IV

Ransdorf został ich wodzem — ten zaszczyt mu dany

W nadziei, że tym dzielniej sprawi się z pogany,

Że świadom ich zwyczajów, obeznan z ich mową,

W wiedzie do twierdzy Pullen potęgę Krzyżową.

On dochował przysięgi danej Lutasowi

I o lochach tajemnych nikomu nie mówi,

I za najświętszy dla się obowiązek kładnie,

Że ufności Litwinów nie zawiedzie zdradnie,

Że wdzięczen za gościnność, co mu w Litwie dali,

Nigdzie zboża nie stłoczy, nigdzie chat nie spali,

Że spokojnych mieszkańców nigdy nie ugniecie,

Że poszanuje starca, niewiastę i dziecię,

Taką wykonał w duchu przysięgę dostojną,

Przyjmując Przenajświętszy Sakrament przed wojną.

Lecz choć serce umocnił prawowierną modłą,

Choć go wezwanie starszych na wojnę powiodło,

I choć wojnę z pogaństwem za zasługę liczy,

Uczuwa na sumieniu wyrzut tajemniczy,

A gdy jego walecznych łuczników drużyna

Dawną pieśnię pochodu chórem rozpoczyna,

Kiedy starym się snują pogadanki, żarty —

Ich wódz milczy na łęku u siodła oparty,

Spuszcza oczy, jak zbrodzień gdy u sądu stanie,

A na pochmurnym czole znać przykre dumanie;

Tylko swego rumaka zażywa ostrogą,

Chciałby pędzić, jak strzała, ile siły zmogą.

Nadzieja doń się wdzięczy i szepce mu z cicha,

Że odetchnie powietrzem, co Egle oddycha —

Ale nie godzien doznać swobodnej radości,

Kto do domu swej lubej jak wróg idzie w gości,

Kto zamiast upominków, zamiast czystych kwieci,

Nad jej głową pożarną pochodnią zaświeci,

Kto niesie łuk i kołczan pełny ostrych grotów,

Którymi pierś jej braci poprzeszywać gotów,

Kto na głowę jej ojca, na święte jej bogi,

Wyostrzył miecz morderczy i topór złowrogi

Taki kochanek potwór — ludzkości zakała,

Bluźnierstwo taka miłość, co mu w sercu pała.

Czuje Ransdorf, że idzie jak leśny bandyta,

I nieraz miecz od boku rozpaczliwie chwyta,

Targa się przebić własne wiarołomne łono;

Lecz wiara, co od dziecka w serce mu wpojono,

Rozpaczliwe dumania w pogodniejsze zmienia,

I szepce mu o dziele wiecznego zbawienia:

Że jako rycerz Boży w chrześcijańskiej walce

Nawróci lub pokona dzikie bałwochwalce,

Że przezeń może ujrzą światło wiekuiste

Synowie odrzucenia, Twoje wrogi, Chryste!

Że w bogach Litwy szatan zamieszkał widomie,

Że Znicz to z iskry piekieł rozniecone płomie,

Że kto tylko na Litwie wytępi bożyszcza,

Kto bezbożne świątynie obróci na zgliszcza —

Będzie wielkim w niebiesiech, siłę piekieł wydrze,

Jak niegdyś święty Jerzy, co łeb strzaskał hydrze.

Ale nad wszystkie myśli, myśl święta, jedyna

Wdzięczy się do kochanka i chrześcijanina:

Że lube czoło Egli przez chrzestne polanie

Zaświeci aureolą i godnym się stanie

Tego nieba, co dzisiaj przeczuwa pierś drobna,

Tych aniołów, do których jak siostra podobna.

O! jak to będzie błogo, wesoło i świetnie!

Papież kordem139 Piotrowym jego śluby przetnie;

A ona, dziecko niebios — chrześcijanka młoda,

Drobną rączkę przed ołtarz tak samo mu poda,

Jak niegdyś w owej strasznej i szczęśliwej chwili,

Kiedy tam ofiarnicy juz stos rozpalili;

Tylko na pięknej twarzy nie przestrach, nie bladość

Lecz się dola uśmiechnie, zakraśnieje radość,

I nastaną dni piękne w szczęściu i swobodzie.