EPILOG:

Słudzy Pana wnoszą Slya w dawnym jego ubiorze i zostawiają go, gdzie go znaleźli. Po ich, odejściu wbiega Karczmarczyk.

KARCZMARCZYK

Teraz, gdy cienie nocy uleciały,

Gdy brzask już srebrzy kryształowe niebo,

Czas iść do pracy. — Ale cóż to widzę?

To Sly! O dziwy! czy tu noc przepędził?

Zbudzę go; byłby biedak umarł z głodu,

Gdyby żołądka nie był dobrze nalał.

Fe, wstydź się, Slyu! wstawaj, bo już świta.

SLY

Szymku, daj mi jeszcze szklankę wina. Jak to, czy już aktorzy odeszli? Alboż nie jestem magnatem?

KARCZMARCZYK

Fałszywy magnat; jeszcześ nie wytrzeźwiał?

SLY

Kto to? Karczmarczyk! o Panie, co za rozkoszny sen miałem; jak żyjesz, nic podobnego nie słyszałeś.

KARCZMARCZYK

Ja bym ci radził powracać do domu,

Żona ci natrze uszu za marzenia.

SLY

Myślisz? Lekarstwo mam na tę złośnicę:

Właśnie ja o tym całą noc marzyłem;

Tyś mnie rozbudził ze snu najmilszego.

Wracam do domu, a poskromię żonę,

Jeśli grać ze mną złośnicę znów zechce.

KARCZMARCZYK

Poczekaj, Slyu, pójdę z tobą razem,

A w drodze sen mi opowiesz twój cały.

Wychodzą.