przypis edytorski]
59. bombax (biol., łac.) — wełniak, rodzaj drzew występujących w tropikalnej części Afryki, Azji i Australii. [przypis edytorski]
60. Mulat — potomek białego mężczyzny i czarnej kobiety lub białej kobiety i czarnego mężczyzny. [przypis edytorski]
61. palawer (ang. palaver, z port. palavra: słowo) — w Afryce Zachodniej: zgromadzenie mieszkańców wioski w celu naradzenia się lub rozstrzygnięcia sporów; długie rozmowy pomiędzy osobami różnych kultur, np. pertraktacje między europejskimi kupcami, odkrywcami, urzędnikami kolonialnymi itp., a miejscową ludnością; także: jałowa dyskusja. [przypis edytorski]
62. prozelita — neofita, nowo pozyskany wyznawca jakiejś wiary. [przypis edytorski]
63. plantan — banan warzywny, duża odmiana banana, spożywana po ugotowaniu lub upieczeniu. [przypis edytorski]
64. występowanie — tu: wystąpienia publiczne. [przypis edytorski]
65. womity — wymioty, torsje. [przypis edytorski]
66. jams — pochrzyn, rodzaj wieloletnich pnączy z bulwiastymi kłączami, rosnący dziko i uprawiany ze względu na jadalne bulwy w Afryce Zachodniej oraz w Azji płd.-wsch., w Ameryce Południowej i na Karaibach. [przypis edytorski]
67. zabudowywa — dziś popr.: zabudowuje; tu daw.: zagospodarowuje się, pobudowawszy domy. [przypis edytorski]
68. batat — roślina uprawna o bulwiastych, mączystych korzeniach, uprawiana w strefie tropikalnej. [przypis edytorski]
69. skałkówka — strzelba skałkowa, długa broń palna z zamkiem skałkowym, ładowana od strony lufy, używana od XVII w. do połowy XIX w.; po naciśnięciu spustu broni kurek ze skałką (kawałkiem krzemienia) opadał na metalową płytkę, krzesząc iskry, które padały na panewkę z prochem, zapalając go. [przypis edytorski]
70. in extenso (łac.) — w całości; dokładnie, bez opuszczeń. [przypis edytorski]
71. kryptogamy (bot.) — rośliny skrytopłciowe (zarodnikowe), niewytwarzające kwiatów, rozmnażające się głównie przez zarodniki. [przypis edytorski]
72. gordyjski węzeł — przen. skomplikowany problem, trudna do rozwiązania sprawa; bardzo splątany węzeł zawiązany przez mitycznego króla Gordiosa w świątyni Zeusa w mieście Gordion w Azji Mniejszej, łączący jarzmo ofiarnego wozu z dyszlem; przepowiednia głosiła, że człowiek, któremu uda się rozwiązać węzeł, zostanie władcą całej Azji; Aleksander Macedoński przeciął węzeł mieczem. [przypis edytorski]
73. ekskursja (przestarz.) — wycieczka, wyprawa. [przypis edytorski]
74. Balombi-ba-Kotta — dziś: Barombi Koto a. Barombi-ba-Kotto, niewielkie jezioro w łańcuchu wulkanicznym w płd.-zach. Kamerunie, z małą wyspą pośrodku, zamieszkaną przez rybackie plemię Barombi. [przypis edytorski]
75. Comber, Thomas James (1852–1887) — misjonarz-baptysta, aktywny w Kamerunie i w Kongu. [przypis edytorski]
76. kotłowina (daw.) — kotlina. [przypis edytorski]
77. wziąć w kluby (daw.) — zdyscyplinować, skłonić do posłuszeństwa. [przypis edytorski]
78. jard — anglosaska miara długości, równa trzem stopom i wynosząca ok. 0,9 metra. [przypis edytorski]
79. pik (daw. geogr.; z fr.) — szczyt górski. [przypis edytorski]
80. kontrfort (z fr.) — mur poprzeczny, umacniający mur główny. [przypis edytorski]
81. Góry Rumbijskie — dziś: góry Rumpi: ang. Rumpi Hills, fr. Monts Rumpi. [przypis edytorski]
82. Stary Calabar — dawna europejska nazwa miasta Calabar w Nigerii, nad rzekami Calabar i Great Qua. [przypis edytorski]
83. jeziora napotykają się — dziś popr.: jeziora napotyka się. [przypis edytorski]
84. chinina — lek przeciwmalaryczny w postaci białego, gorzkiego proszku otrzymywanego z kory chinowca. [przypis edytorski]
