XII. Więzienie nad Ładogą

Tam, gdzie spotykają się ze sobą burzliwa jak morze, bezbrzeżna jak morze Ładoga535 i Newa536 — rzeka tętniąca falami jak arteria krwi pod sercem olbrzyma;

tam, gdzie dawniej dzikie ludy walczyły ze sobą, potem drużyny Nowogrodu i Moskwy ze Szwedami, gdzie „tysiące mężnych poległo, pokrywając pole, na którem nie można zasiać kartofli” — jak mówi stary Wil Szekspir —

tam, gdzie miejsce tylko dla żerowiska czarnych kruków — kiedy z chmur wichurą gnanych zlecą na ziemię, niosąc w dziobach krwawe ochłapy;

tam gdzie jedynie śmierć powinna by zamieszkać na skalistej wyspie, strzegąc Hyperborejskich krain, gdzie są ciche i cudowne noce białe latem i obłędnie tragiczne zorze borealne, jak zjawy anhellicznych duchów, wśród ciemnościowej męki tego piekła — —

tam forteca o grubych, niskich, żółtawych bastionach,

potworny krab, zrodzony przez macicę Ładogi, zapłodniony przez Wicher-Diabła, —

teraz jest świątynią boleści, świątynią dumań straszliwszych niż Chrystusa na pustyni.

W tej wieży Świetlicznej na drugim piętrze męczyła się piękna żona Piotra Wielkiego, Eudokia Łopuchina — oddana najpierw do klasztoru, potem zmuszona oglądać wbicie na pal tego oficera, który chciał ją wyzwolić.

Tu umarła też Maria Aleksiejewna — — — z głodu.

O piętro niżej — w izbie, gdzie jest piec kaflami kolorowymi zdobny — przeminęło niepojęcie smutne życie władcy Joanna Antonowicza, który od 4 roku życia zamknięty w celkowym więzieniu — bez książek innych niż Biblia, bez Towarzyszów innych niż dozorcy — został aż do końca nierozwiniętym dzieckiem; zabity w czasie buntu przez tychże dozorców — bohater smutniejszy niż z Kalderona — „Życie to sen”!

Nie wyliczajmy grozy, nie wyczerpiemy jej opisem!

Nikt nie zna tych raskolników, co tu zamorzyli się — w ciemnych norach: deskami zakryto im drzwi i okna na głucho — i tylko straże „silne i ostrożne”, niemogące słowa przemówić z więźniami — przechadzały się za murem.

Tu reformatorzy zapaleni liberalizmem Katarzyny II, przez tęż Semiramidę północy uwięzieni i nie wypuszczeni, aż po jej zgonie —

kiedy już byli żyjącymi trupami (Nowików, porucznik Krieczietow).

Tu pierwszy konstytucjonalista rosyjski, kniaź Golicyn umarł.

Tu zamknięci bywali potworzy okrucieństwa i tyranii, jak zwalony wremieńszczyk Biron...

W najniższej kondygnacji, pod niskim beczkowym sklepieniem — gdzie nie było podłogi, lecz zmarzła, wiecznie wilgotna, zapleśniała ziemia — męczył się Mason Polski, major Łukasiński537

cichy, głęboki myśliciel, chcący przeobrazić ducha narodowego w lożach, wznoszący przedziwne dla serca ludów katedry.

Po 11 latach męki w fortecach polskich — zapomniany przez rodaków w lochach Belwederu, kiedy Warszawa upajała się wolnością dni listopadowych 1831 r.

tu został zamknięty — i przez lat 37! żył na tym pokarmie za 3 kop. dziennie miedzią, bo tyle zostawało z płacy na więźniów, kiedy dozorcy więzienni przepuścili ją przez swe kieszenie.

Z głodu cierpiał cyngę538, od której wypadły zęby —

W strachu mroków nocnych, kiedy szatani kręcili się w zamieciach śnieżnych, odprawiając swój Nokturnowy sabat — w pustce tych dni szarych jak dusza pająka,

w trwodze śmiertelnej o rodaków, słysząc jak świstały kibitki z malowniczych wiosek pod górami Świętego Krzyża, aż het — — het — — het w tajgi — —!

Starzec krzepiony tą dziwną jogą, której imię było Polska — nareszcie uległ obłędowi, jeśli można tak nazwać melancholię najgłębszą, gdzie wszystkie myśli kierowały się do wzniesienia z upadku kraju.

Córka nadzorcy więziennego ostatnie dni starcowi umajała troskliwością — —

nie pozwolono mu nawet wtedy widzieć się z rodziną własną. I w tym piekle, nieznanym Dantemu, umarł.

Tu różni rosyjscy myśliciele i działacze w tych „kamiennych workach” więdli, rozkładali się za żywa, aż który „wolą Bożą (!) umarł z długiej choroby”.

Zwykle suchoty i szkorbut, szczególniej dla tych młodzianków po lat 17...

Tu Bestużewy539, tu Kiprskij, tu starszy i młodszy bracia Rajewscy —

z nich jeden w obłędzie oddany pod dozór krewnych.

Tu spełniano wyroki śmierci.

Kiedy nie był wykonywany akt szubienicy, czytano skazańcowi wyrok śmierci, nakrywali go prześcieradłem, na oczy spuszczali biały kołpak — —

Lecz w tejże chwili, gdy kat miał zaciągnąć pętlicę, nagle zjawiał się feldjeger, który objawiał ułaskawienie: zamiast śmierci, wieczną katorgę —

Iszutin540 odszedł spod szubienicy obłąkany — i obłąkany żył już w mogile więziennej.

Towarzyszom, pytającym go przed śmiercią, tak mówił syczącym głosem, dziko oglądając się, odmachując od tajemniczych widzeń rękoma:

„Tam straszno — ale nie można mówić — tam żmije okręcają się dokoła mego ciała — wpijały się w nogi, ściskały mi ręce... tam wszystkie strachy... Ale nie wolno mówić o tym: oni słuchają”...

I zaiste:

w każdej celi było maleńkie okienko w drzwiach, przez które zaglądało oko żandarma — nieruchome oświetlone elektrycznością. W nocy krzyk obłąkanego towarzysza.

Tu urząd kata sprawował aresztant skazany na katorgę za 7 zabójstw.

Tu ludzie wieszani patrzyli w niebo, nie chcąc ostatniej chwili skalać wejrzeniem.

Tu jednak żyli myśliciele, którzy rozwiązywali Apokalipsę — Morozow —

i takie dusze, jak Wiera Figner541 lub Janowicz, który przed powrotem do kraju odebrał sobie życie — nie mając siły już zacząć tam żyć...

Nad brzegiem szumiących wód, na skrawku ziemi wśród głazów, za potwornymi murami fortecy — jest cmentarz bez krzyży — bez drzew — bez furty dla modlących się — —

Wrony ostrzą tam swe dzioby —

tam leżą nieboszczyki.


Kapitan Anacharzis542 już przedtem, jako osiedleniec na Sybirze, chadzał z rohatyną na niedźwiedzia, uciekał przez tajgi sam ze swoim psem — przez bezmiary milczących lasów, nieznających odgłosu życia — szedł, nie mając przez tydzień jedzenia ani wody.

Pies wybiegał na kilka kroków naprzód, potem straszliwie znużony, kładł się i wył.

Dziwną grozą napełniały te jęki obumarły las, który na przestrzeni setek mil był spalony — pnie czarne mroczyły się w księżycu, jak wyobraźnią Edgara Poe543 stworzone widma.

Kapitan Anacharzis chciał doprowadzić do końca swą na pół genialną, na pół wariacką ideę —

ustanowić prawo dla robienia wszystkich odkryć i wynalazków.

Znajdowali się sami w półmroku kancelarii.

Żandarm, znużony nocnymi dyżurami i złagodzony monetą złota patrzył przez okno.

Ariaman niepostrzeżenie zaczął się rozbierać i nakazał kapitanowi czynić to samo.

Potem zamienili się odzieżą.

Kapitan się śmiał.

— E, ty jesteś ambitna sztuka — mówił — chcesz, abym ja ci wystawił mauzoleum perennius aeris544! otóż nie — ludzkość o tym nie dowie się nigdy!

Ukończę me odkrycie, strzelam sobie w łeb — i tam się spotkamy —

rozumiesz? nikogo z tej robaczliwej ludzkości nie będzie, lecz my tam usiądziemy, nad przepaściami Jowisza —

i będziemy radować się.

Znasz Herodota tę radość Greków, kiedy zbliżali się Persowie, a ci nie pozwolili skracać olimpijskich igrzysk?... Jakaż to słoneczność...

Więc ostatecznie zostajesz tu? daj łapę. Czyżbyś mnie ty nie miłował? a to byłoby kapitalne odkrycie!! więc ty szukasz tylko pretekstu, aby zniknąć ze środowiska szanownych żyjątek ludzkich?

O, to idź do diabła z twym przebraniem —! —

Ariaman uścisnął mu głowę.

— Jestem twój brat w pustyni?

W takim razie —

żegnaj! —

Dwa wirchy lodowe gdyby nagle się zrosły — od siły zderzenia roztapiając swe lody i buchając strumieniem łez —

byliby to ci dwaj ludzie.

Ariaman tegoż wzrostu ubrany w bałachon więzienny, został sam w kancelarii i cicho trącił żandarma.

Żandarm zbudził się, wybąknąwszy parę słów niejasnych, prowadził Ariamana do celi, na trzy rygle zamknął.

Nazajutrz miał być wykonany wyrok śmierci.

Lecz jako obcego poddanego i głośnych zasług naukowych Anacharzisa Cholewę — ułaskawiono.

Wprawdzie już Wirgili mówił: Timeo Danaos et dona ferentes545.

Ułaskawieniem była katorga; potem już w drodze, zmieniona na Szlisselburg. —

Mówiono, iż któraś zagraniczna księżna, zwiedzając więzienia etapowe, po dłuższej rozmowie z Ariamanem zmieniła katorgę dożywotnią na wytworną mogiłę nad Ładogą.

Spotkało Ariamana to najwyższe odznaczenie w procedurze więziennej: znalazł się między tymi, których zabić dla jakichkolwiek powodów okazało się niewygodnym i niekorzystnym, a należało usunąć na zawsze.

Tak czy inaczej, znalazł się tam Ariaman.

W więzieniu straszliwszym niż zamek Czillion546 zamknął się z własnej woli, czując, że wyrasta w nim Monstrum grożące zniszczeniem światu.

Była raz chwila, kiedy na Maga Litwora strącił skałę, lecz ta w łuku olbrzymim przeleciała nad głową nieruchomo siedzącego w kontemplacji.

Z żądzy niebezpieczeństw zapisał się do szeregu jakichś zamachów. Nagle zbudziło się w nim dwoje Chrystusowych oczu sumienia, kiedy zrozumiał do głębi tę ohydę takiej walki bez najwyższego wewnętrznego uprawnienia. Nie miał on w sobie dialektyki Raskolnikowa, jednakże mając wysadzić jakąś świątynię w powietrze wraz z tysiącem winnych i niewinnych —

wydał na siebie sam wyrok.

I było szczęśliwym zdarzeniem, że mógł z tym połączyć wyzwolenie swego druha.

W murach samotni rozważał swoje prawo do zbrodni i uznał, że ten zagrzebany w kryptach katedry Sewilskiej, który kazał siebie deptać, jako najgorszego z ludzi, był wobec niego Ablem.

Gdyż potencjalność złego w Ariamanie stała się niewymierzalna.

Gdybyśmy mogli teraz przeniknąć za te mury — ujrzelibyśmy wielką, niską celę o beczkowym sklepieniu.

Tam w blaskach polarnej nocy rozmyśla więzień.

— Zgłębiam pojęcie przepaściste jak Gehenna547: niepowracalność.

Wielki Lewiatan ziemi, dysząc, zrodził miliardy pęcherzyków ludzkich, które wirują, silą się dopłynąć słonecznej powierzchni — — rozkładają się na węglowodór itd.

Pomnę, kiedyś, gdy mi pewien rabin żydowski z pianą mówił, że gdyby Chrystus żył teraz, należałoby Go ukrzyżować —

ja wtedy, biały, dumny Templariusz, stanąłem nad duchem tego rabina, świecąc mocą rycerza Świątyni Bożej. Rabin wyznał mi, że nocami lęka się sypiać — lęka się iść w ciemności teraz do domu — żyje on bowiem zawsze nocą w jakimś piekle.

Chrystus był mi najbliższym: słońce mogłoby zgasnąć, mnie byłoby z Tym mrokiem jeszcze jaśniej; ziemia gdyby zapadła w niewiadomą otchłań, ja mogłem jak Szymon Stylites548, na jednej kolumnie stać, mając dokoła przepaście...

Ile skrzydlatych mar runęło już — godnych obcować z Nim na Ostatniej Wieczerzy, równie jak wstąpić na rydwan słoneczny Hipariona549...

Niepowracalni...

— Jam więzień zamurowany w najciemniejszej celi.

Newa szumi nade mną; na mojej pościeli

gryzie szczur resztkę chleba. Tam krzyk — to ludzie wieszani! —

Widzimy: nadchodzi diabeł, ubrany w szaty z Nocy Polarnej w błękity, w mroki i w srebro; gra mu tak rzewnie jak słowik nad mogiłą narzeczonej; tak wspaniale, jak wycie jesiennej burzy tu nad Ładogą... Instrument muzyczny jego tworzy kombinację wioli z mandoliną, jak miewają mieszkańcy zaświatów portretowani przez Fra Angelica.

Dziwną serenadę gra diabeł.

— Zakwitła raz w ciągu istnienia

palma Kariota;

sto lat czekała miłosnej ofiary,

aż w kwieciu, lito-złota,

miłości nieziemne czary

z miesięcznym blaskiem przeżywa wśród burz rozmodlenia!

—————-

Miną raje kwitnienia.

I stoi, jak Isztar550 w podziemiach, obnażona!

Gałązki jej, jak zeschłe łzy.

I wiecznie zda się, kona...

I w mroku wiecznym zwątpienia

upiorne ją męczą sny...

Jestem tą nocą majową nieco wzruszony, gdyż doprawdy:

— W więzieniach moich są cedry Libanu,

ptaszki świegocą, jak strumyki gór —

nie mogę przejść przez ten mur,

co mię oddziela od szczęścia — i żyję podobien szatanu!

