Rozdział XLIX. Dzień we Florencji
Florencja, 12 lutego 1819.
Dziś wieczór spotkałem w pewnej loży człowieka, który miał jakąś sprawę do pięćdziesięcioletniego sądownika. Pierwsze jego pytanie było: „Kto jest jego kochanką? Chi avvicina adesso?”. Tu wszystkie te sprawy są najzupełniej jawne, posiadają swoje prawa, istnieje uznany sposób postępowania oparty na sprawiedliwości, prawie zupełnie wolny od konwenansu, inaczej jest się un porco220.
„Co nowego?” — pytał wczoraj jeden z moich przyjaciół, przybywając z Volterra. Po energicznym jęku nad Napoleonem i Anglikami dodaje się tonem żywego współudziału: „Vitteleschi zmieniła kochanka; biedny Gherardesca jest w rozpaczy”. — „Kto go zastąpił?” — „Montegalli, ten piękny oficerek z wąsikami, który miał principessę Colonna; widzi go pan na parterze przylepionego do jej loży; tkwi tam cały wieczór, bo mąż nie chce go cierpieć w domu. Zobaczy pan później koło drzwi biednego Gherardesca: przechadza się smutnie i liczy z dala spojrzenia, jakie niewierna rzuca jego następcy. Jest bardzo zmieniony, tonie w rozpaczy; próżno przyjaciele chcą go wysłać do Paryża i Londynu. Umiera, powiada, na samą myśl opuszczenia Florencji”.
Co roku jest dwadzieścia podobnych rozpaczy w wyższym towarzystwie; widziałem takie, które trwały po trzy i cztery lata. Nieboracy ci nie mają żadnego wstydu, zwierzają się całemu światu. Zresztą życie towarzyskie jest tu słabe, a kto się kocha, nie bierze w nim żadnego udziału. Nie trzeba sądzić, aby wielkie uczucia i piękne dusze były gdziekolwiek czymś pospolitym, nawet we Włoszech; ale serca, bardziej płomienne i mniej zużyte tysiącem względzików, znajdują tam czarowne rozkosze, nawet w podrzędnych rodzajach miłości. Widziałem tam, na przykład, miłostkę rodzącą wybuchy i chwile upojeń takie, jakich najszaleńsza namiętność nie wydała nigdy pod południkiem paryskim221.
Zauważyłem dziś wieczór, że istnieją po włosku osobne nazwy na tysiąc okoliczności miłosnych, które po francusku wymagałyby nieskończonych omówień; np. gest nagłego odwrócenia się, kiedy ktoś z parteru lornetuje w loży kobietę, którą chciałby mieć, i kiedy mąż lub kochanek wysunął się na przód loży.
Oto główne rysy tego narodu:
1. Uwaga, zazwyczaj w służbie głębokich namiętności, nie może się poruszać szybko; to najwybitniejsza różnica między Francuzem a Włochem. Trzeba widzieć Włocha, jak siada do dyliżansu lub wylicza pieniądze — to nie furia francese222; dlatego najpospolitszy Francuz, byle nie był głupim dowcipnisiem à la Des Mazures, wyda się zawsze Włoszce istotą wyższą. (Kochanek księżnej D. w Rzymie).
2. Wszyscy kochają się, i to nie potajemnie jak we Francji; mąż jest najlepszym przyjacielem kochanka.
3. Nikt nie czyta.
4. Nie istnieje życie towarzyskie. Dla wypełnienia i zajęcia swego życia nikt tam nie liczy na szczęście czerpane co dzień w dwugodzinnej konwersacji grze próżności w salonie. Słowo causerie223 nie da się przetłumaczyć na włoski. Każdy tam mówi, kiedy ma coś do powiedzenia w interesie jakiejś namiętności, ale rzadko mówi ktoś dla pięknego mówienia i na oderwany temat.
5. Śmieszność nie istnieje we Włoszech.
We Francji staramy się obaj naśladować ten sam wzór, mogę tedy ocenić sposób, w jaki ty go kopiujesz224. We Włoszech nie wiem, czy jakiś dziwaczny postępek, na który patrzę, nie sprawia przyjemności temu, który go wykonywa, czy wreszcie nie sprawiłby przyjemności mnie samemu.
To, co jest przesadnego w mowie lub zachowaniu się w Rzymie, jest w dobrym tonie albo zupełnie niezrozumiałe we Florencji odległej o pięćdziesiąt mil.
W Lyonie mówią po francusku jak w Nantes. Język wenecki, neapolitański, genueński, piemoncki są to języki prawie zupełnie różne i stanowią wyłączną mowę ludzi, którzy się umówili drukować jedynie we wspólnym języku, tym, którym mówi się w Rzymie. Nie ma nic niedorzeczniejszego niż komedia, której akcja rozgrywa się w Mediolanie, a której osoby mówią po rzymsku. Język włoski, o wiele bardziej stworzony do śpiewania niż do mówienia, jedynie muzyką zdoła się obronić przeciw jasności francuskiej, która go zalewa.
We Włoszech obawa przed paszą i jego szpiegami każe cenić użyteczność; nie ma tu zupełnie honoru głupiego225. Zastępuje go rodzaj drobnej towarzyskiej nienawiści, zwanej pettegolismo.