85. innego wielkiego jeziora, zwanego również Balombi lub Mbu — dziś: Barombi Mbo a. Barombi-ma-Mbu, niewielkie jezioro w Kamerunie ok. 30 km na płn.-wsch. od jeziora Barombi Koto; w czasach kolonialnych zwane też Jeziorem Słoniowym. [przypis edytorski]
86. admonicja (z łac., daw.) — przygana, upomnienie. [przypis edytorski]
87. Eliki — dziś: Ediki, ok. 15 km na płd. od jeziora Barombi Mbo. [przypis edytorski]
88. Iabiang — ang. Yabiang, dziś: Abo, prawy dopływ rzeki Wouri (daw.: Rzeki Kameruńskiej). [przypis edytorski]
89. Fürstenstein (niem.) — zamek Książ, obecnie wraz z przyległymi budowlami stanowiący oficjalnie część miasta Wałbrzycha. [przypis edytorski]
90. klinometr, busola, aneroid i pedometr — przyrządy do pomiarów terenowych: klinometr do mierzenia kątów pionowych warstw skalnych i innych powierzchni; busola do wyznaczania kierunku północy; aneroid (tu: barometr) do pomiaru ciśnienia; pedometr (krokomierz) do pomiaru przebytej odległości. [przypis edytorski]
91. Mokonie — ang., niem.: Mokonye. [przypis edytorski]
92. kotlas (zniekszt. fr.) — francuskie słowo coutelas w niektórych regionach tropikalnej Afryki i na Karaibach (podobnie jak pochodzące od niego angielskie cutlass) oznacza maczetę: długi, szeroki nóż używany do wyrąbywania ścieżek w tropikalnej dżungli oraz ścinania trzciny cukrowej na plantacjach; por. kordelas: długi nóż myśliwski, służący do oprawiania upolowanej zwierzyny oraz jako element uzbrojenia marynarzy. [przypis edytorski]
93. tłumok — pakunek podróżny. [przypis edytorski]
94. colonut, popr.: kola nut (ang.) — nasiona niektórych gatunków tropikalnych afrykańskich roślin z rodzaju Cola, zawierające kofeinę; w wielu krajach Afryki Zachodniej używane do żucia oraz uroczyście wręczane gościom. [przypis edytorski]
95. satelita — ciało niebieskie krążące dokoła swojej planety, księżyc; przen.: nieodstępny towarzysz. [przypis edytorski]
96. mila geograficzna — jednostka długości używana w XIX w. w niektórych krajach, równa 1/15 stopnia równikowego, tj. ok. 7,4 km. [przypis edytorski]
97. relację z tego marszu, przesłaną w swoim czasie do „Dziennika Poznańskiego” — rocznik XXVI, nr 2, z dnia 3 stycznia r. 1884. [przypis redakcyjny]
98. tą razą — dziś popr.: tym razem. [przypis edytorski]
99. rzeki Lobeh, pod którą rozumiem owe drugie ramię Rio del Rey — ramieniem tym okazała się w następnym roku rzeka Rumby, wpadająca do morza na północo-zachodzie Gór Kameruńskich, nieco na południe od Rio del Rey. S.S.R. [przypis autorski]
100. partia — tu: zorganizowana grupa. [przypis edytorski]
101. deputacja (z łac.) — przedstawicielstwo; delegacja, grupa przedstawicieli jakiejś zbiorowości wysłana w celu załatwienia jakiejś sprawy. [przypis edytorski]
102. rezolucja (daw., z łac.) — postanowienie powzięte po namyśle; decyzja władzy. [przypis edytorski]
103. refrakcja — załamywanie się promieni świetlnych na granicy dwóch ośrodków o różnej gęstości. [przypis edytorski]
104. wilia (daw.) — wigilia, przeddzień, tj. dzień poprzedzający ważne wydarzenie; tu: wigilia Bożego Narodzenia. [przypis edytorski]
105. Mongoma-Etindeh — dziś: Etinde a. Mongo-ma-Etindeh, zwany też Małym Kamerunem (1713 m n.p.m.), mniejszy szczyt wulkanu Kamerun, położony na południe od głównego. [przypis edytorski]
106. Zatoka Biafryjska a. Biafra — ob. Zatoka Bonny, zatoka Oceanu Atlantyckiego stanowiąca część Zatoki Gwinejskiej, rozciągająca się od delty Nigru po Przylądek Lopez w Gabonie. [przypis edytorski]
107. Nachtigal, Gustav (1834–1885) — niemiecki lekarz wojskowy i badacz środkowej i zachodniej Afryki; w 1884 wysłany przez rząd Bismarcka do Afryki Zachodniej jako specjalny komisarz, swoimi działaniami spowodował, że Togoland i Kamerun stały się pierwszymi koloniami niemieckiego imperium kolonialnego. [przypis edytorski]