Na te ostatnie słowa swe diabeł ironicznie wprawdzie, lecz surowo mierzy go od stóp do oczu — i rzekł mu głosem okropnym, wychodzącym jakby z trumny pogrzebanej pod podłogą, lecz tak mocnym, że zadrżały sklepienia:

— Mogę przejść ten mur — lecz tam nie czeka mię królewna z pieśni nad pieśniami551.

Ja — król omamień i arcymistrz demonicznych perspektyw: udaję, że łańcuch dla mnie zbyt mocny.

Nie, tamta góra magnetyczna jest w gruncie rzeczy tylko Grünes Gewölbe demonicznych fatałaszek.

Jestem więc mądry, mędrszy niż całe istnienie.

Dałem się tu wraz z tobą zamknąć w więzieniu, aby móc tęsknić — choćby za wolnością... Najgłębsze chowam dla siebie... pustynie me starsze są niż całe istnienie! —

Przypomniał Ariaman z dawnych legend średniowiecznych, że Diabeł sili się wywołać stan pychy —

a za ten jeden jej włos gotów zawlec, aż na ostatnie dno bredzącej halucynacji.

Więc wzruszył ramionami, nie chcąc stać się rzeczywistym tajnym diabła spowiednikiem — i myślał o ludziach rzeczywistych:

(bowiem, gdy wykopano dół i wbito dwa słupy — i mieli rozstrzelać skazańca — on sam podszedł do słupa, objął go rękoma i gładził, jakby żegnając się z nim)

tak i diabeł w braku zaświatowej istoty, więźnia uczynił swym spowiednikiem.

Diabeł, widząc zdradzonym swój zamiar wydęcia mary nadczłowieka, zmienił się nagle w muszkę brzęczącą, chcąc wyrwać z zadumy.

W brzęku jej skrzydełek usłyszał wszystkie tchnienia letniego wieczoru —

i zdało mu się, że wszedł w mroki litewskiego dworku pod zasłonę, gdzie kryje się sypialnia i czeka w ciemności tajemniczej przed walką gorąca, radosna i umiłowana o nagim, gibkim pod koszulą ciele. — Teraz spojrzał płomiennym wzrokiem w Diabła:

— Tu gra na wioli, ukradzionej z nieba,

zły duch — przecudne szaty na nim tej Nocy Polarnej:

błękity i mrok głębin — srebrzystość, jak Feba552,

niosącego w pomroku blask czaszy ofiarnej!

Widzę, że wykopano dół i wbito dwa słupy;

mają rozstrzelać Nestora Mignejszwili,

On podszedł sam — i jakby maszt tonącej szalupy,

objął rękoma ten słup, i gładząc, żegnał... Ha — zabili!

Nie spocznij, muszko, na mym czole!

wichrze nie przynoś mi tchnień!

niech się rozpostrze nad ziemią wieczny cień —

niech Myśl zejdzie w tę czarnych królestw mych niedolę!

Żaden owad, który wchodzi w głębie Nepenthesu,

ćma, zaczepiona w rosiczki łzawnicach,

nie jest tak pogrzebana — żaden brahmanin Gangesu

tyle swej krwi nie wylał, co ja w mych świątnicach!

Nagle szatan otoczył go podzwrotnikową rozszalałą roślinnością — i oczywiście chciał mu przez to wykazać, że mógł całe to królestwo fantasmagorii oddać, jeśli wyrzeknie się atawizmu: iść z narodem — i w rezultacie, jeśli z Szlisselburga uczyni Zamek marzeń.

Lecz za przykładem Mistrza kuszonego na pustyni Ariaman odpowiadał wciąż milczeniem.

Toteż diabeł wkrótce sam złowił się w swe sieci, widocznie czując się księciem wschodnim, mówił, klęcząc przed ścianą, którą brał — ach, za wejście do świątyni miłości w Josziwarze553:

— Lilie czerwone Japonii

me serce, zamienione w pagodę rozpusty,

mirty dziewic, wycałowane bezśmiertnymi usty

aż do obłędu — w agonii!

Ładoga groźnie wciąż huczy nade mną,

w burzy — widzącej mrocznych mórz Arktyki!

Schodzę w otchłań serc moich, wiekuistnie ciemną,

gdzie jest mogiła i napis: Tu leży Walmiki554!

Nieukrywane było zdziwienie na mądrej skądinąd twarzy diabła, gdy usłyszał to ostatnie swe wyznanie, w którym z lekka uchylał lub raczej dawał się domyślać, że ten obecny numer więzienny jest twórcą dawnej indyjskiej Mahabharaty, i że wcielił się teraz w więzienne milczące jestestwo.

I co więcej, że ma tyle serc, ile paw ma oczu w swym chwoście tęczowym.

Zamyślił się ów mieszkaniec kręgów zatracenia pod księżycem i rzekł, z tą złośliwą pedanterią warszawskiego krytyka, który był wielbicielem komuny i Jarosława Dąbrowskiego555, a potem dla przymilenia się baronowi de Mangro, podającemu dwa palce mu na raucikach partyjnych — gotów pisać anonimy przeciw wszelkiej indyjskiej, albo li polskiej Mahabharacie!

— Ja Tobie zaprzeczam: ty nomier Tridcatyj556, jak możesz być Walmiki?!

Na takie brutalne, zbyt długie już, naigrawanie, Ariaman przygotowany nie był. Uderzył pięścią w miejsce, gdzie złociły się dionizyjskie różki diabła — i on runął wzdłuż kamiennej posadzki, błagając o dalszą cierpliwość.

Lecz Ariaman płakał.

Płakał szalejącymi łzami, że to wszystko jest takie nędzne i że nie ma już żadnej Świątyni, którą by mógł wysadzić w powietrze...

Nie wyszło mu jednak to zbytnie wzruszenie na dobre, bo skorzystawszy z leżącej pozycji Mroczna Zmora wystąpiwszy ze ściany, owładnęła nim — wspaniała zaśmiertna o szerokich biodrach i pasie miłosnym z rubinów, Messalina557 północy.

I śpiewał nad nim, leżącym, diabeł:

— Ja na zimnych granitach obejmuję ciało

cudownej wizji, lecz upiór północy

miażdży mi głowę łapami, i nad mroczną skałą

pisze me imię wśród duchów niemocy!

Chciałbym iść z Tobą wśród pustyń Tybetu,

i wstąpić w żądz Twych święte osokory558.

Nad mrokiem świata jestem księżyc chory

i dobywam, jak Hamlet, dźwięki — z męczarń moich fletu!

Mroczna Zmora odjęła swe olbrzymie skrzydła.

(o nędzo upokorzenia, siedziała więc na muzyku nocy polarnej okrakiem ta Wiedźma?)

Nagle ujrzał postać diabła, jaśniejącą wytartym czołem tryumfu i znów mówił z pewną protekcjonalnością, jak zawsze mówi diabeł, nawet kiedy się spowiada:

— Z towarzyszami piekielnymi porozumiewam się wybornie przez kanał kanalizacyjny ludzkiego jestestwa, po kilka godzin deklamując im swe poematy... Czemuż więc nie użyłbym tej zuchwałej, lecz istnie dantejskiej obrazowości, gdybym rzekł:

— W więziennej pustce wyzywam upiory,

mówiąc me wiersze przez rurę.... trzech zer...

Zagląda w me okno jedlina bez kory...

W czarnej Ładodze świeci księżyc chory,

i ze mnie, jak z fletu, dobywa pieśń — więziennych sfer!

I szydził diabeł:

— Uczyniłeś gest Apollina, który w jednej osobie zjednoczył kobietę i mężczyznę, w harmonijnej boskości mrok i świty, Wiedzę i Letargiczne Sny...

Napiąłeś myśli łuk adiamantowy, łuk nieznający drżeń, łuk posyłający śmierć wszelkiej konieczności...

(Teraz jest chwila, kiedy przekracza Ariaman zaklęte koło swego przeznaczenia: teraz wykuwa swój los. Wychodzi z zamku marzeń. Wkracza w najgłębszą rzeczywistość: odwiecznej kosmicznej Jaźni...) — — —

I stała się cisza tak niezmierna, nawet diabeł cichaczem się wyniósł.

Z mrocznych kątów idą długie korowody ludzi sponiewieranych i nieszczęsnych. A tam jak Harpie — widma tych, co zginęli w wybuchu straszliwym sklepień pod świątynią... Wyzwolenia — — !! Cyt, przyszli nie z zemstą, lecz jakby do druidycznego kapłana, odmówić wieczorne pacierze:

— Nocy czarna, która idziesz nad wodami

i zamieniasz je w srebro pełne błękitu,

módl się za nami

bośmy jak brzoza moczarna,

która widzi odbity w mogile blask swojego szczytu...

Módl się za nami!

bo wszelka dusza kona, jak my — pośród gwiazd bezmocy!

Tam płynie Wolność, jak dzikiej Imatry

nurt — tam kwitną żądze, jak lilie czerwone,

tam orły znowu na Kaukaz i w Tatry

lecą — po jasną rozświtów koronę!

Umrzeć — tak ciężko, kiedy was wieszać będą w imię Chrystusa — módl się, o Nocy, za was — mądra, straszliwa, wieczysta!

— — — —

Białe omdlewające, niemające swej widzialnej przyczyny światło zalewało całą przestrzeń, gdzie był zamknięty. Nad nim huczała Ładoga.

Słuchał fal, jakby potwornej kroniki ludzi umęczonych.

Światło to było już jak owa miłość, w której mieszkając, mieszkamy w Nim —

ale tu nagle wymówił imię, które zawsze wywołuje przez kontrasty echa — mroczną, nawiedzającą go teraz często, postać szatana.

I zrozumiał naraz przecudne słowa:

„Zwyciężyliście go, gdyż większy jest Ten, co w was jest, niż ten, co na świecie559!”


Minął rok — za kratami żelaznymi. W szmat zimnego błękitu spoglądały nie tęskniące już za niczym oczy. W celi szarej jak dusza pająka świecił wciąż równy znicz — tatrzańskiego Jogi.

Mur okna, gruby niby w zamczysku, cisza przerażająca i rozskrzydlenie najgłębszej, najwyższej nadziei.

Obłoki płynęły; czasem w mroku śpiewały błyskawice; wygwiażdżone niebo jedyną było przechadzką.

Ariaman miał jednak towarzysza Morozowa. Z celi rozmawiać przez wypukiwanie nie było możliwym: wojłoki tamują, tudzież zbyt gruby mur.

Więźnie rozmawiali ze sobą, — jak o tym świadczy w swym pamiętniku panna Wolkensztein — przez rurę kanału, gdzie rezonans był wcale dobry. Ariaman opowiadał o Tatrach, Morozow opowiedział swój wykład Apokalipsy.

Były to objawienia dla każdego z nich.

Morozow zamknięty w wieku bardzo młodym, przyrodnik, dostał dopiero w końcu roku Biblię po francusku. Lektura, nie dość zajmująca dla wolnodumcy560! lecz umysł badawczy umiał się zainteresować. Wyrozumiał astrologię w Symbolu Panny, która gniotła węża, zrozumiał strzelców niosących śmierć. Data określić się dała bardzo dokładnie, na r. 395. Autorem był niewątpliwie Jan Chryzostom, który tu na wyspie Patmos obserwował zaćmienie słońca, a trafiła się nadto burza.

Tak więc w księdze morza i gór wyczytał Jan swe Objawienia! takie tłumaczenie bardzo przemówiło do Ariamana, jako żyjącego zawsze morzem, obłokami i piekłem.

Czasem odzywała się potrzeba naukowego zajęcia. Karafka rżnięta posłużyła mu do badań nad spektrem i dzięki tym rozmyślaniom odkrył nowy sposób fotografii barwnej i zmienił teorię Helmholtza561.

Zasadniczo jednak Ariaman czas więzienny zużywał na ćwiczenia w Jodze.

Poczynił w niej zadziwiające odkrycia i ogarnął niebywałej rozległości krainy.

Księżyc, niby Mag Litwor — Hermes Trismegistos wiódł go w tę przepaść, z której mógł się już dotykać duszy wszechświata, lecąc jak Sindbad żeglarz na Niezmiernym ptaku Roku.

Jednej nocy zaczęła w nim śpiewać wielka:

INKANTACJA

Niech Orzeł z gór Kaukazu, który żywił się wątrobą i sercem Prometeusza —

tu przyleci, skrzydła rozpostrze nade mną.

Tu, w dolinach mrocznych, niemających światła, wśród których żyję.

Tu jest pustynia, bezbrzeż samotnych myśli, przewiercających Kosmos — w jednym ogromnym Lucyferycznym Malsztremie Buntu.

Na cmentarzu więziennym rosną młode, żółte kwiatuszki na grobach — potworna żmija zwinęła się w czerepie, sycząc przeciw słońcu.

Nadziemny Orle, przyszła godzina północy, wyszedłem z katakumby więźniów umarłych —

oczy moje zagatowiały od widoku, którego nie opisze mowa życia.

Zaiste, serce moje wije się, jak chmura pełna piorunowych dreszczów —

otchłań piekieł staje się jawą —

patrzy we mnie wzrok straszliwego Władcy gór, Króla Wężów.

Nad wielką mogiłą czaszek rozległa się krakanie kruków i głos umierającego na krzyżu.

Eli-Eli-lama sabachtani562?

Ale głos Króla Wężów wzywa mnie, bym leciał na góry najwyższe, na lodozwały oświecone w gwiazdach,

skąd widać bezmiar Oceanu, niby misę wydrążonego turmalinu —

wyżej!

Gwiazdy zieją ogniem kosmicznym w nocach wieszczych nieodgadnionych —

a tam —

kometa, wędrowiec wieczny, dąży w pustynie, by wieścić samotnemu Złemu Myślicielowi epokę zagłady dla żyjących na ziemi...

Teraz mówię do najwyższej woli mej — wzleć wyżej! do rozżarzonej wulkanami myśli mej — wyjdź z labiryntów!

Ty Orle, szum Twoich skrzydeł, niby Ocean huczący, unosi mię, zamiast poszarpać, — płuca me napełniają się ambrozją dzikiego, świszczącego powietrza, które jest naelektryzowane Zorzą.

Unosisz mnie pędem krążącym, jak myśl nagłym — nad krainą Rosji — i aż na wielkim Meru, rozpostartym niby ptak nad krainą lodów, nad indyjskimi lasami zachowanymi w dolinach Turowego Rogu, nad morzem Pratatr, gdzie świecą wirchy, niby rubinowy korowód mnichów modlących się przed bogiem swym, Królem Wężów!

