XV

Przybijają do brzegu najezdnicze tratwy;

Lecz wybrzeże urwiste, a przystęp niełatwy,

A nad głową na wałach Litwinów gromada,

I grad ciężkich kamieni na Krzyżowców spada.

Lecz choć wisi już nad nim mordercza siekiera,

Książe saski odważnie na górę się wdziera,

A wśród hucznych okrzyków, że aż słychać w lesie,

Za nim ciżba pancerna po wąwozach pnie się.

Już doszli napastnicy do połowy wałów,

Już głowy najezdnicze wolne od wystrzałów,

Kiedy na płytkim głazie w mordercze objęcia

Stary Lutas pochwycił niemieckiego księcia,

I cisnął go na ziemię tak potężnym rzutem,

Aż stęknął żwir pod ciałem w żelazo okutym,

I młotem tak mu silnie do piersi uderza,

Że aż zgrzytnął blaszany napierśnik rycerza;

Ale Krucygier zręczny, jak liszka, jak żmija,

Wstaje, skręca się, z ramion litewskich wywija,

I nim się starzec spostrzegł — tak go mieczem płatnie,

Że Lutas padł, wydając jęczenia ostatnie.

Zerwał się — jeszcze, zamach ostateczny czyni,

Już mu spieszą na pomoc zawzięci Litwini,

Gdy Rudolf książę saskie skinął na Krzyżaki:

„Zabierzcie go! nam dzisiaj przyda się dziad taki:

Musi znać przejścia twierdzy — odprowadźcie dziada,

Niech go tam Ransdorf Warner najściślej wybada;

Nim z cielska zgrzybiałego dusza nie uciekła,

Nim szatan poganina pochwyci do piekła —

Pod mękami niech nasze zawiadomi wodze

O murach, lochach zamku, o całej załodze.”

Rzekł, a jego żołdacy w tejże samej chwili

Konającego starca na ręce chwycili,

Zbiegli z krętego wału, zanieśli do łodzi.

A choć ze starej głowy krew bystro uchodzi,

Lutas wyciągnął ręce, jak szpony jastrzębie,

Chwycił jednego z Niemców i w Niemnowe głębie

Strąci z łodzi — i upadł na ręce wioślarzy,

Bełkoce nieprzytomnie, coś o bitwie marzy.