108. nolens volens (łac.) — chcąc, nie chcąc. [przypis edytorski]
109. Bismarck, Otto von (1815–1898) — niemiecki książę, polityk konserwatywny, jako premier Prus doprowadził do zjednoczenia państw niemieckich (1871), w powstałej Drugiej Rzeszy pełnił funkcję kanclerza. [przypis edytorski]
110. inklinacja — skłonność. [przypis edytorski]
111. pod datą 15 sierpnia wysłałem odpowiedni list do angielskiego konsula — kopia tego listu, jak i wszelkie tu odnoszące się dokumenta zachowane są pomiędzy notatkami ekspedycji. [przypis autorski]
112. Traktat preliminaryjny z p. S. S. Rogozińskim i Królem i Kacykiem Boty — patrz angielską księgę błękitną: Africa Nr 1 (1885) Correspondence respecting affairs in the Cameroons. Presented to both Houses of Parliament by Command of Her Majesty. February 1885. Cena odbitki księgarskiej w Londynie 2 s. 3 d. [przypis autorski]
113. Dahomej — historyczne królestwo ludu Fon w Afryce Zachodniej, istniejące od ok. roku 1600 na obszarze dzisiejszego Beninu; w 1894 Dahomej, pokonany przez Francję, stał się jej protektoratem, a następnie kolonią. [przypis edytorski]
114. Zöller, Hugo (1852–1933) — niemiecki podróżnik i dziennikarz, korespondent „Kölnische Zeitung”; w 1884 otrzymał zlecenie zbadania niemieckich kolonii w Afryce Zachodniej, pozyskanych przez Gustava Nachtigala. [przypis edytorski]
115. a. m. — skrót od łac. ante meridiem: przed południem. [przypis edytorski]
116. m. — skrót od łac. meridiei: południa. [przypis edytorski]
117. p. m. — skrót od łac. post meridiem: przed południem. [przypis edytorski]
118. 1750’ — 1750 stóp. [przypis edytorski]
119. damżana (z fr.: dame-jeanne) — gąsior, duże, pękate naczynie szklane z wąską szyjką, często owijane w wiklinę, służące do przechowywania płynów, szczególnie wina. [przypis edytorski]
120. Burton, Richard Francis (1821–1890) — brytyjski oficer, dyplomata i podróżnik; w 1861 jako pierwszy zdobył główny szczyt masywu Kamerun. [przypis edytorski]
121. pyszny — tu: wspaniały. [przypis edytorski]
122. singlet (ang.) — podkoszulek na ramiączkach. [przypis edytorski]
123. pantalony (daw.) — spodnie. [przypis edytorski]
124. A. D. 1884, Dec. m. 12-mo d... — Roku Pańskiego 1884, dnia 12 grudnia Polacy Stefan Rogoziński jako też Leopold Janikowski oraz Niemiec Hugo Zöller przybyli na tę najwyższą górę, która zwie się Mongo-ma-Lobah lub Górą Boga. [przypis edytorski]
125. ascensja (daw., rzad., z łac.) — wejście na górę, wzniesienie się. [przypis edytorski]
126. Knorr, Eduard von (1840–1920) — niemiecki admirał; znacząco przyczynił się do zbudowania niemieckiego imperium kolonialnego. [przypis edytorski]
127. dyzenteria — czerwonka, ostra choroba zakaźna jelit, której objawem jest uporczywa, krwawa biegunka. [przypis edytorski]
128. krzyżować (żegl.) — płynąć zakosami, wykonując wielokrotne zwroty, halsować. [przypis edytorski]
129. protegować (z łac.) — tu: ochraniać, bronić. [przypis edytorski]
130. Karcher, Guido (1844–1905) — niemiecki oficer marynarki wojennej; w 1884 jako dowódca okrętu „Bismarck” brał udział w militarnym ujarzmieniu Kamerunu. [przypis edytorski]
131. Churchill, Randolph Spencer (1849–1895) — brytyjski arystokrata i polityk, ojciec Winstona Churchilla. [przypis edytorski]
132. Akademia Umiejętności — polska instytucja naukowa utworzona w 1872 w Krakowie, po 1918 przekształcona w Polską Akademię Umiejętności. [przypis edytorski]
133. Per aspera ad astra (łac.) — przez ciernie do gwiazd. [przypis edytorski]