IV

Wicher jęczy w różne tony,

Łamie drzewa w lesie,

Jak po morzu sine fale,

Śnieg po polu niesie.

Karbowniczy28 wyszedł z chaty,

Obejść swoje knieje:

«Ale gdzie tam!... ani rady,

Wicher gdzieś zawieje.

Niechaj puszczę licho bierze,

Wrócę do komina.

Ale cóż tam? Ćma29 żołnierzy

Zbliżać się poczyna.

Co za chmara!... Co za chmara!

A jak broń ich błyska!

Niby pilno im doprawdy

Przysiąść do ogniska.

«Niczyporze — rzekł do syna —

Patrz, Moskale jadą,

A jak śnieg ich poubielał...

Jak łabędzi stado!...»

U nich w chacie Katarzyna

Nie śpi, nieszczęśliwa,

Słyszy całą ich rozmowę

I szybko się zrywa.

«Co, Moskale? Gdzie Moskale?»

Przy okienku stanie,

Jak szalona, bezprzytomna,

Leci na spotkanie.

«Snadź Moskale jej we znaki

Dali się nie lada,

Bo i przez sen tylko wzdycha,

Tylko o nich gada».

I przez chwasty, przez zasypy

Zadyszana leci,

I stanęła na gościńcu

Wśród wichrów zamieci.

A żołnierze konno, rzędem,

Jadą według hasła:

Katarzyna ich ujrzała

I w ręce zaklasła30.

A po przedzie starszy jedzie,

Okryty szarugą:

«Iwan!... Iwan! Och, mój luby!

Gdzieś bawił tak długo?!»

I do strzemion mu przypada

Szalona dziewczyna.

Iwan spojrzał — i konika

Ostrogami spina.

«Czy uciekasz?... Cóż to znaczy,

Iwanie jedyny!

Czyż ci z głowy pamięć wyszła

Twojej Katarzyny!?

Spojrzyj tylko... to ja... to ja,

Twoja ulubiona.

Po co gniewne marszczysz czoło

I targasz strzemiona?»

On udaje, że nie zważa,

I chce pędzić dalej,

I «Marsz naprzód!» groźnym głosem

Mówi do Moskali.

«Ej, Iwanie! Ej, sokole!

Nie opuszczę ciebie!

Jestem twoja Katarzyna,

Tak jak Bóg na niebie!»

«Daj mi pokój, szalenico,

Hej, weźcie ją z drogi!»

Jeszcze gniewniej zmarszczył czoło

I szarpnął ostrogi.

«Co, Iwanie?... Ty mnie rzucasz?

Węzeł się rozprzęga?

A gdzież twoje dobre słowo?

Gdzie twoja przysięga?»

«Precz mi z drogi! Hej, żołnierze,

Zwleczcie ją do rowu!»

Katarzyna za strzemiona

Chwyciła go znowu:

«Ze mną czyń jak twoja łaska,

Ja zniosę męczarnie,

Ale dziecię!... nasze dziecię...

Czyż zaginie marnie?

Nie gub, Janku, nas oboje,

Tak być nie powinno!

Ja ci będę najemnicą,

Kochaj sobie inną.

Kochaj sobie choć świat cały.

Niech się co chce stanie,

Ja zapomnę dawne lata

I nasze kochanie.

Tylko przykryj moją sławę

Imieniem twej żony:

Bo syn będzie nieszczęśliwy,

Świat boży zgorszony.

Nie porzucisz syna, luby,

Nie porzucisz przecie...

Pozwól... ja ci go przyniosę...

Co za piękne dziecię!»

I od kolan się odczepia,

I do chaty bieży,

Niesie dziecię otulone

W podartej odzieży.

«Patrz, Iwanie!... Patrz na syna!»

Iwan już z daleka...

«Czyż doprawdy swej dzieciny

Ojciec się wyrzeka?

Poczekajcie... Poczekajcie,

Sokoły-żołnierze!

Niech z was który mego syna

Do siebie zabierze!

Czy oddajcie go starszyźnie

Waszego szeregu,

Bo jak ojciec bezlitosny,

Rzucę go na śniegu!»

I z rozpaczy wściekłym krzykiem

Przeklina Iwana:

«Grzechem, synu, twa godzina,

Grzechem była dana.

Rośnij, rośnij na śmiech ludzki,

Sierocino mała!

Zostań tutaj szukać ojca,

Jam długo szukała!»

I przy drodze dziecię kładzie,

Sama w las ucieka,

A Moskali już za górą

Nie widać z daleka

A niemowlę dogorywa,

Wniebogłosy krzyczy...

Szczęściem krzyki ze swej chaty

Posłyszał leśniczy.

Katarzyna biega, wyje,

Klnie swego sokoła

I wybiegłszy na pagórek,

Po imieniu woła:

«Wróć się, wróć się, drogi Janku,

Tak powinność każe!»

Ale tylko leśne echo

Odzywa się w jarze.

Obłąkana bieży jarem,

Łapać echo może,

I stanęła bez pamięci

Przy wielkim jeziorze:

«Przyjmij, Boże, moją duszę,

Ty, wodo, me ciało!»

I na wodzie pod krą lodu

Coś zapluchotało.

Ot i kara, że nie słucha

Matczynej porady...

A wiatr dmuchnął po jeziorze

I zagładził ślady.

Mały wicher, co rwie dęby

I sośniny chyli;

Lżejsza boleść chować matkę,

W jej starości chwili;

Nie sieroty małe dzieci,

Co pogrzebły31 nianię:

Na mogiłach dobra pamięć

Jeszcze pozostanie.

Lecz cóż temu pozostało

Do życia ostatka,

Kogo ojciec ani widział,

Wyrzekła się matka?

Ani chaty, ani rodu,

Ani dobrej sławy,

Nikt do niego nie zagada,

Nie dzieli zabawy.

Szlochy, płacze całe życie.

Żal się, Panie Boże!

Na co jemu twarz udatna

I spojrzenia hoże?

Aby ludzie powiedzieli.

Patrząc w jego lice:

«Lepiej by go od kolebki

Pogrzebli rodzice!»