Wreszcie ośmieszyć kogoś znaczy zrobić sobie śmiertelnego wroga, rzecz bardzo niebezpieczna w kraju, gdzie siła i rola rządów ograniczają się do wyciskania podatków i karania wszystkiego, co się wyróżnia.
6. Zaściankowy patriotyzm.
Owa duma, która każe nam szukać szacunku współobywateli i czuć się z nimi jednym ciałem, wyzuta około r. 1550 z wszelkiego szlachetnego rozmachu przez zazdrosny despotyzm włoskich książątek, wydała na świat barbarzyński produkt, rodzaj kalibana, potwora pełnego głupoty i jadu: patriotyzm zaściankowy, jak mówił p. Turgot z okazji Oblężenia Calais (Żołnierz-rolnik owych czasów)226. Widziałem, jak potwór ten ogłupiał najrozumniejszych ludzi. Na przykład cudzoziemiec naraża się wszystkim, nawet ładnym kobietom, skoro się ośmieli krytykować miejscowego malarza lub poetę; powiadają mu wręcz i bardzo poważnie, że nie przyjeżdża się po to, aby wyśmiewać, przytaczają mu w tej mierze powiedzenia Ludwika XIV o Wersalu.
We Florencji mówi się „nasz Benvenuti”, jak w Brescii „nasz Arici”; wymawiają słowo „nasz” z pewną emfazą, dyskretną, a mimo to bardzo komiczną, mniej więcej taką, jak „Miroir” mówiący z namaszczeniem o muzyce narodowej i o panu Monsigny, muzyku europejskim227.
Aby się nie rozśmiać w nos tym zacnym patriotom, trzeba pamiętać, iż wskutek niesnasek średniowiecza zatrutych ohydną polityką papieży228, każde miasto śmiertelnie nienawidzi sąsiedniego miasta, nazwa zaś jego mieszkańców uchodzi zawsze w tamtym mieście za synonim jakiejś szpetnej przywary. Papieże umieli zrobić z tego pięknego kraju ojczyznę nienawiści.
Ten zaściankowy patriotyzm jest wielką moralną raną Włoch, to jadowity tyfus, który będzie miał zgubne skutki długo jeszcze po strząśnięciu jarzma pociesznych książątek.
Jedną z form tego patriotyzmu jest zaciekła nienawiść do wszystkiego, co obce. Tak np. uważają Niemców za głupców i wściekają się, kiedy im mówić: „Cóż wydały Włochy w XVIII w. równego Katarzynie II albo Fryderykowi Wielkiemu? Gdzie macie park, który można by porównać z najmniejszym ogrodem niemieckim, wy, którzy przy swoim klimacie istotnie potrzebujecie cienia?”.
7. W przeciwieństwie do Anglików i Francuzów Włosi nie mają żadnych uprzedzeń politycznych: umieją tam na pamięć wiersz La Fontaine’a:
Votre ennemi c’est votre maître229.
Arystokracja, opierająca się na księżach i na stowarzyszeniach biblijnych, to dla nich stara komedia, która ich śmieszy. W zamian za to Włoch potrzebuje trzymiesięcznego pobytu we Francji, aby zrozumieć, w jaki sposób kupiec korzenny może być reakcjonistą.
8. Jako ostatni rys pomieściłbym niewyrozumiałość w dyskusji oraz gniew, z chwilą gdy ktoś nie znajdzie pod ręką argumentu, aby zmiażdżyć przeciwnika. Wówczas widzi się, jak Włoch blednie. Jest to jedna z form nadzwyczajnej pobudliwości, ale nie jest to miła forma; tym samym jedna z form, które najchętniej przyjmuję jako dowód jej istnienia.
Zapragnąłem oglądać miłość wieczną i po wielu trudnościach uzyskałem, że mnie przedstawiono dziś wieczór kawalerowi C. i jego kochance, z którą żyje od pięćdziesięciu czterech lat. Wyszedłem rozczulony z loży tych miłych staruszków; oto sztuka szczęścia, sztuka nieznana tylu młodym.
Dwa miesiące temu widziałem monsignore R., który mnie dobrze przyjął, bo przyniosłem mu „Minerwę”. Był u siebie na wsi z panią D., z którą avvicina, jak tu się mówi, od trzydziestu czterech lat. Jest jeszcze ładna, ale jest w tym stadle jakiś cień melancholii, podobno od czasu straty syna, otrutego niegdyś przez męża.
Tutaj kochać nie znaczy, jak w Paryżu, widywać kochankę przez kwadrans raz na tydzień, poza tym zaś chwytać ukradkiem spojrzenie, uścisk dłoni: kochanek, szczęśliwy kochanek, spędza co dzień kilka godzin z kobietą, którą kocha. Opowiada jej o swoich procesach, o swoim parku, o swoich polowaniach, odznaczeniach etc., etc. Jest to najdoskonalsza i najtkliwsza zażyłość; mówi jej „ty” w obecności męża i wszędzie.
Pewien tutejszy młody człowiek, bardzo ambitny, jak sam mniemał, powołany na wysokie stanowisko do Wiednia (ni mniej, ni więcej tylko ambasada!), nie mógł się pogodzić z rozłąką. Podziękował za posadę po pół roku i wrócił szczęśliwy do loży kochanki.