Tu powietrze niewchłonione nigdy piersią śmiertelnika, poi mię, nakarmia i ekstatycznie rozognia myślami!

Nadziemny Orle, uniosłeś mię, abym wśród tych gór najeżonych tajemnicami budował świątynię wielkiego przebudzenia — jaźni narodu polskiego.

Jeśli Szatan ni Bóg nie mogli kałuży życia przeobrazić: Ten w Królestwo Boże, tamten w Wielki Pałac Diabłów; w imię pierwsze tylu już umarło; w imię drugie — tylu wciąż naradza się do nowej potwornej imprezy —

jakie mam prawo to uczynić?

Jaźń moja wydaje się mi studnią, do której wejście zasypała ręka Nieszczęścia —

a nad tą ciszą morską postawiła dla ironii pół dysku słońca, które zapadło już w morze, lecz łudzi mirażem swym, że jeszcze świeci — —

jeszcze tańczy na wzdętych, olbrzymich, beznadziejnie huczących falach: słońce — Polska!

Mam już oto swą moc odzyskaną — moc twórczą, która narodziła całą tę ziemię — i teraz władnie563 wszystkim.

Teraz wyjdę już z więzienia — nie tylko mą duszą, płonącymi skrzydłami rozmiatającą wszystkie okowy i klatki —

chcę wyjść stąd z całym Królestwem mej krwi i urzeczywistnienia!

Zapaliłem już w sobie światło i mam wszystkie już drogi otwarte.

Widzę wzrokiem telepatii w sprężynę zwinięty stalowy włos, który ofiarowała Łukasińskiemu starcowi modląca się doń córka dozorcy i włożyła w mur.

Lecz mędrzec nie chciał już wracać do — Polski!

Gdyż wśród polskiego moczaru — on nie znał tej wyspy, która jest Turowym Rogiem.

Tu w wyżłobieniu nakreślił ostatnią swą modlitwę:

„Jest w górze, coś, co miesza plany śmiertelników”.

— — — Przepiłowuję kraty!

Czynię to szybko i z mocą niezrównaną. Po godzinie pracy uważnej — widzę czarną toń Ładogi.

Daleko — het — miga wśród nocy latarnia morska od brzegu Oneżskiego.

Tu bliżej mnie, czernieje w lazurowej poświetli564 księżyca — brzeg.

Tam — płynę! — — — — — — — — — — — —

Nie zdążył jeszcze nagi Ariaman wyskoczyć przez okno.

Rozległ się szczęk otwieranych zamków, dwóch żandarmów i klucznik rzucili się ku oknu, gdzie ujrzeli raz pierwszy kwadratową przestrzeń okna, usianą gwiazdami.

Wystrzały karabinowe.

Odpinane łodzie — zbudziło się naraz całe więzienie.

Morozow ze swego okna daremno silił się ujrzeć Ariamana, gdyż to że on był, nie kto inny — to wiedział.

I uśmiechał się, myśląc o tym jogi silniejszym niż tury w Puszczy Białowieskiej, mającym w sobie więcej instynktu życia niż niedający się nigdy podejść ani zranić Morski Wąż.

Ariaman, wychynąwszy z fal, ujrzał nad sobą nisko obłoki śniegowe —

nad wodą w cudownej tęczy księżycowej przelatywało skrzydlate widmo aeroplanu, niby czarny, na zbrzeżach tęczujący wampir.

Baron de Mangro nisko nad wodą kierował powietrzny statek. Obok niego Zolima.

Obserwowali niskie, przysiadłe, jakby potworny krab, bastiony forteczne.

Zolima bowiem miała chęć ujrzeć więzienie, gdzie siedział niedawno jeszcze Łukasiński.

Zolima ujrzała rozchyloną kratę.

Ze zdumieniem zauważyła człowieka, który rzucił się w głębiny i płynął.

Usłyszawszy wystrzały karabinowe, prosiła de Mangra, aby zechciał uratować więźnia.

Lecz baron de Mangro, z trudem zmuszający się do patrzenia na więzienie, teraz za skarby wszystkich Golkond565 miłosnych nie chciał przyjąć katorżnika.

— Mam wstręt fizyczny, rozumiesz mnie — mówił, szybko nakręcając ster w stronę nadobłoczną, a motor nastawiając na 200 kilometrów na godzinę.

Zolima miewała swoje wspaniałe wybuchy.

Poczuła się naraz wyższa o wiele kondygnacji od tego, który miał wstręt fizyczny do takich katorżników...

Wstrzymała dłoń barona.

Statek musnął powierzchnię wody.

Twarz Ariamana patrzyła w lico kobiety.

Był to wzrok bez nienawiści — nieopisane zdziwienie malowało się w nim. Wyniosła duma człowieka, który naraz pojął, iż on, tonący w polarnym zimnym jeziorze, jest możniejszy niż tych dwoje unoszących się w aeroplanie nad światem.

Wzrok jego i Zolimy zwarły się z sobą, jak niebo ze ścianą granitu.

Zolima, pochylona tuż nad twarzą płynącego, wyglądała na Salome wpatrującą się w misę z głową św. Jana.

Miałaż ją wybawić z błąkań piekielnych, czy miała pogrążyć na wieki w toń?

Nie wyciągnęła ręki, jak bóg Wisznu z lotosem —

nie pogrążała szponem w toń, jak Charybda — zwróciła nieznacznie wskazówkę motoru.

Zabić można duszę tylko nieznacznym gestem.

Wysadzić w powietrze można skałę olbrzymią tylko nieznacznym pociśnięciem elektrycznej baterii.

Byłoż to ukazanie obcości większej niż ta, która dzieli gatunki dwóch zamieszkałych planet?

Lecz te przynajmniej karmią się z jednego słońca!

Aeroplan wzbił się jak pocisk w górę, zasłonił jezioro obłokiem śniegów.

XIII. Kluczenie w ciemnościach

W księdze nizin życia ludzkiego tajemniczym kluczem, który wszystko rozwiera: samotność Kaina czy Wieczerzę Ostatnią, jest, jak wiadomo — owo kraśne566 jabłko Wiecznej biodrochwiejnej Hewy.

W Nietocie — zali mamy wybierać punkt widzenia podobny — będący bez wątpienia odblaskiem gyneceów567 zachodnich?

Jak bryzg wody, padający na rozpalone do białości jezioro ze stali w hucie — nim doleci, rozdmuchnie się w najcieńszy pył — tak w Ariamanie materiału już nie było na minstrela.

Ariaman, w kosmicznej Miłości żyjąc, podobny bogu indyjskiemu o tysiącu rąk, który symbolizuje życie lasu i życie pustelników, i życie tygrysa, i życie fali, i życie promienia i życie lodozwału —

Ariaman niepokalany, choć zanurzony w namiętnej miłości, nie był zwykłym aberratem, wybierając za Sezam dla swych życiowych skał Zolimę.

Musimy z obowiązku kronikarza znów zalecieć aż do Ładogi i do owego czasu, gdy aeroplan zniknął z oczu ostrzeliwających go fortecznych sołdatów — podczas gdy Ariaman, płynąc nurkiem z siłą morsa, rządził się w absolutnych mrokach jeziora tylko instynktem kierunku.

Musimy wszystko zobaczyć aż do głębi.

Musimy więc i zrozumieć nareszcie, co zachodzi między Mangrem i Zolimą tam w nadziemskich wyżynach.


— Zolimo — rzekł spokojnie baron de Mangro — cieszy mnie, iż zrozumiałaś to prawo życia: nie trzeba nigdy poniżać się aż do tych, którzy mają bezczelność być niezależnymi od Wielkiej Kultury bogactw i użycia. Mimo to, najlepszy most, po którym się dochodzi na wszystkie brzegi, jest most z ludzi serca.

— Wyglądasz jak Apollo — odrzekła Zolima — lecz umiesz być zimnym, jak Szajłok.

Wykazujesz swą praktyczną mądrość, a ukrywasz drogi przebyte, które ci dały tę pająkową wiedzę życia.

Teraz zdajesz egzamina we Fryburgu, aby stać się cywilnym księdzem. Masz jakieś wielkie zamiary, idąc przez Rzym.

Powiedz mi, kto ty jesteś?

Gdy buduję na twych napomknieniach, pochodzisz z rodziny cesarskiej Habsburgów, lecz z matki Polki emigrantki; bywasz teraz na dworach królów, dokąd cię pociąga tradycja krwi.

Wprawdzie ktoś twierdził, że widział cię jako policjanta lat temu dziesięć w tumulcie ulicznym?

— Opowiadali ci jeszcze moi sykofanci568, że posiadam za sobą okres kolonii karnych?

Kim jestem, sama siebie zapytaj! — rzekł z cichą, szlachetną prostotą de Mangro.

Jestem geniuszem, który nie ma pokrewieństwa, ponieważ nie chcę się przyznać nawet do rodzin panujących;

jestem zwycięską wolą, która umiałaby się wznieść z warunków nawet więcej niż ordynarnych. Lecz mię los przed nimi ustrzegł.

Wykształceniem mym kierował pewien starzec w klasztorze koło Glogau — a teraz idę na wodza, aby mieć duszę kraju w swym ręku.

— Czemuż tak powłóczysz nogą, chodząc?

— Jak fetysz mongolski, jak okrutny bożek Batyja569 i Zoroastra570 — rzekł niezbyt silny w historii baron — męczysz mnie.

Gdybyś mogła, przytroczyłabyś mnie do siodła lub nawet zaparzała pod siodłem, na sposób kałmucki.

Lecz otóż ja daję ci dowód, że kocham w tobie właśnie twą tradycję pustyni Szamo571.

Niegdyś horda — potem zginacie królów przed waszym strzemieniem.

Wytępiliście owoczesną kulturę, z miast zostawały ruiny; karzecie ludy za jakiś tajemniczy grzech ludzkości!

W tym odnajduję nasze powinowactwo.

Wychodzę z ruchomego, czyli, jak mówili w Egipcie — z wnętrzności małpy. Chcę zaś stać się jedynym i niepodzielnym władcą Polski. Chcę założyć me królestwo szerzej niż Bolesław Kędziorowaty, chcę walczyć o me prawa tężej niż Zygmunt Walezjusz572.

Polskę tworzę nowoczesną i silną: „podłą, karczemną, chytrą, pełzającą” — powiedziałby pan Mickiewicz. Ale trawiącą, odpowiadam, zamykając dyskusję.

Wszakże i ten aeroplan nie ja wymyśliłem, lecz ja używam górności jego lotów.

Dla mnie jest narodowym omnibusem.

Korzystając z tego, że egoista książę Hubert potrzebował wstąpić na chwilę do swego pałacu po cygara —

ja wskoczyłem do aeroplanu, który jest jego tajemnicą i wynalazkiem, skoczywszy i nakręciwszy motor zacząłem krzyczeć, że mnie Duch narodu porywa — nie uważałem oczywiście na pięści wyciągnięte Księcia — potem, gdy zniknął daleko, spokojnie zatoczyłem łuk do twego zamku.

I oto jedziemy tout simplement573 w podróż przedślubną.

I przez te parę dni, które jesteśmy razem, czy nie byłaś dla mnie jakby wzniosłą Andżeliką dla pustelnika? a mimo to w ogrodach Szacha widzieliśmy kąpiące się dziewy. Zostawiwszy tę ciekawostkę w haremie, razem omówiliśmy ze Szachem eksploatację irańskich gór na południe od Kaspija.

W świątyni gwebrów574 kupiłaś te prześliczne ametysty.

Tu na północy pragniesz zbadać fizjograficzne warunki dla rozszerzenia komunikacji wodnej i kanałów między północną Dźwiną a Poniewieżem.

Teraz tę wiadomość podbijemy na giełdzie londyńskiej. Co do mnie, jestem dziś w złototwórczym usposobieniu. Jaki jest dzisiaj dzień?

— Niedziela.

— A, jakież fatalne roztargnienie. Przy tobie tak mi czas ulata, szczęśliwi pieniędzy nie liczą, chciałem rzec, iż dla nich czas nie bywa pieniądzem.

Zolimo, muszę ci się zwierzyć, iż pod postacią współczesnego człowieka kryje się we mnie człowiek głębokiej tradycji. Ja czczę religię i cieszy mnie, iż jesteś głęboko, jeśli nie wierzącą, to w każdym razie praktykującą katoliczką.

— Chcesz oprzeć się na księżach, aby zdobyć wpływy w kraju?

— Zolimo, jesteś przenikliwa!

Jest teraz przedświt. Na 7 rano możemy być w wielkiej kaplicy papieskiej z czarnych marmurów, wyzłoconej gromnicami. Tam przyjmiemy razem Ciało i Krew — —

(Zolima patrzyła szeroko rozwartymi oczyma w głębinę).

— W ekstazie, godnej tych, co popierają katolicyzm w Polsce, jak uradują się nasze oczy obrazem mistrza Matejki, obrazem Obrony Wiednia575, który to obraz Mistrz złożył za całą Polskę w darze najmędrszemu Ojcu.

Zwycięstwo podobne jest w nas: miłości chrześcijańskiej nad rozbestwieniem rewolucji.

U znajomego mi kardynała w przecudnym parku ocienionym cyprysami Dorja Pamphili — spożyjemy śniadanie.

W Rzymie też bawi pewien książę z Petersburga, można wiele zrobić przez niego. Wciągnę go do koła Fiołkokrzyżowców — tego cudnego stowarzyszenia, gdzie dozwolone są pociechy bardziej przenikliwe i subtelne niż grubiaństwo zmysłów.

Gdyby mój przyszły ojciec chciał to zrozumieć! gdyby chciał zerwać spółkę górniczą z tym wstrętnym masonem Oleśnickim!

Tego wprawdzie mam już w swoim ręku. Chodzi o to, by mu nie dał pomocy Muzaferid i żeby wszedł ze mną do naszej spółki fabrykantów pruskich.

Wtedy stanę się niepodzielnym władcą przemysłu na całym obszarze Rosji, nie mówiąc już o Galicji.

Teraz więc powiem jasno, czego spodziewam się po tobie:

ja będę rządził sumieniami w Polsce i ja nadam odpowiedni kierunek energii wytwórczej; ty zaś bądź moją różdżką czarnoksiężą, którą chcę macać w ciemnościach.

