III

Ransdorf w swoim namiocie, jak zakonnik w celi,

Siedzi jeden, powszedniej ochoty nie dzieli:

Myśl o Egli, od czasu gdy ujrzał swobodę,

Ochrania od skażenia jego serce młode.

Bo hulacka piosenka szału i rozkoszy

Boleści rozpaczliwej z serca nie wypłoszy,

Na zgryzotę sumienia, ach! niełatwa rada,

Winem nie zalać iskry, co mu pierś przejada.

On klęczał przed ołtarzem i modlił się co dzień,

Winił się na spowiedzi, jak najcięższy zbrodzień,

Przedstawiał swą niewdzięczność w straszliwej postaci,

Jako Litwie żelazem za gościnę płaci.

Ale mnich, co go przyjął na pokuty łono,

Co chciał wskrzesić do życia duszę zrozpaczoną,

Na próżno doń przemawiał w imię sprawy Bożej,

Zamiast ranę wyleczyć, rozjątrzył ją srożej:

Bo słysząc, że dla Boga walczą się te kraje,

Że zdrada w imie Pańskie zdradą być przestaje,

Zachwiał się młody łucznik w młodocianej wierze,

I coś mu było ciężko, gdy mówił pacierze;

Pierzchły swobodne myśli z ociężałej głowy,

A piersi jakby kamień przywalił grobowy.