To nieustanne obcowanie byłoby kłopotliwe we Francji, gdzie w towarzystwie obowiązuje pewna sztuczność i gdzie kochanka powie ci snadnie: „Drogi panie, nudny pan jest dziś wieczór, nic pan nie mówi”. We Włoszech chodzi jedynie o to, aby ukochanej kobiecie mówić wszystko, co przejdzie przez głowę. Trzeba dosłownie myśleć głośno. Istnieje pewien fluid zażyłości i szczerości wywołującej szczerość, którą można zdobyć tylko w ten sposób. Ale jest wielka niedogodność: taka miłość paraliżuje wszystkie upodobania i odbiera smak innym zatrudnieniom. Taka miłość jest najlepszą namiastką namiętności.
Nasi paryżanie, którzy nie mogą jeszcze pojąć, jak można być Persem230, nie wiedząc, co powiedzieć, okrzykną się, że te obyczaje są nieprzyzwoite. Po pierwsze, jestem tylko historykiem; po wtóre, pozwolę sobie dowieść im pewnego dnia za pomocą ciężkich argumentów, że w kwestii obyczajów i samej ich treści Paryż nie ma co się wynosić nad Bolonię. Ani wiedząc o tym, nieboracy powtarzają jeszcze swój trzygroszowy katechizm.
12 lipca 1821. — W Bolonii nie istnieje w społeczeństwie nic wstrętnego. W Paryżu rola zdradzonego męża jest ohydna; tu (w Bolonii) to drobiazg, nie ma zdradzonych mężów. Obyczaje są tedy te same, odpada tylko nienawiść; cavaliere servente żony jest zawsze przyjacielem męża, a ta przyjaźń, umocniona wzajemnymi usługami, trwa niekiedy dłużej niż inne stosunki. Większość tych miłości trwa po kilka lat, czasem całe życie. Rozstają się wreszcie, kiedy nie znajdują już przyjemności w mówieniu sobie wszystkiego; i w miesiąc po zerwaniu uraza mija.
Styczeń 1822. — Dawna instytucja cavalieri serventi, wprowadzona do Włoch przez Filipa II wraz z dumą i obyczajami hiszpańskimi, upadła zupełnie w dużych miastach. Wyjątek stanowi Kalabria, gdzie zawsze starszy brat jest księdzem, żeni młodszego i zostaje servente, a zarazem kochankiem bratowej.
Napoleon wygnał rozwiązłość z północnych Włoch, a nawet z tego kraju (Neapolu).
Dzisiejsza generacja ładnych kobiet zawstydza swoje matki; są bardziej uczuciowe, miłość fizyczna straciła wiele231.
Rozdział L. Miłość w Stanach Zjednoczonych
Wolność to rząd, który nie czyni krzywdy obywatelom, ale przeciwnie, daje im bezpieczeństwo i spokój. Ale od tego daleko jest do szczęścia; trzeba, by człowiek stworzył je sobie sam, jedynie bowiem dusza bardzo pospolita uważałaby się za zupełnie szczęśliwą dlatego, że zażywa spokoju i bezpieczeństwa. Mieszamy te rzeczy w Europie; przyzwyczajeni do rządów, które nas gnębią, sądzimy, że uwolnić się od nich byłoby najwyższym szczęściem; podobni w tym jesteśmy do chorego nękanego dotkliwym cierpieniem. Przykład Ameryki wykazuje rzecz przeciwną. Tam rząd wywiązuje się bardzo dobrze ze swego zadania i nie czyni krzywdy nikomu. Ale, jak gdyby los chciał nas zbić z tropu i obalić całą naszą filozofię lub raczej dowieść jej, że nie zna człowieka, my — od tylu wieków wskutek nieszczęśliwego stanu Europy oddaleni od wszelkiego prawdziwego doświadczenia — widzimy, iż kiedy Amerykanie nie czują nieszczęścia płynącego z rządów, nie czują niejako samych siebie. Można by rzec, iż źródło wrażliwości wysycha w tych ludziach. Są sprawiedliwi, są rozsądni, ale nie są szczęśliwi.
Czy Biblia, to znaczy niedorzeczne wnioski i przepisy wywiedzione przez pomylone umysły z owego zbioru poematów i pieśni, mogła sama jedna sprawić to nieszczęście? Skutek zda mi się przerastać przyczynę.
Pan de Volney opowiadał, iż kiedy raz był na obiedzie na wsi u pewnego zacnego Amerykanina, człowieka zamożnego i otoczonego dużymi już dziećmi, wszedł do pokoju młody człowiek: „Jak się masz, Wiliamie — rzekł ojciec — siadaj”. Podróżnik pyta, kto jest ów młodzieniec: „To mój średni syn”. — „A skąd wraca?” — „Z Chin”.
Przybycie syna z krańców świata nie wywarło większego wrażenia.
Cała uwaga wydaje się skupiona na praktyczne urządzenie życia i na uchylenie wszelkich kłopotów; skoro wreszcie dojdą chwili zebrania owoców tylu zabiegów i tak długiego statku, nie znajdują już w sobie życia, aby się nimi cieszyć.
Rzekłbyś, iż dzieci Penna232 nigdy nie czytały tego wiersza, który jest jakby ich historią:
Et propter vitam, vivendi perdere causas233.