Nie znam tak dobrze, jak ty, różnych teorii cywilizowanego świata, choć mogę sobie przyznać, mam o wiele potężniejszy instynkt życia.

A teraz pierwszy punkt naszej intercyzy. Wieniec kobiet, który mnie otaczał, zarówno księżniczki krwi, jak przelotne znajomości w Ostendzie i Wiesbaden, petersburskie cyrkówki, jak nasze łowczynie salonowe i rybaczki — te wszystkie nie będą dla mnie istniały, jak dla Księdza.

Ty jednak bądź moją Selene, moją prawą i lewą siostrą. Wszakże spełnił się obrzęd w kaplicy Muzaferidów, znamionujący, iż jedno drugiemu niczego nie odmawia! —

W mrokach nocy błyskała nieokreślona mgławica, pod aeroplanem cicho przesuwały się drzewa.

— Tam jest Petersburg — rzekł w natchnieniu de Mangro.

Wszystkie marzenia swoje można będzie najlepiej urzeczywistnić tam.

Jeśli jesteś znużona, ja mam właśnie wynajęty pałac, gdzie zamierzam utworzyć Międzynarodową Ambasadę.

— Wynieś, baronie, ten kufer z moimi rzeczami. Nie wyrażam nic, co czuję, tracąc wszystko — w duchowym kierowniku.

— Jakże rad jestem — o pozwól, że ci uścisnę paluszki już tam na ziemi.

Nie lubię w rezultacie tej pozy z Ptaków Arystofanesa. Dobrze upatrzyłaś przystań. Sto kroków za tymi drzewami jest elektrycznie oświetlona stacja kolei.

Jestem szczęśliwie na ziemi.

Aeroplan zabierzemy, zwinąwszy go do kufra, gdzie jest jeszcze, o ile się zdaje, dużo wolnego miejsca. Oto postument! —

De Mangro klęknął, pochylając swe plecy, aby Zolima mogła stanąć. Lecz aeroplan wzbił się na wysokość 12 stóp nad ziemię.

Zolima zaśmiała się.

Mangro spojrzał.

Pierścionek narzeczeński wzbił się parabolą i leciał do wody, błysnąwszy jak zatrute ślepie bazyliszka.

W wodzie klupło.

— Co to znaczy? — ryknął Mangro.

— Nie mogę być nałożnicą duchowną człowieka, który musi kompromitować się przewozem rewolucyjnej literatury i ładunków.

— Ja?

— W Persji kiedy pan, baronie de Mangro, szachrował z szachem — ja mówiłam z ludźmi wolnomyślnymi. Ametysty, które wiozę — darem są dla rewolucji.

Ten kufer proszę elegancko i spokojnie zanieść ku stacji, szczególniej, że właśnie idzie tu żandarm i dwaj dróżnicy.

Kufer ma na wierzchu firmę mód nicejskich i pachnie fiołkami.

Trzeba go dostarczyć na ulicę, gdzie jest, baronie, pańska Ambasada, domu 15, mieszkania 8.

— Więc ty — Pani nie jest taka idiotka, jak myślałem —?

Aeroplan stał się podobny już tylko do żurawia, odlatującego na jesień.

Tu baron zaklął tak, że policja, zakazująca na ulicach izwoszczykom576 rugat’sia577 w Moskwie i Petersburgu, musiałaby z wytwornego barona ściągnąć isk578...

— Więc ona mnie tylko sobie rozświetlała? czekaj, odechce ci się robić ze mnie przeźroczę do swej latarni.

Mogę obudzić podejrzenie władzy, iż tu bada fortece pewna panienka...

Do licha, któż wie, dokąd poleci? a jeśli w Tatry, ostrzec Muzaferida? Lecz na to kocha mnie zbyt szalenie.

Wszakże uznaje mnie za jedyną Duszę Dostojną w kraju. Nie mówiła mi tego wprost, ja to jej właściwie wmawiałem, lecz czemu nie miałaby o tyle być mądrą? Co uczynić z kufrem?

Wątroba mi puchnie na grubość ręki! — Muzaferid musi ujrzeć we mnie człowieka, który Zolimę zaraz po ślubie weźmie w krótki szpagat. To nic, że rzuciła... wiele pierścionków taka przerzuci, nim nareszcie będzie zakładać inny pierścień gdzie indziej. Kufer wyślę via zamek Turów Róg w Tatrach. Dołączę te kości po jakimś zwierzątku, które tu na polu wyzionęło ducha. Podobne do niemowlęcia.

To będzie figiel. Wszystkie wieszczki wezmą się za głowę — i z pewnością skropią łzami i będą mi przebaczać.

To ich potrzeba.

Ba, a jeśli Zolima ode mnie żądała dowodu odwagi — i skoro dostarczę kufra tam, ona będzie już czekała na mnie — w tym kufrze zaś jest skarb wtajemniczonych?

Żandarmi! Trochę odwagi cywilnej — teraz lękają się aresztować — naszych — tj. tych — —

Na szczęście szedł tragarz, nie żandarm. Lecz kufra dźwignąć nie mógł. Oddał więc baron tragarzowi pled, kufer zaś niósł sam — jak wiadomo miał siłę niepospolitą, wyćwiczywszy ją przez lat wiele oskardem w koloniach poprawczych.

Kiedy znalazł się już w pociągu, minąwszy stację i żandarmów, salutujących instynktownie przed tak dostojnie wyglądającym panem, wyczerpany padł i zamknął oczy.

— Taka narzeczona! — myślał...


Teraz kronikarz Turowego Rogu nie wie, za kim iść. Niełatwo jest być opisarzem polskich charakterów, które zawsze się rozlatują w przeciwne kierunki, jak stado kszyków579. Gdyby był detektywem, wybrałby bez wątpienia towarzystwo barona.

Sprawdźmy jednak, czy Ariaman, utonąwszy w jeziorze, przestał męczyć swego dziejopisa sytuacjami piekielnymi?

Morozow nie mylił się:

jak wąż umiał Ariaman znikać i być niedosiężnym dla wzroku.

Nurkiem podpłynął pod łódź strażniczą i, trzymając się w zagłębieniu pod sterem, krążył w różnych kierunkach, słuchając rozmowy sołdatów i więziennych dozorców o tym, że trzeba będzie zapuścić sieci i szukać ciała dla doprosu580.

Wtem dał się słyszeć na wodzie szum.

W mrokach nocy migał parostatek.

Pielgrzymka z wielu tysięcy osób jedzie do monasteru Wałaamskiego na wyspach, objaśnił główny Tiuremszczyk.

Ariaman zrozumiał, że zbliża się ratunek.

Silne zaczerpnięcie powietrza do płuc, wyczekiwanie, aż sołdaci zdjęli nabożnie czapki i czynili kriesty581 przed świętym monasterskim parostatkiem —

Ariaman zanurzył się, minął przestrzeń, która oddzielała go od pędzącego parostatku.

Brakło mu powietrza, usłyszał już potężne szumy kół — istna przygrywka młyna śmierci.

Ariaman przerzucił się jeszcze dalej, żeby znaleźć się po drugiej stronie statku.

Parostatek dyszący, straszny, zdał się Lewiatanem; runął nań, falą potężną zalał.

Należało chwycić się dachu, który był nad kołem — i przede wszystkim nie dać się wciągnąć pod koło, gdzie byłby wessany przez szalony wir i zmiażdżony.

Fala potężnie odpycha.

Dach jest śliski, okrągły.

Gwałtowny pęd statku rzucił Ariamana na tę okrągłość, wystającą nad wodę.

Krew napływała do gardła.

Parostatek gna.

Niebezpieczeństwo nie zmniejszyło się.

Grozi nie żywioł ślepy, lecz ludzie ślepi i źli.

Zgolone pół głowy aresztanta, w tłumie zaś pobożnych krąży policja...

Jeśli ujrzy kto, trzeba będzie rzucić się znów do wody i nie wypłynąć raczej, niż dać się zawlec do turmy.

Użyta swoboda buchała fugą szału, wydawała się Bogiem.

Nagle głowa w czarnym kłobuku monasterskim przechyliła się za burtę.

Christos woskriesie582 — przemówił czerniec583.

Ariaman ucieszył się, że Wielkanoc ludzie jeszcze obchodzą, jeszcze wierzą w tę cudowną pieśń średniowiecza.

Lecz ścisnął go ból życia, który mu zimne mury Szlisselburga wyłożyły.

— Nieprawda — krzyknął mimo woli.

Milczenie.

— Hej, bracie, tyś zbiegły katorżnik?

— Rycerz jestem, rozumiesz, niewolniku, rycerz.

— Jestem niewolnik Boży. A ty czyj rycerz?

— Swój.

— Hardyś. Opuszczę ci moją riasę584 i na niej tu ciebie zaciągnę!

Ubierz się — noc zimna.

Ludzie tu śpią i chrapią.

Ciężki jesteś, niech Bóg zachowa. Myślałem, że nie utrzymam. Teraz chyl się nisko i zaraz się odziewaj. Naród przesądny, wzięliby cię za Koszczeja bezśmiertnego lub inną potworę wodną.

Wszyscy śpią.

Chłop na nas patrzy — na ciebie, jakby cię znał!

Położył się znowu, wziął nas za senne majaki.

Ariaman, odziany riasą z kłobukiem na głowie, stanął obok czerńca, który był w bieliźnie.

— Tyś kto jest i czemu taki ponury, straszny? nie pytam. Bywa ciężko.

Mamy przez noc kącik w kajucie.

Rano kupię ci odzież i bilet.

Wtedy wmieszaj się w tłum.

Więc ty naprawdę nie wierzysz, jako Chrystus, który Łazarza wskrzesił, mógł wskrzesić i siebie? Dziwnyś ty człowiek! —

Ariaman milczał, mimo woli twarz mu się rozrzewniła odblaskiem dawnych wiar.

— Widzisz, jest w tobie iskra.

Nie idźmy spać. Opowiem ci nie o czerńcach, bo wśród nas jest mało cnoty. Ale są w Rosji i słoneczni bracia, rycerze, jak ty chcesz mówić, takiej Świątyni Bożej, jaka jest w XIV rozdziale św. Jana.

Jest pewne Bractwo pod godłem Wzniesienia Krzyża. Magnat rosyjski rzucił ambasadorstwo u króla bawarskiego, wrócił do chat, zaczął dzieci wiejskie nauczać, wychowywać.

I teraz żyjemy wielkim bractwem.

Jam u nich księdzem.

Żyjemy z Chrystusem, jak z Ojcem naszym.

Myślisz, że u nas ciemnota? jeździmy też za granicę, znamy Wenecję, Paryż, wynalazki i Nietzschego.

Niektórzy byli na uniwersytetach. Mamy poetów między sobą, malarzy. Lecz wszyscy pracują na roli lub w fabrykach.

Głównie dbamy o to, żeby nas Chrystus kochał — i nasz święty Nauczyciel.

U nas wolność, bracie, wolność ogromna, aż do nieba step! — —

Noc zdawała się Ariamanowi wprost cudowną teraz na wolności!

Skały potężne, pełne świeżych wodospadów Imatry. Dokoła szmaragdowe wzgórza i lasy ciemne, balsamiczne. Noc srebrna, niebo złocące się mimo północy.

W duszy Ariamana kłębiło się dzikie piekło z mroźnych chmur i ciemności podziemnych, jak w Niflhajmrze585...

Czerniec stał opodal i modlił się.

Jego zachwycona, wniebowzięta twarz miała w sobie ten wyraz ze św. Sergiusza, który tak dziwnie oddał Niestierow. Wielka świętość Rosji jarzyła w tych oczach, zapatrzonych w mistyczne dobro.

Ariaman był nieruchomy, lecz ręce boleśnie zaciskał i wykręcał sobie palce, myśląc, że już iść nie może z takimi świętymi ludźmi.


Kiedy Mangro wsiadał na pociąg idący do Petersburga, Zolima ciążyła znowu w kierunku Ładogi.

Wysiadła w parę kwandransów później nad jeziorem z północnej jego strony, obleciawszy przestrzeń dużą jak pół Francji. Aeroplan zostawiła w lesie.

Mieszka w tych krajach ludność fińska, Korjeły.

Wobec niedzieli wyjeżdżali łodziami do monasteru św. Wałaama, otoczonego archipelagiem wysp.

Jechali wesoło, nucąc korelskie pieśni.

Wzięli panią, która zapewne wysiadła z pociągu.

Śmignęły wiosła, żagle wydęły się, łodzie jadą.

Przedświt zarubiniał już obłoki, złotem obarczał mgły, w których spoczywało jezioro.

Boskie napięcie wszystkich zmysłów i uczuć.

Zolima myślała o towarzyszach, których spotka.

O tych dziwnych ludziach, przed którymi drżała Rosja.

Przyjadą tu, jako pielgrzymi.

Na jednej z wysp zrobią zebranie, na którym mają sądzić zaocznie jednego z towarzyszy.

Potem przy sposobności powieszą go lub z brauninga...

Zolima była przez długi czas zachodnio-europejską uczoną; wstąpiwszy na drogę rewolucji, szła nią z całą bezwzględnością.

Aeroplan będzie sprawie wolności służył, sterroryzuje nim wszystkich gubernatorów, wszystkie więzienia...

Broń to najstraszliwsza, bo dotąd w jednym tylko ręku!

Kto wie jednak, czy tylko w imię rewolucji walczy Zolima? czy nie miłowała ona miłością tak głęboką, że tym uczuciem przechodziła w ultrafiolety i absorbcję miłości aż w mrok? tajemnicę swej duszy ukryła starannie przed Kronikarzem Turowego Rogu; poza tym myśli jej są jasne, przenikliwe, jak druty stalowe opasujące świat.

Baron de Mangro jest to kwintesencja wszelkiej nieprawości, lecz ma jeden punkt tępoty.

Zolima zużyje to do celów Partii — czy Miłości?

Łodzie płynęły w rytmicznym chórze wioseł i pieśni półgłosem śpiewanych.

Nie pytał Zolimy nikt, nie zaglądał jej nikt natarczywie w zadumaną twarz, po której ślizgały się: lazur jeziora i myśli brzemienne chmurami.

Dlaczegóż opuściła Ariamana?

Może, iż na Ariamanie ciążył Wyrok Partii?

Może, iż miała uczucie mściwe znieważonej orlicy?

Może, iż przeżyła cały problem matkobójczyni i z niebezpieczeństwem najwyższym wychowuje dziecię w jednej jaskini Tatr?

