SCENA CZWARTA

Las.

Wchodzą Aaron, Kwintus i Marcjusz.

AARON

Dalej, panowie, śmiało, lecz ostrożnie,

Już dobiegamy obrzydliwej jamy,

W której panterę śpiącą wytropiłem.

KWINTUS

Nie wiem dlaczego, lecz mi się ćmi w oczach.

MARCJUSZ

I ja bym wolał, gdybym się nie wstydził,

Dobrą godzinę snu za polowanie.

Wpada w jamę.

KWINTUS

Zapadłeś? Cóż to za jama subtelna18?

Otwór jej siecią jeżyn zasłoniony,

Na których liściu świecą krwi kropelki,

Jakby na kwiatach krople rannej rosy.

Straszne to miejsce, ale powiedz, bracie,

Czyś się nie ranił, padając znienacka?

MARCJUSZ

Widok mnie, bracie, ranił najstraszniejszy,

Co kiedykolwiek przez wzrok serca dosiągł.

AARON

na stronie

Cesarza teraz przywołam co prędzej;

Ich tu obecność zbudzi podejrzenie,

Że oni brata jego mordercami.

Wychodzi.

MARCJUSZ

Czemu pomocnej nie dajesz mi ręki,

By mnie z przeklętej jamy tej wydobyć?

KWINTUS

Jakaś mnie trwoga trzyma niepojęta,

Po drżących członkach zimny pot mi ciecze,

A serce grozy więcej podejrzewa,

Niż widzi oko.

MARCJUSZ

Twój duch jest proroczy.

Spójrz z Aaronem na dno tej jaskini,

A ujrzysz śmierci i krwi widowisko.

KWINTUS

Aaron odszedł; serce me wzruszone

Broni mym oczom poglądać na sprawy,

O których myśl już dreszczem mnie przejmuje.

Co się to znaczy? Raz pierwszy w mym życiu

Jak dziecko boję się, nie wiedząc czego.

MARCJUSZ

W ciemnej, przeklętej, krwią zbroczonej jamie

Leży bezkształtne ciało Basyjana,

Niby jagnięcia zabitego resztki.

KWINTUS

Jak rysy jego w ciemnościach poznałeś?

MARCJUSZ

Na krwawym jego palcu drogi klejnot

Swym ogniem całą rozjaśnia jaskinię

I jak pochodnia w grobowcu płonąca

Świeci nad bladą umarłego twarzą

I zdradza hydne jamy tajemnice.

Tak blady księżyc nad Piramem świecił,

Kiedy w dziewiczej krwi skąpany leżał.

Pomóż mi, bracie, chociaż słabą ręką,

Jeśli cię trwoga jak mnie nie zdrętwiła,

Z tej się żarłocznej wydobyć kotliny,

Jak mgliste brzegi Kocytu19 obrzydłej.

KWINTUS

Podaj mi rękę, bym ci zdołał pomóc,

Lub, jeśli moje nie wystarczą siły,

Bym zapadł z tobą w rozdziawioną paszczę

Głębokiej jamy, grobu Basyjana.

Sił nie mam dosyć, by cię na brzeg wciągnąć.

MARCJUSZ

Ni ja wydrapać się bez twej pomocy.

KWINTUS

Daj znowu rękę; nie puszczę jej teraz,

Póki ty w górze lub ja tam nie będę,

Nie możesz do mnie, ja pójdę do ciebie.

Zapada. Wchodzą Saturninus i Aaron.

SATURNINUS

Za mną! Zobaczę, co to za jaskinia

I co za człowiek rzucił się w nią teraz.

Powiedz, kto jesteś, co przed krótką chwilą

W otwartej ziemi skoczyłeś czeluście?

MARCJUSZ

Syn nieszczęśliwy starego Tytusa,

Który w fatalnej przyszedł tu godzinie,

By twego brata martwe znaleźć ciało.

SATURNINUS

Mojego brata ciało? Ty żartujesz.

Brat mój z swą żoną jest teraz w altanie

Na lasu tego północnej krawędzi,

Gdziem go zostawił, ledwo jest godzina.

MARCJUSZ

Nie wiemy, gdzieś go zostawił żyjącym,

Lecz myśmy tutaj go zmarłym znaleźli.

Wchodzą Tamora, Tytus Andronikus i Lucjusz.

TAMORA

Gdzie cesarz, pan mój?

SATURNINUS

Tu, w czarnej boleści.

TAMORA

Gdzie brat twój?

SATURNINUS

Teraz dosięgłaś dna rany:

Tam biedny brat mój zabity spoczywa.

TAMORA

Ach! Więc za późno list fatalny niosę,

Plan tej tragedii, zdziwiona, że może

Ludzkie oblicze tyle okrucieństwa

Osłonić płaszczem słodkiego uśmiechu.

Oddaje Saturninowi list.

SATURNINUS

czyta

„Jeśli go w dobry czas nie napotkamy,

O Basjanusie mówim, drogi strzelcze,

Kop dlań mogiłę — myśl naszą rozumiesz.

A twej zapłaty między pokrzywami

U stóp bzu szukaj, którego gałęzie

Właśnie jaskini zasłaniają otwór,

W którą go rzucić naszym jest zamiarem.

Zrób tak, a wieczną kupisz naszą przyjaźń”.

Czy podobnego słyszano co kiedy?

To jest ta jama, to bzowe jest drzewo;

Szukajcie, czy się nie kryje gdzie strzelec,

Co miał tu brata mego zamordować.

AARON

Łaskawy panie, oto złota worek.

SATURNINUS

do Tytusa

Z twej rasy krwawej krwawe dwa szczenięta

Tu mego brata biednego zagryzły.

Prowadźcie z jamy tej ich do więzienia,

Niech tam czekają, nim dla nich wymyślę

Męczarnie dotąd jeszcze niesłychane.

TAMORA

Co? W tej są jamie? O, dziwy; jak prędko

W cudowny sposób odkryte morderstwo!

TYTUS

Panie, na słabych błagam cię kolanach,

Ze łzą niełatwo z mych źrenic płynącą,

Aby ta zbrodnia mych przeklętych synów,

Przeklętych, jeśli znajdą się dowody...

SATURNINUS

Dowody! Toż jest sprawa jak dzień jasna.

Kto list ten znalazł? Ty sama, Tamoro?

TAMORA

Własną go ręką podniósł Andronikus.

TYTUS

Prawda, cesarzu, lecz przyjm mą rękojmię.

Na moich ojców święty grób przysięgam,

Że na twe pierwsze stawią się wezwanie,

Na podejrzenia gardłem odpowiedzieć.

SATURNINUS

Twojej rękojmi nie chcę — sam idź ze mną.

Zabierzcie trupa i jego morderców.

Wzbrońcie im mówić; zbrodnia jest widoczna.

Gdybym znał karę od śmierci straszniejszą.

Tą karą głowy dotknąłbym występne.

TAMORA

Bądź o twych synów bez trwogi, Tytusie,

Ja przy cesarzu obrońcą ich będę.

TYTUS

Idźmy, Lucjuszu, mowy ich nie słuchaj.

Wychodzą.