Skoro nadejdzie zima, która tam, jak w Rosji, jest najweselszą porą roku, młodzi ludzie obojej płci234 pędzą razem saniami dzień i noc, przebiegają po piętnaście i dwadzieścia mil wesoło i bez dozoru; i nie zdarza się, aby stąd wynikło coś złego.
Jest tu fizyczne wesele młodości, które mija niebawem z upałem krwi i kończy się w dwudziestym piątym roku: nie widzę namiętności, które dają rozkosz. Jest taki nałóg rozsądku w Stanach Zjednoczonych, że krystalizacja staje się tam niemożliwa.
Podziwiam to szczęście i nie zazdroszczę go; jest to jak gdyby szczęście istot odmiennego, a niższego rodzaju. O wiele lepiej wnoszę o Florydach i o Ameryce Południowej235.
Co mnie umacnia w pojęciach moich o Ameryce Północnej, to zupełny brak artystów i pisarzy. Stany Zjednoczone nie przysłały nam jeszcze ani jednej tragedii, ani jednego obrazu, ani życiorysu Waszyngtona.
Rozdział LI236. O miłości w Prowansji aż do zdobycia Tuluzy w r. 1228 przez północnych barbarzyńców
Od r. 1100 do 1228 miłość miała w Prowansji osobliwą postać. Istniało prawodawstwo miłosne regulujące stosunki obu płci, równie surowe i ściśle przestrzegane jak dziś prawidła tyczące honoru. Przede wszystkim te ustawy miłosne pomijały zupełnie święte prawa mężów. Nie dopuszczały żadnej obłudy. Prawidła te, biorąc naturę ludzką taką, jaką jest, musiały wydać wiele szczęścia.
Istniała urzędowa forma oświadczenia się kobiecie oraz forma przyjęcia miłośnika. Po tylu a tylu miesiącach zalecania się w pewien sposób zyskiwało się przywilej pocałowania jej w rękę. Społeczeństwo, młode jeszcze, podobało sobie w formalnościach i obrzędach, które wówczas były wyrazem cywilizacji, a które dziś przyprawiłyby o śmierć z nudów. Ten sam charakter ujawnia się w języku Prowansalczyków, w trudności i zaplataniu rymów, w męskich i żeńskich słowach na wyrażenie tego samego przedmiotu, w nieskończonej wreszcie mnogości poetów. Wszystko, co jest w życiu społecznym formą i co dziś tak jest mdłe, wówczas miało całą świeżość i smak nowości.
Dostąpiwszy ucałowania ręki kobiety, postępowało się ze szczebla na szczebel, wedle zasługi i po porządku. Należy wszelako zauważyć, że o ile mężowie byli zawsze poza nawiasem, z drugiej strony urzędowy awans miłośników zatrzymywał się na tym, co my byśmy nazwali słodyczami najtkliwszej przyjaźni między osobami różnej płci237. Ale po kilku miesiącach lub latach próby, gdy kobieta była zupełnie pewna charakteru i dyskrecji mężczyzny, ten zaś posiadał wobec niej wszystkie pozory i wszelką swobodę, jaką daje najtkliwsza przyjaźń, przyjaźń ta musiała bywać wielce niebezpieczna dla cnoty.
Wspomniałem o porządku, a to dlatego iż kobieta mogła mieć kilku miłośników, ale tylko jednego na wyższym szczeblu. Zdaje się, że inni nie mogli się posuwać o wiele poza stopień przyjaźni polegającej na całowaniu ręki i oglądaniu co dzień swej pani. Wszystko, co doszło do nas z tej osobliwej cywilizacji, zamknięte jest w wierszach i to rymowanych w najsztuczniejszy i niezmiernie trudny sposób; nie trzeba się tedy dziwić, że wiadomości czerpane z ballad trubadurów są mgliste i niezbyt ścisłe. Znaleziono nawet wierszowany kontrakt ślubny. Po podboju w r. 1228 z powodu herezji papieże nakazali kilkakrotnie palić wszystko, co było pisane w ludowym języku. Chytrość włoska głosiła łacinę jako jedyny język godny tak światłych ludzi. Byłby to bardzo wygodny sposób, gdyby go można wskrzesić w r. 1822.
Ten tak jawny i urzędowy charakter miłości zdawałby się na pierwszy rzut oka nie do pogodzenia z prawdziwą namiętnością. Jeżeli dama powiedziała swemu służce: „Jedź dla mej miłości odwiedzić grób Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, w Jerozolimie; spędzisz tam trzy lata i wrócisz”, miłośnik jechał natychmiast: zawahać się chwilę okryłoby go taką samą hańbą jak dziś uchybić honorowi. Język tych ludzi odznacza się nadzwyczajną subtelnością w oddawaniu najlżejszych odcieni uczucia. Inną oznaką, że te obyczaje posunęły się bardzo daleko na drodze prawdziwej cywilizacji, jest to, że tuż po wyjściu z okropności średniowiecza i feudalizmu, gdzie siła była wszystkim, widzimy słabszą płeć mniej tyranizowaną, niż nią jest legalnie dziś; widzimy, że biedne i słabe istoty, które mają w miłości najwięcej do stracenia i których powaby ulatują szybko, są paniami losu mężczyzny, gdy się do nich zbliży. Wygnanie na trzy lata do Palestyny, przejście od uroczej cywilizacji do fanatyzmu i nudy w obozie krzyżowców, musiało być dla każdego, kto nie był fanatycznym chrześcijaninem, ciężką niewolą. Cóż może zrobić swemu kochankowi kobieta nikczemnie przezeń opuszczona w Paryżu?