Zresztą, cóż jest Ariaman na świecie — jest czy go nie ma — będą się dokonywać rewolucje, będą się toczyły olbrzymie, boje miliarderów przeciw milionom robotników... Z dwóch tych ludzi nieporównanie i szczerzej woli de Mangra niż Ariamana. Pierwszy przynajmniej należy do europejskiej kultury i nie cofa się nigdy przed niczym.

Nagle Zolima zdumiona spojrzała na wodę: zjawisko: silna mgła, słońca nie widać — w kręgu potrójnym tęczy rubinowej, zielonej i szafirowej płynie człowiek samotny na łodzi.

Chrystus!

Błogosławi brunatnym wzgórzom lądów — błogosławi lazurowe wody.

Za nim płyną lilie mgieł.

Lecz on zwraca swą twarz ku Zolimie.

Patrzy surowo. Nie przebacza.

— Nie istniejesz — mówi Zolima, powstając z łodzi — zabili cię dawno Strauss586 i Harnack587, rozświetlając ponure królestwo Biblii — wiemy z każdej stronicy przyrody, iż Ciebie nie ma.

Lampę Twą i ja zgasiłam.

Walka musi być sroga, okrutna między ludźmi, gdyż działa w nich ciemne, odwieczne Zło!

Mówiła, lecz Chrystus nie znikał. Modrym już staje się niebo.

Baśniowy lazur jeziora.

Suną mgły, jak flotylla dawnych witeziów.

Pachną tataraki, którymi usypano łodzie.

Mity z kurhanów północnych, legendy i byliny słowiańskie —

ach, to nie Chrystus — raczej Perkun z grozą Majestatu w oczach, ogarniających wszechbyt.

Runy czyta na wodzie... która jest we krwi od tego obłoku w górze.

Runy czyta — — zagładę Słowiańszczyzny...

Runy czyta — — i pogrąża łodzie witeziów...

Dlaczego tak musi być?

I wspomniała legendę z Tatr... Króla Wężów... nienawiść pogrąża wszystko...

Zolima mówi: nienawiść jest piękną cywilizacyjną siłą. Dzięki niej idą tłumy proletariatu; dzięki niej — istnieją bogacze ducha i myśli.

Nagle widmo zniknęło — na miejscu czarnej postaci pojawia się w tęczy potrójnej wielkie mrowisko pożerającej się ludzkości, mrowisko rozsypuje się, mrówki toną, sczepione ze sobą kleszczami.

I teraz, jak obraz Muncha — widzi siebie tam w głębinie: kobietę, której włosy zmieniły się w fale Oceanu.

To ona — Madonna demoniczna wiedzy: Księżniczka Meduza...

Łodzie dopływały do wysp — złociły się już wieże cerkwi.

Było gwarno, radośnie. Zolimę powitali dwaj Rosjanie w skromnym odzieniu. Tych znała: terroryści. Trzeci wydał się znajomy. Ten wzrost — oczy — drgnęła... czyżby to był Ariaman?

I naraz ogarnął ją bezwzględny pewnik.

Wydało jej się nade wszystko ważne — nie sądzenie Lucyferysty, nie budowanie rewolucyjnej wieży Babel w ciemnościach!... lecz Tamto, Tamto!...


Żył na poddaszu ze swym znajomym Persem Książę Hubert.

Żyli nad Newą, obok wspaniałej Oranżerii na wyspie Aptecznej.

Książę Hubert roztaczał przed Szejchem obrazy polarnych podróży, gdzie spotkał się z kapitanem Anacharzisem.

Szejch ze wzruszeniem po wielekroć odczytywał list Anacharzisa, który mu doręczył książę.

— Widziałem w Islandii pustynię Oda-dakrahu! Bezmiar lawy zgasłej — czarnej... Zachodzi słońce, rzucając krew na te potworne Sodomy i Kainy... Zapadła noc, wulkany jarzą wokół. Myślami mymi dzielę się jedynie z tobą, nawet już nie z tą kobietą wybraną!... Wywołałeś mnie z pustyń moich — do Ojczyzny, której już nie kocham. Lecz przybędę na zaklęcie twe, ty ptaku husarniany, przybędę, zanim już marzenie twe dosięgnie niebytu.

Azali588 ma być walka? nie — zabawa! Zbudujemy okręt Argonautów, zbierzemy tam ludzi — tęgie duchy — i wypłyniemy na pokłon Zorzy. Odkryjemy drogę — duszom we wszystkie bezgranicza! —

Szejch Tebrizi noce białe spędzał z Księciem, błądząc po upiornym Petersburgu, ubrany za Persa, zresztą nie dbając o to, że mógł być odkrytym. Lub czekał świtu na Striełce, zapatrzony w morze — tępy, smutny, niechcący niczego.

W dni słoneczne przesiadywał w ogrodzie Tauryckim, patrząc na te szmaragdowe koszone łąki, na cieniste jodły i cedry, a blask stawu — niby z ogromnej łzy, i na pałac Biały, za którego wielkimi, szklanymi ścianami zbierali się przedstawiciele narodów i tworzyli wielki sąd...

Książę Hubert zaciągał nieraz Tebriziego do wnętrza Pałacu, gdzie przysłuchiwali się po dniach całych obradom.

Tebrizi ożywiał się tam, przez dzień cały zajęty dysputami nad pogromem w Białymstoku, nad buntami na Kaukazie, nad wyrokami śmierci w Warszawie.

Wieczorem o 8, kiedy rozchodzili się wszyscy — on jechał parostatkiem po Newie z Księciem w upiornych światłach nocy do Ambasady, którą założył de Mangro.

Baron do polityki nie mieszał się, ale dzięki swym pałacom, kredytowi w bankach zagranicznych i opinii wielkiego geniusza w przemyśle, uzyskał sobie wpływ. Dla mas szerokich miał urok dziesięciogłowej Bestii.

I wtedy poznał Ariaman, że wszystko, co błyska teraz nadzieją — runąć musi.

Baron de Mangro stał się bożyszczem intelektualnego świata.

Do ludzi wykształconych na agnostycyzmie Hercena, Spencera i Feuerbacha — mówił o powadze religii, jako jedynej, która chłopa, robotnika i nawet inteligencję utrzyma w warunkach taniego producenta.

I ludzie, wykształceni na agnostycyzmie, patrioci ogólnie szanowani — przyklaskiwali de Mangrze.

Do księży mówił o władzy Synodu i papieży, jako osi, dokoła której musi organizować się świat; mówił o bankructwie nauki i o tym, że mędrzec jest niczym wobec św. Alojzego Gonzagi; mówił o środkach rozszerzenia dochodów z monasterów i parafii — i trafiał też nie najgorzej.

Do rewolucjonistów (bo i z tymi nawiązał szerokie stosunki) miał język twardy Niszczyciela.

Widywał się z nimi potajemnie, udzielał chętnie dużych sum na tajemnicze zamachy, znał Aziewa i wiedział, że w rewolucji najłatwiej wypływać temu, co siedzi naraz w biurze śledczym i przy drukarni potajemnej.

Z Niemiec przez fabrykantów tamtejszych sprowadzał brauningi w olbrzymiej masie i rozrzucał głodnym strajkującym robotnikom. Wiedział, że dawszy broń wszystkim, z walki uczyni się rozbój.

Fabrykanci niemieccy korzystali ze stagnacji, ze strajków, z walk nurtujących społeczeństwo w Rosji i w Polsce.

De Mangro olbrzymie tereny gospodarstw swych i kopalń obsadzał żywiołem niemieckim.

Wreszcie zaczął wpływać na opinię Rosjan, aby Królestwo oddali Niemcom, bo mają za dużo z gadzinowym usposobieniem polskim kłopotu.

Jednocześnie de Mangro tłumił wszelką oświatę za pomocą pism, wydawnictw, za pomocą wzywania środków represyjnych.

Gubił naraz Rosję i Polskę, odsuwając te bratnie narody od jedynego źródła, które mogło je naprawdę zbratać i uzbroić do walki z nawałem toczącej się chmury niemieckiej.

Odsuwał daleko od wielkiej myśli europejskiej, od organizacji mas dla samopomocy kulturalnej.

Szejch Tebrizi znalazł pismo, świstek Rejtanowski, do którego zaczął pisywać. Chodząc do fabryk — zapoznawał się z realnymi potrzebami proletariatu.

Z Biblioteki wielkiej Cesarskiej korzystał, poznając świetlane postacie Staszica, Czartoryskiego i ruch odrodzenia Polski przez pogłębioną wiedzę i nowe oceaniczne sumienia.

Lecz w kraju budził tylko niesmak i gniew, bijąc w Dzwon Życia Nowego.

Znaleźli się wkrótce anonimowi denuncjanci u władz.

Wzywany do rządcy miasta mówił spokojnie i otwarcie, że wysiłek bezwzględnej Prawdy jedynie zdoła usunąć ten głaz, zawalający potworną grotę Polifema, w której żyjemy, pożerani przez potęgę ludożerczą — widmo naszej ciemnoty i wzajemnej nienawiści. Rządca miasta wzruszył ramionami i nie pytał o pochodzenie u Persa takich idei.

Szejch Tebrizi uznał, że honor bywa w policji, szczególniej kiedy go braknie w sferach honorowanych.

Nie domyślił się, iż wysoki urzędnik wziął go za wariata!

Z księciem widywał się już rzadko.

Zamieszkał gdzie indziej.

Pracował w bibliotece, zwiedzał fabryki, pracując jako robotnik — i przymierał głodem.

Tu z obowiązku Kronikarza wyłożymy namiętne, a oślepłe w ciemnościach myśli Ariamana, których tonu nie pochwaliłby Mag Litwor.

Race płomiennego uczucia wylatywały z wielkich głębin, lecz nie przebyły jeszcze Słońca miłości wśród przemyśleń nad życiem i Polską.

Tęsknił za Magiem Litworem, za jego duszą, dla której nie tajne już były odległe cele ludzkości.

A rozumował, jak dziki syn Puszczy, pasterz i myśliwy ginących czarnych żubrów.

Fragmenty listów z Północy

Nudzi mię głupota i egoizm ciężkiej, przewalającej się masy, zwanej inteligencją naszą.

W ich matołkowym na świat spojrzeniu kryje się dziewiąta fala zagłady dla okrętu Polski...

Morze ohydnego szwargotu...

Gdybym był św. Krystyną, wchodziłbym na wierzchołki wież, gór i drzew — aby tylko oddalić się od przemierzłego zapachu ludzi...

Mickiewicza „Kocham za miliony...” to był inny kraj, zresztą, wtedy żył Bóg w sumieniach. Teraz tu jest pluskiewnik, Polska, oblepiona brunatnym habitem moralnego robactwa, zjadana żywcem...

Niemcy — zgniotą resztę Wenedów polskich, niezdolną stawić żadnego oporu...

To już nie z epopei litewskiej: głupi, głupi — starego Macieja, co nie uginał się przed Pociejem — lecz: podli, nikczemni, w swych balach, w Świętopietrzach, w swych karcianych popisach, w swym sknerstwie na cele istotnego dobra, — w swym porywie do ogarniania władzy nad narodem — a gdy mają władzę, marnują bez myśli! Ambicjusze na krótką metę! gubiący przyszłość — Targowiczanie!

Życzę wam, żeby wulkan wzniósł się piramidą bezmierną: buchał lawą i płomieniem dymiących pogorzelisk tam, gdzie wasze spelunki — —

Życzę, żeby ciężar butów chłopskich i robotniczych pokazał wam, iż siła i egoizm, na który lubicie się powoływać w walce ze słabszymi lub szlachetniejszymi — aby ta siła pokazała się wam wreszcie argumentem, nie tak do cna przekonywającym!

Życzę wam, aby morze Bałtyckie napłynęło ku górom Tatr.

Wy, nieczujący już morza, niewidzący go nigdy, drwiący z tych, którzy pod Tatrami słyszą jego szalejące łoskoty —

niechaj was morze uświęci, kryjąc moczar ohydny waszych kiepskich geszeftów, moczar, gdzie nie ma już czci, nie ma już instynktu dla Prawd.

Wiry Oceanu powietrznego, czy zapomniałyście już waszych szturmów?


Miłości moja, słońce me, Polsko! w co obróciłaś się, w jakąż Gehennę smutną i beznadziejną?

Idę —

tam, gdzie Morze dziko pluszcze —

łkam — a może tylko w burzy śmieję się — i na piorunach gram? —


Książę Hubert po niewidzeniu miesięcznym ledwo mógł poznać Tebriziego.

Zawsze podobny do wodza Huronów, teraz z swymi długimi włosami, ze sczerniałą twarzą, gorączkującymi oczyma — stał się podobnym do Margiera589, kiedy z Litwinami idzie na stos, nie chcąc się poddać Krzyżakom.

Książę Hubert, jak Demon, widzący tylko zło, nielubiący ukazywać stron jasnych, wysiłków i myśli obywatelskiej, dokładając drzewa do wulkanu, rzekł:

— Dziwiłeś się, że tu powstała w Petersburgu Międzynarodowa Ambasada, tj. że de Mangro wydaje krocie tysięcy na przyjęcia dla reakcjonistów?

Nie zdziwisz się, jeśli poznasz tę rzecz u źródła.

Będziemy znów bliżej Tatr...

I może to cię zachęci, dziś bowiem już bezwarunkowo w nocy przyjdą po ciebie...

Nie uda mi się już żadną miarą powstrzymać nad tobą potopu — oraz trwałego zamknięcia w Arce...

Nawet nie będziemy mogli do kraju wprost wyjechać — dworzec Warszawski strzeżony.

Wyjedziem w inną stronę —


W złotym porankowym lesie, nad jednym z tych przecudnych jezior witebskich, zatrzymał się powóz. Książę był znajomym właścicielki majątku, pięknej jeszcze kobiety, która właśnie ubierała się i szła do obory ujrzeć nowo narodzone cielęta. Gromada Łotyszów otaczała ją, rozmawiając ze swą Jeziorną Panią.

Weszli po przywitaniu do jadalni, skąd widok na jezioro wśród lasów; dom zdał się unosić, jak statek na bezmiarach wód Amazonki.

W jadalni wisiał obraz przedstawiający zmarłego starca, który przelatuje nad Tatrami.

W wazonie szklanym płomieniały kwiaty, wonne nasturcje różnych odcieni, tworzące razem jakby palący się krzew.

