IV

Ej, niemało, niemało

Wód się w rzece przelało

I zła dola surowo

Puka w chatę dziadową.

Baba Nasta w mogile,

Dziadek upadł na sile,

Ani rady już nie ma,

Uratować Trochima.

Wreszcie uratowali,

I bieda poszła dalej,

I na cichym futorze

Szczęście zakwitło boże,

Z ciemnych gajów na nowo

Przyszło w chatę dziadową.

Już i Marko dziecina

Wyrósł bujno jak trzcina,

Krzepki na kształt jawora,

Że i żenić już pora.

Starzec w myślach się gubi:

«Kogo chłopak zaślubi?».

Słuchać ludzi nie wadzi,

Najemnicy się radzi.

Ta posłałaby swaty

Do królewny bogatej;

Lecz królewna daleko,

A tu lata ucieką21.

«Niech sam radzi w tej mierze,

Niech sam żonę wybierze».

«Dobrze, córko — rzekł stary —

Niech wyszuka już pary,

A jak parę wyszuka,

Posłać swatów nie sztuka».

Rozpytali, radzili,

Panów swatów prosili,

Przyszli swaty za wolą,

Przyszli z chlebem i solą.

I ubrani sowito,

I z rusznicą22 nabitą.

Dobrze poszło swatanie:

Piękna panna w żupanie23,

Taka hoża i młoda,

Że i starań nie szkoda.

Kwiatek krasny i wonny,

Sam pan hetman koronny

Takie dziecko pieszczone

Chętnie wziąłby za żonę.

«Dzięki, dzięki, swatowie! —

Rozczulony dziad powie —

Lecz rozbierzmy w gawędzie,

Gdzie i kiedy ślub będzie?

Jak w weselu zaradzę,

Kogo matką posadzę?

Nastę wzięto na mary...»

Ot i spłakał się stary.

Bozrzewniona najmita

Drzwi oburącz się chwyta,

I mdlejąca się tarza,

I coś, mdlejąc, powtarza,

Mówi cicho, a z rzadka:

«Matka!... matka!... gdzie matka?»