Jest na to jedna tylko odpowiedź, którą zgaduję: w Paryżu żadna kobieta, która się szanuje, nie ma kochanka. Widzimy, iż ostrożność o wiele słuszniej może dzisiejszym kobietom doradzać, aby się nie poddawały namiętności. Ale inne wyrachowanie, którego bynajmniej nie pochwalam, czy nie doradza im, aby się mściły miłością fizyczną? Zyskaliśmy na naszej hipokryzji i ascetyzmie238 nie hołd oddany cnocie239 — nie można się nigdy bezkarnie sprzeciwiać naturze — ale po prostu to, że mniej jest szczęścia na ziemi i nieskończenie mniej szlachetnych porywów.
Kochanek, który po dziesięcioletnim pożyciu porzuciłby swą biedną kochankę, spostrzegłszy, że ona ma trzydzieści dwa lata, postradałby cześć w lubej Prowansji; nie miał innej drogi, jak tylko zagrzebać się w klasztorze. Mężczyzna, już nie szlachetny, ale po prostu przezorny, miał tedy wszelkie przyczyny nie udawać więcej miłości, niż jej czuł w istocie.
Domyślamy się tego wszystkiego, gdyż mało nam zostało zabytków ze ścisłymi danymi...
Trzeba sądzić o całości obyczajów wedle poszczególnych faktów. Znacie historię owego poety, który obraził swą damę; po dwóch latach rozpaczy raczyła wreszcie odpowiedzieć na jego liczne poselstwa i kazała mu oznajmić, że jeżeli da sobie wyrwać paznokieć i przedłoży jej ten paznokieć przez pięćdziesięciu wiernych i kochających rycerzy, może mu wówczas przebaczy. Poeta skwapliwie poddał się bolesnej operacji. Pięćdziesięciu rycerzy, mile widzianych u swych dam, przedłożyło ten paznokieć obrażonej piękności z całą pompą. Była to uroczystość równie wspaniała co wjazd księcia krwi do jakiegoś miasta. Kochanek, odziany w pokutne szaty, postępował z dala za swoim paznokciem. Po dopełnieniu ceremonii, która była bardzo długa, dama raczyła mu przebaczyć; wrócono mu słodycze poprzedniego szczęścia. Historia powiada, że spędzili razem długie i szczęśliwe lata. To pewna, że dwa lata cierpienia dowodzą prawdziwego uczucia; zrodziłyby je może, gdyby nie istniało poprzednio w takiej sile.
Mnóstwo anegdot, które mógłbym tutaj przytoczyć, ukazuje miłą i inteligentną zabawę miłosną, miarkowaną między dwiema płciami zasadą sprawiedliwości; powiadam zabawę, gdyż prawdziwa miłość jest we wszystkich wiekach wyjątkiem bardziej osobliwym niż częstym i niepodobna jej narzucić praw. W Prowansji to, co w miłości może być obliczone i poddane prawidłom rozumu, opierało się na sprawiedliwości i na równości praw dla obu płci. Oto co zwłaszcza podziwiam jako rzecz możliwie najbardziej chroniącą od nieszczęścia. Monarchia absolutna za Ludwika XV doszła, przeciwnie, do tego, że zdołała w tych samych stosunkach wprowadzić w modę niegodziwość i zbrodnię240.
Mimo że ten ładny język prowansalski, tak pełen subtelności i tak skrępowany rymem241, nie był prawdopodobnie językiem ludu, obyczaje wyższej klasy przeszły do klas niższych, wcale ogładzonych wówczas w Prowansji dzięki swej zamożności. Kosztowały one pierwszych radości pomyślnego i zyskownego handlu. Mieszkańcy wybrzeży Morza Śródziemnego spostrzegli (w dziewiątym wieku), że prowadzić handel, wysyłając parę statków na morze, jest mniej uciążliwe, a prawie równie zabawne co łupić podróżnych na pobliskim gościńcu pod wodzą jakiegoś feudalnego paniątka. Wkrótce potem w dziesiątym wieku, Prowansalczycy nauczyli się od Arabów, że istnieją rozkosze milsze niż rabować, gwałcić i bić się.
Morze Śródziemne trzeba uważać za kolebkę europejskiej cywilizacji. Lube wybrzeża tego pięknego morza, tak obdarzone przez klimat, wyróżniały się również szczęsną dolą mieszkańców oraz brakiem wszelkiego smutku bądź w religii, bądź w prawodawstwie. Radosna natura ówczesnych Prowansalczyków przebyła religię chrześcijańską, nie dając się skazić od jej wpływów.
Żywy obraz podobnego skutku zrodzonego z podobnej przyczyny widzimy w miastach włoskich, których dzieje doszły do nas wyraźniej i które zresztą były na tyle szczęśliwe, aby nam zostawić Danta, Petrarkę i malarstwo.
