Pogotowie brydżowe

— Jak to? Jest pogotowie brydżowe?

— Naturalnie.

— Wystarczy zadzwonić i przyjeżdża facet, żeby nie zepsuć partii?

— Naturalnie.

— No i co? Skompromituje mnie wobec gości? Przy kolacji zacznie rybą jeść nożem albo po prostu się urżnie, nawymyśla prezesowi i zacznie obgryzać paznokcie.

— Wprost przeciwnie. Ręczę, że będzie zachowywał się wytworniej od wszystkich twoich gości. Zadzwoń. Obstaluj27. Musisz tylko uzgodnić z nim cenę i powiedzieć, w jakim stroju ma się stawić.

— A jak przegra?

— On nie przegrywa. To jest automat. Urzędnik. Siedem pięćdziesiąt za godzinę. Przegraną płacisz za niego. Wygraną dyskretnie oddaje ci po grze. Potem musisz naturalnie zaprosić go na kolację. Posadzisz przy najnudniejszej babie i będzie bawił ją gratis. Mówię ci, że nie miałeś nigdy w domu tak przyjemnego młodego człowieka, jak taki z pogotowia brydżowego.

— Znakomicie. Gucio nie przyjdzie i tak, bo ma grypę. Nikogo już teraz nie wydzwonię na czwartego. Świetny pomysł z tym pogotowiem. Podaj mi tylko numer telefonu.

Pan inżynier Z. odłożył słuchawkę i połączył się z podanym numerem. Cieszył się, że jego gości nie spotka zawód z powodu choroby partnera.

— Hallo, czy to pogotowie brydżowe?

— Że co?

— Czy pogotowie brydżowe?

— A owszem... owszem. Zaraz poproszę kupca...

— Kogo?

— Nic, Panie Fulkensztajn! Panie Fulkensztajn! Co, cuś pan słyszał? Pogotowie brydżowe wzywają... Już oddaję słuchawkę.

— Hallo? Jaki kupiec? Jaki Fulkensztajn? Pytam, czy to pogotowie brydżowe?

Dla odmiany w słuchawce odezwał się bas:

— Hallo? Pan się pyta, czy to pogotowie brydżowe? Owszem!

— Czy mogą panowie natychmiast przysłać mi na Elektoralną piętnaście jednego gracza w smokingu po siedem pięćdziesiąt za godzinę?

— Siedem pięćdziesiąt? Na długo?

— Z kolacją.

— Przyjedzie.

Po godzinie zjawił się u pana inżyniera Z. mały rudy Żydek. Goście już byli w salonie. Rozległ się dzwonek. Pan inżynier pobiegł pośpiesznie do korytarza. W drzwiach stał mały rudy Żydek w smokingu i cyklistówce.

— Pan do kogo?

— Pogotowie brydżowe.

— Pan?

— No co się pan dziwi?

— Myślałem, że może jest ktoś okazalszy. Nie było kogo innego?

— Ruski oficer i mamy dwóch byłych ziemian też, ale oni byli już wcześniej zamówieni. Pan szanowny się spóźnił.

— Ale w brydża pan gra dobrze, co?

— Nie. Ja nie umiem grać w brydża. Jestem szachistą.

— No to czegoście przyjęli obstalunek i czego mi pan głowę zawraca?

— A co? Klienta tracić?

— Co ja teraz pocznę! Cholera jasna!

— Nic się pan nie bój. Ja mam takie zdolności do gier, że zaraz grać się nauczę. A może goście w szachy zagrają? Piękna gra... Ja nauczę...

— To już bezczelność!!!

— Co znaczy bezczelność? Niech się pan namyśla. Zagramy w szachy?! Nie? Już i tak przyszedłem. Daj pan zarobić.

Wytworny pan inżynier Z. nie wytrzymał i zrzucił ze schodów dziwnego przybysza, za co sąd grodzki skazał pana inżyniera na 20 złotych grzywny.

Podczas rozprawy sędzia, zaintrygowany dziwnym tłem zajścia, zwrócił się do poszkodowanego.

— Może mi pan wyjaśni, co to za pogotowie brydżowe?