Usłyszawszy historię Tebriziego, Pani wyciągnęła do niego ręce tak serdecznie, jak tylko czasem Polki na kresach umieją to jeszcze uczynić.

Pierwszy raz od czasów wyjścia z murów nad Ładogą, Ariaman uczuł uspokojenie i niemal szczęście.

Otaczał ich przecudny modry błękit cichego, wśród puszcz, jeziora; spożywali śniadanie. Wkrótce potem Pani Jeziora poszła do swych zajęć, dwaj panowie mieli iść wypocząć. Ariaman nie mógł zasnąć, czytał o dawnych w Polsce bractwach masońskich, wydobywszy parę książek ze szafy.

Śniły mu się wkrótce te korowody, idące w podziemiach, robotnicy mistyczni, niosący żagwie i szpady...

Między nimi Łukasiński, mędrzec łagodny i nieposzlakowanej prawości — między nimi też szpiedzy, dostojnicy polscy!! Łukasiński, zapomniany w czasie Dni Wolnościowych w Warszawie!! przybity łańcuchem do armaty, wleczony nad Ładogę — —

Po latach 50 — Starzec obłąkany, a zawsze głęboko czujący to, co Polskę może zbawić — pisał pamiętnik, pełen wzruszających napomnień...

Ariaman zerwał się ze snu, uderzył głową o ścianę i krzyknął nieprzytomny z metafizycznego bólu:

— Co ja czynię, co ja czynię z moją duszą? — Był to głos Jaźni, ostrzegający Ariamana, że błądzi i zginąć może w Ciemnościach. Cóż bowiem go wiodło teraz przez życie, jeśli nie słup ognistej nienawiści?

Wieczorem żegnali przecudne brzozowe lasy, ten kościołek litewski, zamknięty na zawsze, gdzie tylko duchy umarłych z cmentarza odprawiają mszę.

Kto wie, może nieco żalu w Księciu utaiło się i dokoła złotych włosów Pani Jeziora?

Znów pociągi błyskawiczne niosły ich ku Tatrom. Ariaman nigdy słowa nie przemówił z Księciem o Zolimie. Jakież więc było jego tajone wzruszenie, gdy Książę rzekł mu:

— Powiem coś, co obejdzie cię mocno...

Zolima jest w Turowym Rogu.

Czy pojedziemy tam wprost?

Bladość pokryła twarz Ariamana.

Wspomniał potworną miłość w górach, gdzie wraz z Zolimą odprawiali Czarną Mszę.

Wiedział, że musiał spełnić tę złowrogą, lecz konieczną drogę Przeznaczenia.

Wspomniał, jak Zolima opuściła go tonącego... i jak osądziła wraz z mścicielami rewolucyjnymi, którzy równie nie rozumieli Wielkiej Sprawy Jaźni, jak ich wrogowie żandarmi. Ariaman nie chciał bronić się przed ludźmi, których kochał... z którymi przeżywał wspólne tęsknoty za doskonalszą ludzkością.

Uśmiechając się, zapatrzony w dal za horyzontem, czekał, aż kula położy go na cichym brzegu, skąd się zaczyna astralna wiedza.

Lecz nagle pojawił się ktoś wśród Trybunału sądzącego.

Był to Mag Litwor.

Pochyliły się głowy w najgłębszej czci.

Ariamana wziął za rękę i kazał mu iść, gromiąc go, dlaczego pogłębia otchłań śmierci, zamiast rozjaśniać Życie? —

Jarzył się w Ariamanie teraz jeden ogień: Wiedza tajemna dla Polski!

Więc uprzytomniając wielką duchową jej klęskę, rzekł:

— Idźmy ku Hermopolis590 Tatr!...

— Niestety, przypomni nam to raczej ową u Wiktora Hugo w Miserables wędrówkę przez kanały pod Paryżem...

Trzeba mieć nie tylko straszliwie odporne płuca na ten swąd i czad...

Trzeba się nie bać, iż nagle ręka z ciemności wsadzi aż po rękojeść żelazny hak, że banda szczurów rozwścieklona za to, iż miesza się im spoczynek i strawę, rzuci się na nas... tj. na ciebie.

Ja jestem z tych, którzy nie podlegają krytyce... kryję się za mym herbem, za mymi w Banku Angielskim milionami — i za mą obojętnością na uczucia moralne.

Patrzę na kraj mój, jako na moczar, gdzie chętnie idę polować bekasy.

Nie wzruszam się tym, że jakiś ideał zapadł do bagna.

Mówię z „Mefistem”: jest Polska czym jest, ot, rachunek ścisły... Dla mnie istnieją światy niższe, lecz stokroć ważniejsze... Tak, teraz lub nigdy muszę to osiągnąć.

Książę Hubert wyglądał straszliwie, mówiąc to. O, jakże oni wszyscy ginęli w ciemnościach! Mangro, mający na sobie odwieczne góry win — Karmę z innych wcieleń; Książę Hubert ze świty niegdyś Lucyfera, Ariaman i Zolima — z rodu błądzących Dzieci Bożych...

Przejeżdżali właśnie pociągiem wśród lasów poleskich, wilgotne opary zakrywały srebrzystymi zasłonami w księżycu świątynie prastarych dębów.

Gdyby Ariaman nie był teraz mrocznym morzem, gdzie wirowały Malsztremy, uczułby na sobie wzrok tych dobrych wieszczych istot, które tu żyją w lasach i zwą się boginkami.

Słowiki śpiewały tak cudnie! chciało się wierzyć, iż można być jeszcze szczęśliwym — należy tylko nie wchodzić w te piekła podziemne życia polskiego, w tę grozę zamczyska Królewny, która zapadła w letarg od jednego ukłucia wrzecionem w nieszczęsne serce, zakochane w tym, co nie istnieje.


XIV. Wielka Noc u św. Jana

Noc kłębami śnieżnymi i wyjącym szturmem uderza.

Drżą żelazne bramy; dźwięczą w ołów oprawne witraże; huczy dalekie echo w podziemiach.

Nagle rozwiera się brama okuta, a wiodąca z mogił i kurhanów:

buchnęły światła zielone i fioletowe, stygmatami krwi usiane rozety —

na klejnotach koron podziemnych, cierniowych i żelaznych tak — odbijają się pochodnie.

Idą...

Żywi czy umarli? różne postacie na przestworzu tysiącolecia z Polski dawnej i obecnej, od Krymu i Kaniowa — do Wenety i żmujdzkich puszcz.

Hymnem milczącym, granym przez organy i chór, wywołują zaśnioną Duszę Narodu.

W tłumie poznaje się Samuela Zborowskiego, z dawniejszych wojów Zawisza Czarny ze skrzydłami, Mag Litwor, dzierżący młot z kuźni pod Ornakiem, Mickiewicz, Norwid, księżycowa twarz Słowackiego, Cieszkowski, Hoene-Wroński, Kopernik. Opodal samotny Krasiński. Mieszkańcy Turowego Rogu. I wielu innych, nieobjętych tą kroniką bohaterów Dramy współczesnej.

Robotnicy górują liczbą i zapałem. Z nimi straszliwi, jak ptaki drapieżne, przewódcy buntu.

Chłopi w obudzonej świadomości — obywateli tej ziemi.

Witeź Włast w zbroi astralnej Przyszłości, lecz jakby wyszedł z kurhanu: krzewi się na nim cały las dziwacznych, trujących roślin i potwornych chimer. Na piersi ma herb, którym piętnowali się dawni Słoneczni Bracia.

Byłoby radośnie do łez, gdyby nie coś, co zadziwia: wszędzie nienawiść wybucha, kiedy ręka dotknie się cudzej ręki.

Jestli to wpływ ponurej Magii Trismegisty, który miesza zgrzytliwy, wyjący dysakord do grających zielenią łąk i lasów wśród wiosny na chórze organów?

w tym uwielbieniu Rozumu, Woli Twórczej i Wiary w Człowieka-Słońce — zahuczy On — Zły Duch piorunem nieszczęścia!

Słowo Trismegisty strąca mozolnie dźwignioną bramę Nadziei w otchłań, rozsiewa wzrokiem Węża zobojętnienie na najwyższej ofiary mękę.

W tym kościele krążą, walczą ze sobą, zmagają się archaniołowy i demoniczne blaski —

nieustannie przelatując — zmieniają wyżyny i głębie, błyskają, jakby język Ducha św. lub język szatana, nad tym, owóż nad innym —

to nagle w próżni wysoko, aż pod stropem, zaigra wielki hejnał płomieni łyśnicą bezgłośną.

Rozewrzeć trza inny wzrok w sobie, aby to wszystko widzieć; radować się nad wszystkimi otchłańmi i mieć powagę straszliwą nad całą podłą groteskowością podszewki życia i natur ludzkich...

Mag Litwor, jak zwornik w kościele gotyckim trzyma zbiegające się łuki sklepień, tak on wiąże i wzmacnia te rozstrzelone elementy, które tworzą naród.

Spowiedź narodu!

Mówią ludzie czy widma? spowiedź jest to grzeszników? rozmowa bohaterów, wyszłych z Hadesu?

Mówi jaźń zbiorowa — mówi też człowiek pustyni.

Tragiczną boleścią rzeźbią się światła nad czarnym w krepie Chrystusem hetmanów — z jego cierni padają najżywsze krople krwi i tworzą cierniową altanę stygmatów, gorejących wśród mroków głębszych niż Gehenna!

Niewiadomy głos mówi:

Kto jestem? wie tylko ten,

który wie, iż mnie wcale nie ma.

Śni mnie ktoś, jakby ciężki sen —

płacze ktoś o mnie pod brzozami trzema!

Imię Jezus powtarzam wśród nocy,

imię Jezus powtarzam, gdy płaczę —

imię Jezus powtarzam, gdy kracze

nad mogiłą moją ptak niemocy!

Imię Jezus napełnia moich serc komorę,

imię Jezus mam na każdym głazie,

imię Jezus zamienia mię w świętą potworę,

która idzie przez sady i kwitnące bazie.

Imię Jezus na wirchu mam księżyca góry,

którem wyrył, zanim ziemia ta była ognista!

imię Jezus wymawiam wśród życia tortury —

w domu obłędu, gdzie droga jest ciernista.

Imię Jezus kocham nad lice kochanki,

nad jeziora, nad lasy i nad świtania —

imię Jezus wprowadza mię w szranki

rycerzy bożych — Zmartwychwstania!

O, tajemnicze —

Ciebie z rąk gwiezdnych odbieram — i lśnień

w moim sercu nie obliczę!

Targowiczanin

Nie kochaj mnie, Mroku, lecz mnie męcz — na kracie Wawrzyńca rozżarzonej — nie rzucaj mi za most złudnych tęcz, niech idę wciąż upokorzony.

Niech duch mój leży w głębi Tatr, gdzie huczy morskich głębin wir — niech mą opowieść śpiewa wiatr i konających orłów skwir!

*

Jam zły — i zaiste Szatan! plama na słonecznym bogu, zatrute żyto, trucizna, zebrana na przednówek w stogu!

Wolnomularze polscy

Dałeś nam, Mroku, mieczów siedem,

a wszystkie miecze obosieczne:

nieszczęsną Miłość — brak Miłości,

wpatrzenie oczu ślepych — wieczne!

nieugaszonych marzeń — kwiat parości591,

zwątpienie, które jest nam Credem592;

zamek Chrystusa na bajorze;

tętent szatana wśród Golgoty —

i krzyż milczący, w głębiach złoty,

który niewiarą pług zaorze!

Targowiczanin inny

Idę wśród ciemnych pól Gehenny593

niech mrok obłąka mię promienny,

niechaj mię stawią pod pręgierze,

niech mię narodzi robaczne zwierzę!

Emir Rzewuski594

Hiacynty wystrzeliły nad grobem Jezusa:

Maria z Magdali!

Nepenthesy czarne nad grobem Jezusa:

Mahomet-Ali!

Róże się krwawią nad grobem Jezusa:

Katarzyna z Sieny!

Paprocie tajne nad grobem Jezusa:

z ksiąg Awiceny!

Nenufary ciche nad grobem Jezusa:

mniszki śnią mękę!

Niebo wieczorne nad grobem Jezusa:

kometa Enke!

Ogrody pustyń nad grobem Jezusa:

Maria z Magdali.

Tarcze zagasłe nad grobem Belusa595:

Mahomet-Ali.

finksy olbrzymie wśród gór Edypa:

człowiek wybrany!

Nad Gopłem czarna opuszczona lipa:

wieszcz obłąkany!

Upiorna zorza nad oceanem,

okręt wśród lodu!

na świecie idę — w kraju nieznanym —

wódz bez narodu!

Nieznany współczesny

Nie zatrzyma mię żona Putyfara596,

idę do Myśli Ogrojca —

napisy czytam Baltazara597,

przekleństwo mego Ojca!

Zahukał szatan w pustym Domu:

śmiech pewno ze mnie!

gdyż nie przyniosę dobra nikomu,

mówiąc te ciemnie!

II Współczesny

A gdym wzniósł oczy — był już ranek —

i kąpałem się w bladym Oceanie!

na skale siedzi mój szatanek,

gra chutne pieśni na tympanie.

Lecz mi go wnet zakryją wody,

gdzie utonąłem bezrozumnie:

skałę Mojżesza mam w mej trumnie —

i pić z mych źródeł chcą narody!

III Współczesny

Tak jestem szczęśliw, jak Chrystus nad krzyżem —

a tak samotny, jak duch, kiedy tworzy;

a tak na drodze — jak archanioł boży —

a tak ogromny — jakby grany spiżem!

Z rąk moich płyną ziemi utworzenia,

choć jedna tylko gwiazda w mroku ze mną...

Wmyślony jestem w górę mych świateł tajemną,

gdzie mówią wokół Bracia wśród milczenia.

Jestem zaiste Moczar niepojęty

i życie moje — to czartów bezdroże;

jestem Czarodziej w lasach, trochę święty,

i z pni prawiecznych wydobywam zorze.

Mam ja wyklętą mądrość niewidomą —

me imię jest: omnis Homo598!

*

Kapitan Anacharzis

Tajnia mej wiedzy — to wielkie wstrząśnienie ziemi — wulkan, buchający słowami ognistymi wśród lodów;

mistyczna zorza nad okrętem zamarzłym, burza nad światów zamętem, wielki hymn Wschodów!

Mój człowiek ciemny płynie w mroku nieprzejrzanym, gdzie gwiazdy już zgasły — a okręt utonie nad ranem.