Prowansalczycy nie przekazali nam wielkiego poematu jak Boska Komedia, w której odbija się cała współczesna obyczajowość. Było w nich, o ile mi się zdaje, mniej namiętności, a znacznie więcej wesela niż u Włochów. Przejęli od swoich sąsiadów, Maurów hiszpańskich, ten luby sposób pojmowania życia. Miłość władała wraz z weselem, uciechą i zabawą w zamkach szczęśliwej Prowansji.
Czyście widzieli w Operze finał jakiej pięknej opery komicznej Rossiniego? Wszystko oddycha na scenie weselem, pięknością, idealnym przepychem. Jesteśmy o sto mil od szpetnych stron człowieka. Opera się kończy, zasłona spada, widzowie odchodzą, świecznik podnosi się w górę, kinkiety gasną. Woń źle zgaszonych lamp napełnia salę, kurtyna podnosi się do połowy, widać brudnych i obdartych urwipołciów kręcących się po scenie; szamocą się tam ohydnie w miejscu, gdzie piękne kobiety wypełniały ją przed chwilą wdziękiem.
Czymś takim było dla Prowansji zdobycie Tuluzy przez krzyżowców. Zamiast miłości, uroku i wesela ujrzeli północnych barbarzyńców i świętego Dominika. Nie będę plamił tych kart okropnościami inkwizycji w całym jej pierwszym zapale, opisem, od którego włosy stanęłyby wam na głowie. Barbarzyńcy ci to byli nasi ojcowie; mordowali i pustoszyli wszystko; niszczyli dla przyjemności niszczenia, czego nie mogli zabrać; dyszeli dziką wściekłością przeciw wszystkiemu, co nosiło ślad cywilizacji, nie rozumieli zwłaszcza ani słowa z tego pięknego południowego języka i to zdwajało ich wściekłość. Bardzo zabobonni i prowadzeni przez okropnego świętego Dominika, wierzyli, że zdobędą niebo, mordując Prowansalczyków. Dla tych skończyło się wszystko: koniec miłości, wesela, poezji; w niespełna dwadzieścia lat po podboju (1235) stali się prawie równie barbarzyńscy i nieokrzesani jak Francuzi, jak nasi ojcowie242.
Skąd się wzięła w tym zakątku świata urocza forma cywilizacji, która przez dwa wieki dawała szczęście wyższym klasom społeczeństwa? Zapewne od Maurów hiszpańskich.
Rozdział LII. Prowansja w dwunastym wieku
Przełożę tu jedną powiastkę z rękopisów prowansalskich; fakt, który podaje, zdarzył się około r. 1180, a spisano go około r. 1250243. Powiastka ta jest z pewnością bardzo znana; cały charakter obyczajowy leży w stylu. Błagam, aby mi pozwolono tłumaczyć słowo w słowo, nie siląc się zgoła na wykwinty dzisiejszego języka.
„Wielmożny Rajmund z Roussillon był to, jako wiecie, waleczny baron i miał za żonę madonnę Małgorzatę, najpiękniejszą kobietę owych czasów, bogatą we wszelkie zalety, we wszelką ozdobę i lubość. Owo zdarzyło się tak, że Wilhelm z Cabstaing, syn ubogiego rycerza z zamku Cabstaing, przybył na dwór wielmożnego Rajmunda z Roussillon, przedstawił się mu i spytał, czy raczy go przyjąć na służbę. Wielmożny Rajmund, widząc go gładkim i obyczajnym, odparł, iż rad go widzi i zezwala, by został przy jego dworze. Jakoż Wilhelm został u niego i umiał się sprawiać tak wdzięcznie, iż mali i wielcy kochali go; i tak umiał się odznaczyć, iż wielmożny Rajmund zechciał, aby był giermkiem madonny Małgorzaty, jego żony; i tak się stało. Za czym starał się Wilhelm dokazać jeszcze więcej i w słowach, i w czynach. Ale oto, jako się zwykło dziać w miłości, stało się, że miłość zechciała ogarnąć madonnę Małgorzatę i rozpłomienić jej duszę. Tak się jej podobały uczynki Wilhelma i jego rzeczenia, i jego postać, iż nie mogła się wstrzymać jednego dnia, aby mu nie rzec: «Ano, powiedz mi, Wilhelmie, gdyby kobieta jakaś okazała ci pozór miłości, czy śmiałbyś ją kochać?» Wilhelm, który spostrzegł, co się święci, odparł wręcz: «Tak, pani, wierę, uczyniłbym to, byle wszelako pozór był prawdą». «Na świętego Jana! — rzekła dama — odpowiedziałeś jak dzielny mężczyzna; ale chcę cię doświadczyć teraz, czy zdołasz pojąć i poznać, które pozory są prawdziwe, a które nie».
Skoro Wilhelm usłyszał te słowa, odpowiedział: «Pani moja, niech się stanie jako wasza wola».
Zaczął się zamyślać, a Miłość wnet poszukała z nim wojny; i myśli, jakie Miłość zsyła swoim dworzanom, zapadły mu głęboko w serce, i od tej pory stał się służką miłosnym, i zaczął wynajdywać lube i wesołe piosenki i pieśni do tańca, i pieśni do lubego śpiewu244, za co był bardzo mile widziany, a najbardziej przez tę, dla której śpiewał. Owo Miłość, która daje nagrodę swoim sługom, kiedy się jej spodoba, chciała zapłacić Wilhelma za jego służby; i oto poczynają oblegać damę takie myśli i dumania miłosne, iż ani w dzień, ani w noc nie mogła spocząć, myśląc o dzielności i urodzie, które mieszkały tak obficie w Wilhelmie.
