III

W Horodyszcze leciał stary,

Zebrał kumów aż trzy pary

I pod wieczór chrzestną wodą

Ksiądz dziecinę polał młodą.

Dano dziecku imię Marka,

A serdeczna dziadów parka,

Na wzrost jego patrząc krzepki,

Złotej chciałaby kolebki.

Już dla Marka, dla pieszczoty,

Już kolebki mało złotej:

Stary dziadek z babką chorą

Już mu cacek nie dobiorą.

I po drugiej, trzeciej wiośnie

Wypieszczony Marko rośnie

I wyrasta na młodziana

Jak jagódka, jak rumiana...

Wtem jednego w polu żniwa

Nowa gościa im przybywa:

Czarnobrewka — dziewczę hoże,

Przyszła w najmy20 żąć im zboże.

«A cóż, Nasto?» — «Cóż Trochimie?»

«Trzeba żniejki, niech się przyjmie.

Z starej ręki babki, dziada

Sierp żniwiarski już wypada,

A i dziecku będzie słodziej,

Bo mu niańka nie zaszkodzi» .

«Tak, tak, Nasto! — Trochim powie —

Już nie służy wiek i zdrowie,

A pod starość wielka zmiana,

Zdarłem nogi po kolana,

Nam potrzebne ręce młode...

Co chcesz, dziewczę, za nagrodę?»

«Ja chcę służyć w waszej chacie,

A przyjmuję, co mi dacie»

Rzecze dziewka kłopotliwa.

A staruszek brodą kiwa:

«Krzywdzić ciebie?... nam to na co?

Lecz ty waż się ze swą pracą,

Bo mówili ludzie starzy,

Że ten nie ma, kto nie waży.

Ty nas nie znasz, a my ciebie.

Żyj na naszym teraz chlebie,

A jak dobrze pójdzie proba,

Jedno drugich upodoba,

Jak pobędziesz w naszej chacie,

Pomówimy o zapłacie».

«Och, już wy mnie nie skrzywdzicie,

Ojcze-serce, matko-życie!

Mieszkać będę w waszej chacie,

Wezmę płacę, jaką dacie».

Weszli w chatę i dziewczyna

Nową służbę rozpoczyna,

Tak szczęśliwa, taka rada,

Na sto koni jakby wsiada,

Jakby dola biednej dana

Wyjść za pana, za hetmana.

O poranku i wieczorze

Ona w chacie i na dworze,

I w oborze, i w stodole,

I na żniwo idzie w pole.

Lecz najmilej czas jej płynie

Nad kołyską, przy dziecinie,

Że i matka i rodzona

Tylu trudów nie dokona.

W dzień powszedni czy w niedzielę

I pościołkę mu uściele,

I koszulkę włoży białą,

I rozczesze główkę małą,

I piosenki wyśpiewywa,

I wystruga wóz z łuczywa.

Cóż dopiero, gdy w dni święta

Inszą pracą niezajęta?

Przez dzień cały, przez dzień boży

Z rąk chłopięcia nie położy.

Aż się dziwią staruszkowie,

Nie pomieszczą tego w głowie,

Błogosławią jak rodzice

Swą poczciwą najemnicę.

Lecz gdy w nocy posną starzy

I dziecina się rozmarzy,

Ona patrzy na pacholę

I przeklina swoją dolę.

A jej żalu i rozpaczy

Nikt na świecie nie zobaczy;

Jeden Marko — lecz niebożę,

On zrozumieć jej nie może:

Czego płacze nieszczęśliwa?

Po co łzami go obmywa?

Czemu zszedłszy gdzieś w oddali

Całunkami aż go pali?

Nie dojada kęska chleba,

Byle Marko miał co trzeba?

Czasem ze snu coś wyszepce

Lub przewróci się w kolebce;

To już ona kłopotliwa

Z najtwardszego snu się zrywa

I przeżegna w nocną ciszę,

I kolebkę zakołysze.

Ona czuje aż z za ściany

Oddech dziecka rozespany;

A gdy z rana oczka przetrze,

Rączką chwyta za powietrze

I rączkami opowije

Pochyloną niani szyję,

Czasem nie wie, co wygada,

Imię matki niańce nada

I jak dąbek rość poczyna,

I kraśnieje jak kalina.