Ofiara rodziny
Proszę wysokiego sądu, za ofiarę rodziny przed sprawiedliwością ziemską tu staję, za słabą ofiarę i do żadnej winy się nie przyznaję.
— Jednak podsądny Antoni Rzodkiewka zbił pielęgniarza do utraty przytomności.
— Tak jest, ale winę rodzina ponosi. Mam wyjątkowo liczną rodzinę, toteż na imieninach, które się u jednego wuja Polewalskiego na Woli odbywały, przez tę rodzinę zaniemogłem.
— W jaki sposób?
— W taki sposób, że jak zaczęto pić zdrowie dziadków, to z samego uszanowania do dna kieliszek wypiłem, potem przeszli na wujów i ciotki, a u nas wiele ciotek, bo wszystko koroniarze32, nikogo z kresów i bolszewicy żadnej nie zabili. Kiedy już przyszło do bliższej rodziny, do tych wszystkich szwagrów, teściów i czort wie kogo, to pogotowie po mnie przyjechało i za chorego mnie do szpitala odwieźli.
Na drugi dzień ze szpitala do domu pojechałem. Sprowadziłem doktora. Czuję się okropnie. Doktór powiada: zatrucie alkoholem bardzo silne, aż dziwne, że pan delirki33 nie ma. No i kazał, żebym na wszelki wypadek pielęgniarza sobie na noc sprowadził.
Sprowadziłem pielęgniarza. Solidny typ. Wąsacz jak feldfebel34 z ruskiej armii. Usiadł na krześle obok mnie.
— Będę czuwał — powiada. — A tu — dodaje — ma pan dzwonek. Jak pan co chce ode mnie, to dzwonek poruszyć — zadzwoni.
No i zaczyna czuwać nade mną, a ja sobie leżę i chcę zasnąć. Ale gdzie tam spać? Pielęgniarz głowę zwiesił i chrapie jak lokomotywa.
Próbuję zasnąć.
Pielęgniarz chrapie.
Myślę sobie: zadzwonię, może się obudzi.
Zaczynam dzwonić, ale pielęgniarz tylko trochę na krześle na bok się przekręcił i pogwizduje przez sen.
Próbuję zasnąć.
Pielęgniarz pogwizduje.
O spaniu nie ma mowy.
Dzwonię więc jeszcze raz.
Wyprostował się. Przestał gwizdać. Zabrał się do chrapania.
I tak na zmianę.
Aż znudziło mnie to wszystko i bach go dzwonkiem w łeb.
Przestał chrapać, ale takiego krzyku narobił, że zupełnie ze snu się wybiłem.
Sąd skazał Antoniego Rzodkiewkę na tydzień aresztu za obicie pielęgniarza w stanie nietrzeźwym.