V

Taką ognistość w myśli i słowie,

Taki we wzroku zapał zwycięski,

Taką potęgę, co k’czynom18 zowie,

Miał Wojciech Tabor, biskup wileński.

On, jako niegdyś Stanisław święty,

Królom i panom nadstawiał czoła;

Jak Oleśnicki równie był zdjęty

Miłością kraju i czcią kościoła.

Wedle pasterzy dobrych zwyczaju,

Po Chrystowemu do serca garnie

I wierne owce swojej owczarnie,

I wszystek naród swojego kraju.

On za ich sprawę stawił się śmiało,

Jak mu kapłańskie każe sumienie,

Chociażby za to spotkać go miało

Prześladowanie lub umęczenie.

On Aleksandra Jagiełły głowę

Uwieńczył książąt litewskich mitrą,

On wzmocnił z Polską przymierze nowe,

Przeniknął wrogów zasadzkę chytrą;

Za jego wpływem, polska korona

Na Aleksandra błysnęła czele,

A jednak później nieprzyjaciele

Wyzuli starca z pańskiego łona.

Król się nań gniewem srogim obrusza,

Zamyka przed nim wejście senatu,

Że chrześcijańska Wojciecha dusza

Za lud się wstawia do majestatu.

Że ze swojego wręcz stanowiska

Śmiał mu przypomnieć kraju ustawy,

Śmiał głośno wołać, że lud uciska

Gliński — powiernik króla nieprawy.

Lecz się kapłańskie nie zlękło serce,

Wojciech przed sejmem stanął raz drugi,

I śmiało palcem wskazał na zdzierce,

Słabego pana zdradliwe sługi.

Stawi jak pasterz groźne oblicze,

Jako poddany przed tronem klęka,

Ażeby tylko królewska ręka

Z szpon Glińskiego wydarła bicze.

Nic nie pomogła szlachetna praca,

Uwiedli króla chytrzy zbrodniarze,

Król od Wojciecha oczy odwraca

I sprzed oblicza odejść mu każe.

I gdyby wkrótce nie śmierci prawa,

Co Bóg na króla przedwcześnie zsyła,

Może drugiego krew’19 Stanisława

Kartę by dziejów naszych splamiła;

O zacną głowę obrońcy swego

Litwini drżeli po całym kraju:

Król nie ma serca karcić Glińskiego,

Gliński przebaczać nie ma zwyczaju!