Tam obłęd jarzy — i bezgwiezdne mroki, widma podmorskich cmentarzy.

Widzę Meduz latarnie — ich drgające ssawki — gniazda, utkane z piszczeli i trawki, wśród mórz zamtuza.

Myśląc, wizjami gadam, jak Fr’Angelico!

Myśląc — ja Prometeusz, w otchłani Kaukazu rozpięty — odczuwam ludzi jakby kępę ślazu — z gromów muzyką!

Myśląc, jam mur Cyklopów — kościół odarty z pozorów, gdzie zamiast gromnic świecą oczy Wegi i skały zimne, twarde wśród przepastnych borów.

Krzyż runął w otchłań: Wokół niewiadome brzegi!

Cyprian Norwid

Myśl — oto piekieł posłannica — ona mię na krużganek świątyń stawia i zachwyca!

Myśl — oto mroków służebnica — ona w pokorze klęka, mówiąc: tajemnica!

Myśl — to rozmowa wieczna Lucyfera z Chrystusem, gdy gwiazdy krążą nad eterem!

Juliusz Słowacki

Zmartwychwstań, duszo, która jesteś w górze — ludzie w otchłani Ciebie potrzebują; wśród rajskich witrażów kadzidła wirują, hymn na organach gra, jakby kuł Tytan w marmurze!

Kościele polskiej ziemi, żywocie, co dźwigasz Jezusa — uczyń mój naród bólów najgłębszych pożarem! niech idzie w Przemienieniu — niech u Świętego Obrusa dzieli się Wiedzy przenajświętszym darem!

Kołatko śmierci zamilknij u ołtarza: rozwarte piekło męki — to Voluntas Tua599! Dokoła nicość — ale w niej się stwarza Dzień Genezyjski — muzyka olbrzymia i czuła!

Król Duch już za naród wyrzekł do otchłani: Jestem! wziął skrzydła gwiazd, a zamiast serca: Jeruzalem —

i nad Ocean uniósł się z gromowym gestem i trumnę Życia rozwarł Miłości opalem!

Głębokim jest — a nad wszystkimi światami! i w niebo wstępuję — ja i Ojciec — sami!

Tyle świateł wśród mroków! tu wśród niepojętej męki — z uśmiechem się nachylam do nóg Matki Ziemi świętej!

powstając z ziemi mówi:

Umarli, którzy nie chcecie być ze mną na Wawelu! w tej czarnej z modrym sklepieniem królewskiej kaplicy, ukryci za nagrobkiem z mosiądzu, wy znad rzek Hadesu, niosący kwiaty asfodelu!

Wy, przez witrażów klejnoty przeświecający królewscy pątnicy, którzy słuchacie olbrzymiej kantyleny chóru! kardynał wam odprawia mszę w mitrze złocistej Assuru, a pastorał trzymają okropne mumie — starzy dostojnicy.

Widzę głębiny serc tych — tu Jezus nie wstanie, ni Zygmunt, przez rozpustę zjedzony, w Alchemii.

Kamieniu wędrowników, któż cię ma? organów łkanie — umilkły! kaznodzieja huczy — tak mroczno i źle mi.

Ksiądz mówi o Żydach, którzy przekupili żołnierzy nad grobem — i teraz przekupują tych, co wątpią w zmartwychwstanie —

Ja wątpię! i wszystkie modlitwy i długie konanie w mogile — i to, żem był bitym gromami Hiobem — każą mi wyjść z kościoła — dla honoru — krzyża.

Idę. I wielki ból mi pierś mą opancerza — na myśl, że idę sam — bez narodu — w wąwozach Golgoty...

Lecz słońca wszedł blask wieczny w me serce — tajemniczy, złoty.

IV Współczesny

Wykąpana w grozie gróz — dusza moja cicho łka —

Idę w mroku — w ciemny mróz — pohańbiona dusza ma!

U żelaznych zimnych bram, gdzie lat tysiąc kościół trwa,

klękam w pustce — w mroku — sam! duch, jak wąż zdeptany, drga!

W dzwon ten mogił chciałbym tłuc, zakląć — niech w mym sercu gra!

bym jak dawny powstał Wódz — by Ojczyzna ze mną szła.

Lecz zbłąkanych ludzi tłum w piekle głupich marnych żądz,

a nad nimi gwiezdny tum600 — i ja — niemy wariat ksiądz!

I odprawiam czarną mszę — na tych głazach schylam skroń,

tu zimowe smętne krze601, ziemi czarnej wilgna woń...

Księżyc, płacząc, nakrył mnie — jam wędrowiec, dawny trup!

grozy życia straszne dnie — a nad nami zimny grób!...

Wiara moja jest jak zórz nieskończona jasna dal —

lecz przedziela mię świat burz i okropny trupi żal.

Wśród ohydy zeszła noc — zadżumionych ludzi rój...

Dzwon wciąż bije — ciemna Noc znów odpędza mię w grób mój!

Rozchylają się mury i widać Miasto. Idzie tłum wśród błota z kopcącymi żagwiami.

Tłum

Mrok północny na dżdżystych ulicach Warszawy. Nad moczar wilgny i podziemny idziem, gdzie w budce szyldwach ciemny, a mur więzienia wyrósł do nawy bezdennie czarnych niebiosów.

Przez moczar wilgny wiedzie tama, latarnie, kwiaty prostytutek: zda się Gomora i Adama, Kartago, Babel i Sodoma...

W oczach gasnących lśni namiętny smutek, za badyl biorą się rąk stoma i, grzęznąc, toną w pleśniejącym mule.

Duch mroków bierze swą ofiarę, wiodąc w potępień martwą Thule602!...

Wśród grozy więzienia nad moczarem błyska jaśń Bożego Syna... poznajem Go z Jego ramion uchylenia, — jaśnieje w mroku, jak lampa Maga Aladyna.

W mroczne sklepienia wszedł —

wyprowadza więźniów — w wolności krainę.

Cicho, tak cicho... nocne niebo szare i miasto żywych grobów tych prastare.

Wzniosły się marzeń monumenty — kabalistyczna iskrzy duchów brama —

ludzie z moczaru wznoszą się w ekstazie świętej na gór wulkany, jakby Fuzijama603!

My w mroku — z myślami, co jakby kościół stary — myśli te więdną i butwieją —

i jak w głęboką, pustą studnię — patrzymy w otchłań naszej wiary!

Miecz i księgę bierze do rąk Mickiewicz, czyta ze św. Pawła list, a przetwarza go na życie własne.

Mickiewicz

W pracach rozlicznych — w ciemnicach obficiej, niźli w tryumfie; rażon mękami nad miarę. W śmierci częstokroć — łzy mi płyną skrycie tak gorzkie, że ich nie śmiem dać Bogu w ofiarę!

I nic, to, żem był od mędrków biczowan pięciokroć po czterdzieści plag bez jednej — litości byłem bit rózgami i raz’em604 był ukamionowan i trzykroć’em605 się rozbił w mojej barce biednej.

Noc tę pośmiertną byłem w morskiej głębi.

W drogach częstokroć — w niebezpieczeństwach rzek, w lasach, gdzie zbóje i gdzie strach ziębi oczyma powieszonych, z których duch już zbiegł...

Konały mi wierzenia jedno za drugim... złe serce, czemu nie zawyjesz? poznałem kościelny gwóźdź, który mi nie dał iść za pługiem, lecz mię przybijał do trumny w nieba osłonie.

W niebezpieczeństwach od rodziny — w niebezpieczeństwie od poganów, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwie na morzu; w niebezpieczeństwach na pustyniej i pośród kurhanów; w niebezpieczeństwach między fałszywą bracią i w własnym bezdrożu!...

W pracy i w kłopocie — w częstym niespaniu; w głodzie i pragnieniu — w pościech606 i w nędzy; w zimnie i nagości!...

Księżyc mię na barłogu oglądał — obłędnym wzrokiem Jędzy!

Oprócz tych szarpań, którymi bronuje mię życie — ileż krzyków sumienia! starań o wszystkie kościoły! ile krążących gwiazd, a pod nimi loch i wycie i żądza, co nagle wypala żagwią oczodoły.

Któż choruje — a ja nie choruję?

Któż się zgarsza607 — a ja nie jestem z Gomory?

Człowiek jestem i bóg szatanów mię policzkuje — w Damaszku serca mego zamknęły się zaworu.

Trzykroć’em Pana prosił, aby mnie odstąpił — lecz On we mnie upodobał, kiedym jest bez mocy — i mnie zachwyca do Raju, gdym i w groby zwątpił, i zorze mi daje, ślepemu, wśród polarnej nocy!

Dzień przeminął — a noc się przybliżyła! i trzeba na się włożyć zbroję jasności!

Im więcej jam poniżon — tym większą jest Siła i przyjdzie Świt — gdy z martwych wstaną kości.

Albowiem pewienem, że ani żywot, ani zgon — ani Aniołowie, ani księstwa, ni wszelkie duchy — ani teraźniejsze dzieje, ani przyszłych nieszczęść tron — ani moc, ani wysokość, ani w głębokości głuchej

Żadne stworzenie mię nie oddzieli od Bożej Miłości —

(która jest — zasłoną na mych oczach — w Niewiadomej Męce).

Łzy mi płyną — straszne zaobłędne łzy!... Na mogiły wychodzę, których wciąż więcej i więcej...

Jam Mojżesz, choć w pustyni nie mam już źródlanych skał! jam Eliasz, choć naród mój jest już mogiłą —

ja w czarnej otchłani będę jak Cherubim stał: duch Pański — jestem świat gniotącą bryłą.

Niewiadomy — może zły? klękam na grobie, i tak mi straszno, bo w ten grób się zwali wszystko, w com wierzył —

Głos Trismegisty

W bezmiernej chorobie!

Mag Litwor

bierze Biblię

Nie należy już się spowiadać z tej biblijnej księgi. Było to kiedyś życiem.

Teraz kościół polską krainę ugniata i nie daje wyjść na góry, w oświetlone łęgi, i pracować nad przyszłością świata.

Księgę kładzie na ołtarzu. Płoną z wolna karta za kartą. W stallach drzemiący budzą się prałaci — oburzeni wskazują palcami na Maga Litwora i Mickiewicza.

Kardynał

wstaje w swych fioletach

Na kolana, duchy krnąbrne, na kolana!

cóż to, nie wiecie, że kościół bywa rózgą Pana?

to nie heder, aby każdy wnosił swoje komentarze!

u kościoła postawić żądam policyjne straże.

Tu nie Polska, lecz kościół rzymsko-katolicki!

za wami idą Żydzi i różne socjaliki-Wicki.

A ty, mości Mickiewicz — dano ci posągi

dwa kosztowne — to się ciesz. Lecz wara cuda czynić w naszej stągwi!

i wara sprawdzać tu — za świętym parawanem.

Krzyż ten zbyt jawnie świeci, okryć go krepą dogmatów.

Prałaci zasłonami okrywają krzyż.

Tłum

Naczynie głupoty! Babilońska ścierka! wieczny Awinion! nasze serca krwawią się nad łanem, zasiewając ziarno Boga — —

— a ci Annasze wznoszą grób... gorze im! gorze im!

Z ciemnych kątów katedry wychodzą tłumy rozżarte i wrogie.

Grupa I.

Głupie Polaki! dobrze wam było, kiedy wami rządziła Esterka?

my teraz będziem rządzić! o Elohim! o Elohim!

Grupa II

Kościół jest jeden — z tej i z tamtej strony Buga —

a przez ciemnotę urasta nam w niebie zasługa.

Grupa III

Trędowatych usunąć, — owce, co mają krętki w głowie,

co zjadają papierki święte... Pani Kozłowa opowie,

jako czynili księża w miłosnym ogrodku!

Poznać drzewo po mszycach, was proszą zza Buga na wodku!

przemierzli strzelajmy w nich, nim wszystkie sługi nam zatrują!

precz z ascetyzmem księży! lepiej nam z naszą na plebaniach rują!...

Legat papieski

Silentium608, Polacy! macie słuchać tego, co was kara:

wszystkich władców, jacykolwiek... Idzie do nieba ofiara,

wszelka władza od Boga — mówi Paweł.

Nawet kiedy sarnę

rozerwą w lesie wilcy — i to nie pójdzie na marne!

Wszystko przewidział Bóg w prastarym swym zegarze —

a krnąbrnych w imieniu Boskim — ja ukarzę!

Do prałatów

Wydobądźcie tę na zapas Encyklikę,

w duchu Tomasza z Akwinu, lecz zbrojną tudzież w politykę!

W kościele burzy się — wre — niektórzy z jękiem chylą się do nóg Legatowi, który ich głaska. Prałaci podali mu papier — on daje kardynałowi do czytania głośnego.

Kardynał

Naród polski był od wieków nierządny.

Dostał się przeto w niewolę. Dziś — zamiast się kajać,

poczyna farmazonić — nawet się uzbrajać.

Miejcie cierpliwość: na końcu świata jest Dzień Sądny,

tak przyrzeczone w Piśmie. Wy, tworząc pogromy

w Kiszyniowie — w Odesie; mordując kozaków

na ulicach Warszawy; wy w nienawiści do Prusaków

wypędzając ich z ziemi — nie dziwcie się, że Bóg ukuł gromy

na wasz przewrotny obyczaj. Przeklinam wasze Veto609.

Rozkazuję Wam nie mówić już o Polsce.

Podpis jest: Richtig! stimmt610! Wot eto611!

Legat Papieski

Rzymska Encyklika mnie samego oświeciła.

Polsko, Polsko — nie jesteś ty już memu sercu miła.

Margraf Kuno na ciebie się żali — i se non e vero e ben trovato

jesteś dla wszechrozbrojenia wieczną tarapatą.

Przeklinam cię! choć jeszcze nie oficjalnie,

lecz nie waż się iść kroku dalej — w duchu ni socjalnie —

bo namiestnik Chrystusa i ta ziemna Trójca —

potrafi ujarzmić tego, kto mędrek i zbójca!

