VII

Przeżegnał panów skostniałą ręką;

Wyszli ze łzami senatorowie, —

Wszedł burmistrz miasta, pan Otoczeńko,

Padł na kolana i tak doń powie:

«Panie! Wy ojcem naszym jesteście!

Tyleście miastu dali opieki,

Raczcie zezwolić by w naszém mieście,

Stanął twój pomnik w potomne wieki!

Niech go wyrobią nasi rzeźbiarze!

Niech go wykują nasi kowale!

A my, magistrat, jak dług nam każe,

Sami ustawim na miejskim wale!»

— «Panie Burmistrzu! praca za długa,

Mnie za ten pomnik nie kupisz nieba,

Jakaż tu była moja zasługa?

Żem ja was kochał? bo tak potrzeba!

Te wasze baszty, te wasze ściany,

Ta łza, co u was w oczach się kręci,

To będzie pomnik mój wykowany!

On moją pamięć trwaléj uświęci!

Czy nieprzyjaciel, czy czas go zburzy,

Wy się nie leńcie kielni i młota.

Niech wasze głowy strzeże najdłużéj,

Aby nie poszła marnie robota,

W Bramie Miednickiej postawcie straże,

A gdy zadzwonią, że już mię nié ma,

Pierwszy, kto w niéj się jutro ukaże,

Pięćset kop groszy niechaj otrzyma!

Grosz na to w mojéj znajdziecie skrzyni,

Opieczętowan wielce starannie,

Niechże to łaska wasza uczyni,

Bom tak ślubował Najświętszej Pannie!

Bywajcie zdrowi, mój Otoczeńko!

Módlcie się za mną, gdy w Panu zamrę,

Bywajcie zdrowi!» I drżącą ręką

Mosiężnej księgi otworzył klamrę,

I począł czytać — i święta rosa,

Zwilżyła oczy, co jeszcze gorą.

Snadź świętej duszy tęskno w niebiosa!

Burmistrz i Radni wyszli z pokorą...

On się zadumał, w górę wzniósł oczy,

Przycisnął mały krzyżyk do łona,

Wtém jęknął kapłan, co stał z uboczy,

Że pasterz kona...