— Ja nie wiem — zeznał zapytany. — Jestem subiektem28 w sklepie korzennym u kupca Fulkensztajna. Przychodzi do mnie mój szef i mówi: „Panie Aron, pan jest szachista. Jedź pan, zarobisz pieniądze, bo jakiś wariat chce grać w brydża i nie ma z kim. Płaci po siedem złotych pięćdziesiąt za godzinę i jeszcze sam się narzuca”. Tłumaczyłem kupcowi, że nie gram w brydża, ale on powiedział, że jak się ma smoking, to już wystarcza, bo w szachy tacy państwo także chętnie zagrają...

Goście i gospodarz

— Proszę wysokiego sądu, żadnych tam uporczywych wybryków nie było podczas nocy. Dom otwarty prowadzę, gości czasem przyjmuję, a dozorca poszedł po posterunkowego tylko z tej złości, że go na zabawę nie zaprosiłem...

— Ja bym do takiego łachudraka nigdy na wódkę nie przyszedł — przerwał dozorca, który znajdował się w sądzie w charakterze świadka.

— Więc podsądny nie przyznaje się do winy?

— Nie, proszę wyskokowego sądu, bo to było tak. Goście jak goście... Przyszli. Wódkę przynieśli. Nieznajomych naprzyprowadzali. Żona gramofon nakręciła. Rebeka29 i Twe serce30 odchodzi. Ci, co już swoją butelkę wypili, do tańca się biorą. Ja sam nie tańczę, bo i kulawy jestem, i baczenie muszę dawać, żeby mi czego nie ukradli... Szczególnie uważam na figurki, co na kredensie stoją i faktycznie swoją cenę mają, ale także samo na budzik zerkam, który na stoliczku, pluszowym serwetem przykrytym, koło naszego łóżka swoje miejsce ma i rano okrutnie dzwoni...

— Proszę się streszczać.

— Jak się mam streszczać, proszę wysokiego sądu — kiedy patrzę, a tu pusta serweta na stoliczku. Budzik znikł i nie wiadomo kto wziął. Tańczą wszyscy, jakby nic się nie stało. Wołam żonę, ale ona akuratnie w łubikacji siedzi zamknięta, więc sam do rzeczy się biorę. „Kochane goście — powiadam — budzik żeście mi zwędzili, to teraz nijakiego tańczenia nie będzie, tylko rewizję przeprowadzimy we własnym zakresie”. Goście ucieszyli się i dalej tancerki swoje rewidować. Ktoś nawet światło zgasił, no i trochę krzyku się zrobiło...

— Dobrze, ale w protokole jest napisane, że na schodach goście płytami gramofonowymi się bili.

— A tak. Bo ja światło zapaliłem i powiadam: „Ubierajcie się i sam rewizję zrobię, to bez obrazy moralności budzik się znajdzie”. Tak też zrobiłem, a budzika nie ma. Natenczas żona z łubikacji wychodzi i pyta się co tu zaszło. Powiadam: „Budzik ukradli, rewizję robię”. A ona: „Dureń jesteś, sama budzik do łubikacji właśnie schowałam, żeby kogo nie znęcił, bo błyszczący jest bardzo”. Wtedy goście honorne się zrobiły i mówią, że świnia jestem, bo niewinnych podejrzewam. Zaraz też żonie nawymyślali. „Podejrzliwa — powiadają — zabawę zmęciła”. Potem i mnie, i moją żonę za drzwi wyrzucili, krzycząc, że z takimi gospodarzami bawić się nie będą. Drzwi zamknęli, gramofon nastawili i tańczą. My się dobijali, bo mieszkania żal nam było, a oni wtedy drzwi otworzyli i różnymi płytami i poniektórym mebelkiem w nas rzucali.

— Jak się nazywali ci goście, którzy rzucali?

— Nie wiemy, proszę wysokiego sądu, jeden miał Felek na imię, ale już go nożami na Solcu31 porżnęli...

— I co było potem?

— A, no utańczyli się. Gramofon ze sobą wzięli i poszli, a dozorca pana posterunkowego sprowadził.

Sąd grodzki skazał podejrzliwego gospodarza pana Mariana Pyszała na trzy dni aresztu za uporczywe zakłócenie nocnego spoczynku sąsiadów.