Jednego dnia zdarzyło się, iż dama wzięła Wilhelma i spytała: «Ano, Wilhelmie, powiedz mi, żali245 już teraz poznałeś moje pozory, prawdziweli są czy kłamliwe?» Wilhelm odpowiedział: «Madonno, niech mi tak Bóg dopomoże, od chwili jak zostałem twoim służką, nie mogła mi powstać w sercu myśl, abyś ty nie była najlepsza w świecie i najprawdziwsza w słowach i w pozorach. W to wierzę i będę wierzył całe życie». A dama odpowiedziała: «Wilhelmie, powiadam ci, że jeżeli Bóg mi pomoże, nie będziesz przeze mnie zwiedziony i myśli twoje nie będą czcze ani daremne». I wyciągnęła ramiona, i obłapiła go słodko w izbie, gdzie siedzieli społem, i zaczęli swoje igry246. I niebawem stało się, iż omowcy247, niech ich Bóg skarze, zaczęli mówić i uradzać o ich miłości z przyczyny piosnek, jakie Wilhelm składał, powiadając, iż złożył swą miłość w pani Małgorzacie. I tak gadali o tym na prawo i lewo, aż rzecz doszła do uszu wielmożnego Rajmunda. Za czym zatroskał się wielce i zasmucił bardzo ciężko, raz, że mu trzeba było stracić swego giermka-towarzysza, którego tak kochał, a bardziej jeszcze z powodu hańby swojej żony.
Jednego dnia zdarzyło się, iż Wilhelm poszedł na łowy z krogulcem, samowtór z jednym tylko giermkiem. A wielmożny Rajmund kazał pytać, gdzie on jest; sługa powiedział mu, że poszedł z krogulcem, a inny, który wiedział, dodał, w które miejsce. Natychmiast Rajmund bierze tajemnie broń i każe sprowadzić sobie konia, i puszcza się sam ku miejscu, gdzie się udał Wilhelm: póty jechał, aż go znalazł. Kiedy Wilhelm ujrzał nadjeżdżającego, zdumiał się wielce i natychmiast obległy go żałobne myśli, i wyszedł na jego spotkanie, i rzekł: «Panie, bądź pozdrowion. Czym się dzieje, że jesteś tak sam?» Wielmożny Rajmund odpowiedział: «Tym, Wilhelmie, że szukam ciebie, aby się z tobą zabawić. Niceś nie chwycił?» «Nic nie chwyciłem, panie, bo nic nie znalazłem; a kto mało znajdzie, niewiele może chwycić, jak mówi przysłowie». «Dajmy pokój gawędzie — rzekł wielmożny Rajmund — i na tę wiarę, którąś mi winien, powiedz mi prawdę w każdym przedmiocie, o który spytam». «Na Boga! panie mój — odparł Wilhelm — jeśli to rzecz, którą godzi się powiedzieć, powiem chętnie». «Nie chcę tu żadnych subtelności — tak rzekł wielmożny Rajmund — jeno powiedz mi całkiem wszystko, o co spytam». «Panie, ile ci się spodoba pytać mnie — rzekł Wilhelm — tyle ja ci powiem prawdy». I wielmożny Rajmund pyta: «Wilhelmie, jeśli ci Bóg i święta wiara miła, czy masz lubą, dla której byś śpiewał lub do której parłaby cię Miłość?». Wilhelm odparł: «Panie, i jakżebym mógł śpiewać, gdyby Miłość mnie nie przypierała? Wiedzcie prawdę, szlachetny panie, że Miłość ma mnie całego w swojej mocy». Rajmund odpowiedział: «Chętnie w to wierzę, że inaczej nie mógłbyś śpiewać tak pięknie; ale chcę wiedzieć, jeśli wola, kto jest twoja dama». «Ach, panie, na imię Boga — rzecze Wilhelm — pomyśl, czego ty żądasz ode mnie. Wiesz zbyt dobrze, że nie godzi się nazywać swej damy i że Bernard z Ventadour powiada:
W jednej rzeczy służy mi mój rozum,
Iż nikt nigdy nie spytał mnie o moje rozkosze,
Bym mu chętnie nie skłamał.
Bo nie wydaje mi się dobrą zasadą,
Ale raczej szaleństwem i czynem godnym dziecka,
Aby ten, kto jest szczęśliwy w miłości,
Otworzył serce drugiemu mężczyźnie,
Chyba że ten może pomóc mu i usłużyć248».