W katedrze zapanowuje osłupienie. Niejeden osuwa się na ziemię w bezmocy, w innych wybucha gniew — rzucają olbrzymie kłody do stosu — nagłym ogniem zajmuje się w krepie żałobny Chrystus. Wtedy widnieje w murze ukryta jama. Wylatuje olbrzymi Puchacz-widmo w tiarze. Spod stropu rozlega się cicha, złowieszcza muzyka Trismegisty. Ludzie z toporami rzucają się do krzyża, by zrąbać. Wstrzymuje ich sędziwy Król Włast, który podnosi się z klęczek przed ołtarzem — długo trzęsie się ze wzruszenia, mówi — a z chórów odpowiadają mu spiżowe dźwięki. Z hałasem powstają prałaci z miejsc, lecz rychło milkną.

Król Włast

Wiekuistna Prawda mówi w mrokach do mnie:

wyjdź z Watykanu!

nie łudź się pięknością loggi Rafaela, tym, że ogromnie

trwożą tytany w Ostatnim Sądzie u stóp Chrystusa rydwanu.

Wyjdź, duszo, z murów ciasnych Watykanu:

Sarto612 rozdarł ostatnią ułudy zasłonę

i ukazał Machjawelstwo słówkami grzecznione.

Wspomnijmy Borgiów, którzy doprawiali

trucizny, patrząc na podwórcu zamkowym,

jak za klaczami goniły rozgrzane ogiery.

Majestatyczny papież wraz z synem i córą

gościom wierzącym leją do czar cyjankali.

Rasowe Afrykany! Wolę ich pryjapizm szczery,

na krzyżu Wenus i życie, ciekące purpurą,

niż twoje, Sarto, cnoty — z gromnic zapachem jałowym.

————————

Więc mówisz, że Mrok jest łagodny, rozumny!

pięknieś wykrajał taki szmat olbrzymi łgarstwa!

mówisz, że Polska rzezie sprawia, modląc się z swej trumny,

na której legł zmorą Krzyżak, jakby trądu warstwa!

Więc mówisz, że arcybożnik wyżyty z rozumu,

dobrze uczynił, łając egzaltacji tłumu

i swoim księżom każąc stać na Bagna straży?

Zaiste, że im Chrystus swej ukaże twarzy

i na prawdziwą drogę wywiedzie. — Mówiłeś pielgrzymce

polskiej, która przyniosła grosze i hołdy składała twej drzymce,

Ty — dusz sułtanie, krwawszy niźli nad Bosforem,

gdyż pastwisz się nad sercem Polski, zbłąkanem i chorem —

że nas kochasz — a handlarstwu sprzyjasz niewolników!

to gorzej, niźli 30 srebrników...

bo większym jest naród niż Twarz Ukrzyżowana!

———————–

Och, widmo, widmo z okropnej ruiny —

w pomrokach duszy złe odprawiasz łowy:

zmroziłeś krzykiem pokorne doliny,

zabiłeś serca, Ptaku ciemnościowy!

Głuchy twój głos, lecz jest w nim groźba, jęk i potępień śmiechy,

łopotanie skrzydeł, czyniących ścieżki krwiopijczym upiorom...

wzdrygnęły się Chrystusa męki, wtulone pod strzechy

i wieść, że zaraza w Rzymie — pójdzie ku wiosennym borom.

Ujrzą Cię wówczas, Sarto, że jesteś bezwiedny

sługa szatana, bo prawdy w twym duchu nie staje!

Ty umęczeń furtą wiedziesz w lodowate kraje,

a za tobą idzie mrok, jak Wsadnik mjedny!

Tyś nieomylny? czemuż więc bluźnisz Duchowi?

kostur twój ostry i wzrok zimny sowi,

wraziłeś w serce Polski, kiedy zmartwychwstaje!

żeś stanął przy więzieniu w postawie żebraczej

tego lud mój, tobie Sarto — nie przebaczy.

—————————-

Wyjdź z Watykanu, moja duszo!

w rozległe pola, gdzie Tatr śnieżne wirchy —

staw twą chatę pod lasem i z kozami gór

zawiąż przymierze — wsłuchaj się w grom i rzegot chmur!

Idź: w lochach Inkwizycji łańcuchy cię zduszą,

skoroś jak Samson zatrząsł tym filarem

kłamstwa — musisz na wiedzę już zmienić twą wiarę!

W ruinie ścigaj Puchacza Widmo, grzmij ogniem, aż się katownia zawali.

Wtedy przez lasy idź, na ciemne góry,

gdzie słońca wschodzącego zatlą się purpury

i ogień twój ofiaruj Niebu — o mocna, groźna, Pralechicka duszo!

idź — w mrokach już przebytych twój duch się krysztali!

Ręką władczą rozchyla zasłony — widać zbliżające się Tatry, nad którymi Wawel unosi się w powietrzu — wtem z drugiej strony ciemnieją uliczki Wilna przy Ostrej Bramie. Widać Polskę całą — Legat papieski, Kardynał, prałaci cicho przeklinają wersetami z księgi świętej, łamiąc gromnice.

Występują Księża w ubogich sutannach — kaplica Matki Boskiej Ostrobramskiej rozświeca się jutrznią, wieśniacy wnoszą wielkie snopy zbóż i zieleni.

Księża młodzi

„Umocnieni wszelaką mocą według możności Jego, we wszelkiej cierpliwości i nieskwapliwości z weselem.

Który nas uczynił godnymi dziedzictwa świętych, — który nas wyrwał z mocy ciemności i przeniósł w królestwo umiłowania swego”.

Witeź Włast

Kiedy świeci słońce wśród pól

i ty idziesz, Mario Boża, ku mnie

ja klękam wśród jasnej zieleni,

gdzie zboża kłonią się dumnie —

jezioro wielkich płomieni

i mroczy bór litewski pełen kurhanów — zazul613

Lecz teraz ofiaruję Tobie — duch przedwieczny,

moją nędzę, abyś ją zmieniła w królestwo,

i zwątpienie moje, abyś przemieniła w Moc:

my bez komunii żyjemy słonecznej

i w zamku duszy mieszka rozpaczne jestestwo,

w zasłonie jęków idzie ponad ziemią Noc.

Niewyrażalna moja! w Ostro-bramie

klęczę i naród mój się we mnie łamie

i widzę jak zwycięża moczar — nie zagwiezdny bój:

Ty w koralach, — królowa księżyca,

jam Twój rycerz — twój wzrok mnie zachwyca

na dłoń mi kładąc pierścień, mówisz do mnie: — Mój!

Zaiste, ja — Mąż wiecznej Tajemnicy,

jestem jak Hijob obielony trądem —

kryjąc się w lochu — by nie znaleziono mnie.

Lecz idą ku mnie upiorni pątnicy

i otoczyli mnie gwiazd zmarłych sądem —

kamienny posąg Mroku, który w głębiach wie!

Przed niebem mię skarży Twój ból, Matko Ziemi —

że nie wzbudzam źródeł życia w umarłej otchłani!

Wrony kraczą na kurhanach; śpiew

dziki wojska lśniącego sztykami ostremi —

wielka zgnilizna narodu (— myśl, która rani

gorzej niż knuty!); więzienia lodowaty wiew —

oto wymowy moje! Na ziemi pełznie jakaś glista

o nóg miriadzie — ruszają się szczęki żujące:

jej oczy jak reflektory, co strzegą kazamatów mur.

Ten potwór jest zlepieńcem — setki i tysiące

urzędów ludzkich — instynktów, ohyd i chmur —

ze skrzydeł mrocznych poznaję nagle Antychrysta.

Mój sztandar Wiary zda się ciche w polu źdźbło,

które przyciemnił macką ten potwór ślimaczy,

co w mogilnych dołach ma hijeny żniwo.

O, niezgłębione przepaściste zło —

u brzegów jego w mej dumnej rozpaczy

na harfie olbrzymiej gram mą Pieśń Szczęśliwą.

Tajemniczy w ciemnościach wzgórze Gedymina —

legendarny gród Krzyża i mrocznej Kabały —

w błotnych ulicach mrowie Izraela lud.

I uchylił Lew Sapieha swej trumny zbutwiałej:

męczone zakonnice przez miecz...

gdzie każda kość mówi modlitwą narodu o cud614.

Nagle huk armat: łzy ciemnią moje oczy —

na morzu w mroku pali się okręt Oczaków,

jęk nad falami: ratujcie — bracia — nas!

Tak mszczą się dzieje: wielki miecz Polaków

nikomu już promieni jasnych nie roztoczy

bo leży w rdzy — bo rządzi światem bezgwiaździsty płaz.

Mroczne szalejące morze mej woli,

które się targasz na głazach! więzi Cię ta Brama

Ostra, w której się narodu uprzytomnia los?

(Kwiat wymarzony w moczarach niewoli!...)

Wstań, duszo! niechaj runie wszelka już przed myślą tama —

w Niagarę głuchą — w Ocean mistycznych groz!!

Wolności! jak zamurowany rycerz konny —

wyjdź z kurytarza — z lochów, gdzie jest źródło krwi615

weź miecz — na Ciebie czeka gród przyszły tysiącdzwonny,

okręty ładowne światłem wpłyną na burzliwe morze...

Pełne jest dziwów tajemnych ludzkości bezdroże,

wśród najgroźniejszych skał lśnią krysztalne drzwi.

Wolności! wyjdź z tych krat — leć jako boży wiatr —

nad mrokiem życia błyśnij, jak kometa —

głębinę złącz z wirchem nadziemnej świątyni:

Błogosławiony, kto w kuźni życia pług wyczyni

i przez moczar powiedzie narody od Morza do Tatr,

a ziarno — niechaj Lucyfer rzuca — Euregeta616!

Wolności — wielbią Ciebie granitowe góry,

orzeł lecący, gdy brzmi w chmurach grom!

Tajemnic Matko: masz wojskiem Ahury617!

Ty magów uczysz — i wieścisz w płomieniach,

Ty chleb anielski dajesz nam w więzieniach, —

Ty jesteś Krzyż — i Piramidy mrok — indyjskie Om618!

Skrzydlate niech będą krzyża Twojego ramiona,

a milionowy z fabryk udźwignie Cię tłum.

Muzyka we mnie gra — i morza ciemny szum —

zaiste, nie zmieńcie domu mej Matki w jaskinie

zbójów! —

teraz się dramat rozpoczął —

zasłona

otwarta: przed Wami Słońce!

za Wami — Erynie619!

Kardynał

Przeciąć gordyjskim mieczem! trza oświecać naród —

z Matki Bożej chcą uczynić kolumnę Vendôme620 dla Astaroth621!

Legat Papieski

Przeklinam! wirchy ducha! Tatry! Goga i Magoga!

za marzenia, za pychę krnąbrną — odbieram wam Boga!

Król Włast

Większa to jest chwila, niż kiedy Polska wiązała się z Rzymem!

Tworzy się huragan rozjęku, złorzeczeń, przekonywań. Dalekie przestworza Polski całej znikają. Znów piętrzą się mury i kraty. Niektórzy rozbijają witraże, wystrzały; kamienie lecą, tłumy ze sobą walczą. Witezie porywają młoty, aby rozwalić mur.

Mag Litwor

Wzmóżcie się w burzy swej — trzeba przeobrazić całe zamczysko wierzeń, które wyrosły z głębiny i z serca narodu — lecz zakryły mu światłość.

Ten zamek przegnił i każdy z nas nosi na sobie zielska trujące i przyciąga upiory.

Weźmy krzyż, dawniej cudotwórczy — w wielkim zmartwychwstaniu idźmy narodem całym ku Tatrom.

Tam krzyż ten posadzimy w ziemię na nowy wzrost.

Co było w nim światłością, niechaj świeci z wyżyn.

Miłość i ofiarę — niechaj powitają na górach wielkiej Myśli przedświt.

Tłum

Nie rozumiemy! albo z krzyżem — i pajęczyną dokoła, albo przeciw niemu i wszelkim tajemnicom!

Król Włast

Zaiste, dobrze powiedział mój syn Witeź i Mag Litwor.

Chrystus zmartwychwstanie i rozbłyśnie w przemienieniu na Tatrach. Umarłe w Bogu ziarno niech wyda wreszcie swój wielki plon!

Głos w ciemnościach wielu tysięcy

Nie pójdę już z wami na wirchy. Zejdziem kurytarzami podziemnymi do świętych kurhanów...

Moje oczy nie mogą przywyknąć do nowego blasku — —

Kilku witeziów krepą okrytego, ogniącego się Chrystusa na krzyżu niosą, jakby trumnę.

Pochodnie wokół; dzwony poczynają bić rozgłośnie.

Mag Litwor, Witeź Włast, Mędrzec Zmierzchoświt i inni — rozchylają bramę, tam widać Matkę Bożą — dawną tęsknicę narodu, przeobrażoną w Wolność. Muzyka organów tworzy Sonatę Brzasku, z którym walczą twarde przeklinające tony rzymskich zakrystianów. Tłumy zaczynają wpadać w apatię, witają jak Zbawcę i wodza wchodzącego Barona de Mangro, ten mówi im jedno magiczne słowo:

— Ogłupiajmy się! Życie jest iluzjonem!

(Wielka radość między tłumami, frenetyczne brawo zbiera popularny Baron.

Tajemnicza Władczyni prowadzi niewielki orszak Witeziów, mieszkańców Turowego Rogu i nieco ludu. Ubrana w kwiaty, jak w Dalmacji dzieweczka, która, przedstawiając Oblubienicę umarłego młodzieńca, idzie przy trumnie. Huczeć poczyna potwornie rozszalała fala życia. Rozsuwają się Tatry — widać idący orszak w mroku nocy. Świeci księżyc — dawna bogini Zgonu i Wtajemniczeń.

Trismegista, patrząc w księżyc, jak z Mitu Człowiek, jedyny na ziemi — mówi do księżycowej bogini idącej we krwi...).

— Miesięczna wielka mogiła,

gdzie śni myśl wieków ukryta,

jakby na ścierniu kobieta,

zbierając, które zgubiła,

kłoseczki krwawego żyta

od wieków zagubione!

W jakąże wiedzie stronę

dusze — co tworzy mogiła?

Miesięczna bogini leży —

na łonie różne ma znaki —

z Zigurat Chaldejskiej wieży.

Dziwne śpiewają nam ptaki.

Każdy kłos krwawy zerwany

szepce tajemne wigilie —

wciąż rozwierają nam lilie

krzyżowe swoje znaki!

Wiedzie mię do mej mogiły,

gdzie się poznamy miłośnie...

Zapalam dziewięćsiły,

wicher wygrywa na sośnie!

Labirynt widzę zawiły,

tam huczy morze rozjękiem —

napawa duchy lękiem

idąca ciemność mogiły!

(Mrok).