II.

Wstyd nie płomieni synowskiego czoła,

Że mych praojców łupieżcami zową:

Czyż ich sąsiady żyjące dokoła,

Co wyznawały wiarę Chrystusową,

Lepsze poganom podawały wzory

Bratniej miłości i świętej pokory?

Kiedy zachodni rycerze jak fala

Zabijać Litwę dla odpustu płyną,

Zowiąc jej synów dziećmi Beliala,

Dzikim potworem i leśną gadziną;

Czegóż się dziwić, że gromada dziczy

Głowę podniesie i żądłem zasyczy,

Gdy krew’8 bojową Kawas9 mu poruszy,

Kiedy go Perkun10 do zemsty poduszczy?

Bardziej się dziwić, gdy dziki syn puszczy

Słodkim uczuciom da przystęp do duszy,

Gdy bałwochwalcy marsowa11 jagoda12

Łzami czułości zaleje się hojnie,

Kiedy starcowi dłoń synowską poda,

Gdy uszanuje słabszego na wojnie,

Kiedy oszczędzi dla rycerskiej cześci13

Głowę dziecięcą albo wstyd niewieści.

Spytajcie wtedy: skąd on cnotę bierze?

Gdzie on to widział? kto w nim ludzkość budzi?

Czy własne serce? albo leśne zwierzę?

Skąd się nauczył? — pewno nie od ludzi!

Gdy doń Krzyżacy pukają we wrota,

Wie, co go czeka od wyznawców Chrysta:

Starcom zaguba, niewiastom sromota,

Mężom kajdany i hańba wieczysta,

A chacie płomień, a bogom zniewaga —

Nikt nie wymodli, nikt się nie wybłaga.

I Litwin — srogi, gdy twierdzę zdobędzie,

Pluska się we krwi, nie oszczędza jęku,

A miecz i ogień, zniszczenia narzędzie,

Nie dopuść Boże widzieć w jego ręku!

Jednak wśród ognia, wśród jęków skonania

Uszy zatyka i oczy zasłania:

Bo mu potrzeba być sroższym od zwierza,

A on własnemu sercu nie dowierza.

Żelaznym hełmem uzbrojona głowa

Lęka się dumek14, co rozczulić mogą,

A dzielna ręka w godzinę złowrogą

Od bicia serca zadrżeć mu gotowa:

Och! bo to serce bogowie odlali

Z miękkiego wosku i ze twardej stali.