Wielmożny Rajmund odpowiedział: «Daję ci tedy słowo, że ci usłużę wedle mej mocy». Rajmund tak nalegał, aż Wilhelm odpowiedział mu:
«Panie, wiedz tedy, że kocham siostrę pani Małgorzaty, twojej żony, i zda mi się, że mam jej wzajemną miłość. Teraz, kiedy wiecie o tym, proszę, byście mi przyszli z pomocą lub byście mi bodaj nie szkodzili». «Weź moją rękę i wiarę — rzekł Rajmund — przysięgam ci bowiem i ślubuję, że uczynię dla ciebie wszystko, co w mej mocy». Za czym dał mu wiarę, a kiedy mu ją dał, Rajmund rzekł: «Pójdziemy do jej zamku, jest w pobliżu». «I ja cię, panie, proszę o to, na Boga». I wzięli się drogą ku zamkowi Liet. I kiedy wstąpili do zamku, znaleźli dobre przyjęcie u pana Roberta z Taraskonu, męża pani Agnieszki, siostry pani Małgorzaty, jak również u samej pani Agnieszki. I wielmożny Rajmund wziął panią Agnieszkę za rękę i zaprowadził ją do komnaty, i siedli na łóżku. I wielmożny Rajmund rzekł: «A teraz powiedz mi, miła szwagierko, na wiarę, którą mi jesteś winna, miłujeszli kogo miłością?». A ona rzekła: «Tak, panie». «A kogo?» — spytał. «Och, tego wam nie powiem — odparła — z jakąż wymową do mnie przychodzicie?»
W końcu tak ją prosił, aż rzekła, że kocha Wilhelma z Cabstaing; tak powiedziała, ponieważ widziała Wilhelma smutnym i zamyślonym, a wiedziała dobrze, że on kocha jej siostrę; i bała się, by Rajmund nie miał złych myśli o Wilhelmie. Taka odpowiedź sprawiła wielką radość Rajmundowi. Agnieszka opowiedziała wszystko mężowi, a mąż odpowiedział, że dobrze uczyniła, i dał jej słowo, że ma swobodę czynić lub mówić wszystko, co by mogło ocalić Wilhelma. Agnieszka nie poniechała tego. Zawołała Wilhelma samego do swej komnaty i została z nim tak długo, że Rajmund myślał, iż musiał zażyć z nią miłosnej rozkoszy; rad był z tego i zaczynał myśleć, że mu powiedziano nieprawdę o żonie i że tak gadają na wiatr. Agnieszka i Wilhelm wyszli z komnaty i nagotowano wieczerzę, i wieczerzano w wielkim weselu. A po wieczerzy Agnieszka kazała narządzić łóżko obu panów blisko swoich drzwi i tak dobrze udali wszystko z Wilhelmem, iż Rajmund myślał, że spali ze sobą.
Nazajutrz spożyli obiad w zamku z wielką uciechą i po obiedzie odjechali żegnani z wielkimi honorami, i przybyli do Roussillon. I skoro tylko Rajmund rozstał się z Wilhelmem, poszedł do żony i opowiedział jej, co wiedział o Wilhelmie i jej siostrze, z czego żona jego była smutna całą noc. Nazajutrz zawołała Wilhelma i przyjęła go źle, i nazwała go fałszywym przyjacielem i zdrajcą. I Wilhelm prosił ją o przebaczenie, jak człowiek, który niewinien jest tego, o co go oskarżano, i opowiedział słowo w słowo, co się zdarzyło. I posłała do siostry, i od niej dowiedziała się, że Wilhelm nie zawinił. I dlatego powiedziała mu i nakazała, aby ułożył piosnkę, którą by okazał, że nie kocha żadnej kobiety prócz niej, za czym ułożył piosnkę, która powiada:
Słodka myśl,
Która często szepce mi miłość.
I kiedy Rajmund z Rusylonu usłyszał piosnkę, którą Wilhelm ułożył dla jego żony, zawołał go na rozmowę dość daleko od zamku i uciął mu głowę, którą włożył do torby myśliwskiej; i wydarł mu serce z ciała, i włożył razem z głową. I poszedł do zamku, i kazał upiec serce i podać do stołu żonie, i dał jej zjeść serce bez jej wiedzy. Kiedy je zjadła, Rajmund wstał i powiedział żonie, że to, co zjadła, to było serce pana Wilhelma z Cabstaing, i pokazał jej głowę, i spytał, czy serce było smaczne. I pojęła, co mówi, i ujrzała, i poznała głowę pana Wilhelma. Odpowiedziała, że serce było tak dobre i smakowite, że nigdy żadne inne jedzenie ani picie nie odejmie jej ustom smaku, jaki im zostawiło serce pana Wilhelma. I Rajmund gonił za nią z mieczem. Ona jęła uciekać, rzuciła się z ganku i strzaskała sobie głowę.
Dowiedziano się o tym w całej Katalonii i we wszystkich ziemiach króla aragońskiego. Król Alfons i wszyscy okoliczni baronowie uczuli wielki ból i wielki smutek z przyczyny śmierci pana Wilhelma i żony, którą Rajmund tak szpetnie przyprawił o śmierć. Wydali mu wojnę do ostatniego tchu. Król Alfons aragoński, dobywszy zamku Rajmunda, kazał pomieścić Wilhelma i jego damę w grobowcu zbudowanym przed bramą kościoła w grodzie zwanym Perpignac. Wszystkie doskonałe kochanki, wszyscy doskonali kochankowie modlili się do Boga za ich dusze. Król aragoński ujął Rajmunda i uśmiercił go w więzieniu, i rozdał jego dobra krewnym Wilhelma i krewnym owej pani, która umarła dla niego”.