XVI

Już Niemcy wał zdobyli — do warownej ściany

Wleką burzące działa, grzmotliwe tarany.

Huknął straszliwy łoskot, aż się wstrzęsły góry.

Margier ścian swoich broni — jego głos ponury,

Choć Krzyżaków napełnia zwątpieniem i trwogą,

Ale wszyscy Litwini słyszeć go nie mogą.

Cóż litewscy bojacy? liczba ich niedługa,

A reszta — motłoch trwożny uciekły od pługa,

Ciska strzały na oślep, z rąk bardysze159 roni,

Ścianę osłania pierśmi, lecz jej nie ochroni.

Grzmotnął armatni wystrzał, jak piekieł widziadło...

Runął mur, pękły balki, pół ściany odpadło.

Jeszcze chwila... a jeźli nie odeprą krzepko,

Wnet się Niemcy zapastwią nad dziatwy kolebką;

Taka myśl rozpaczliwa i okrzyk Margiera,

W ich piersiach budzi męstwo, co już obumiera.

Choć zgruchotane ściany, obalone głazy,

Pierś jest murem warownym, mocniejszym sto razy

Od wypalonych cegieł i twardych kamieni;

Poczuli to litewscy męże zrozpaczeni,

I jakby nową siłą Perkun160 ich obdarza,

Jakby zstąpił sam Poklus161 ze swego ołtarza,

Tak w obec nieprzyjaznych taranów i kuli,

Nieśmiertelną odwagę w swej piersi poczuli.

W poszarpanych odzieżach, okryci kurzawą,

Dobyli sił ostatnich na obronę krwawą;

Krzycząc z ochrzypłej piersi usty spalonemi,

Uderzyli zajadle na wroga swej ziemi.

Niemieckim szwargotaniem wzywając Maryję,

Krzyżak ciężkim pałaszem każdy cios odbije.

A kiedy lotna strzała nie służy z pobliska,

Przy obalonej ścianie dwa wojska się ściska,

W jedną potworną całość zlewa się i splata,

Jak gdyby fala czarna, ruchoma, iskrzata.

A coraz ciężkie ciało do Niemna się zwali,

Trąba zgrzyta, krew świszcze, stal brzęczy po stali,

Ziemia stęka, jak gdyby wzruszona do głębi,

A wiatr gęstą kurzawę pod niebiosa kłębi,

A gwarny wir bojowy kipi tak bezładnie,

Że ucho nic nie schwyci, oko nic nie zgadnie.

Wzięli górę kudłaci wojownicy w czerni.

Staczają się po wałach rycerze pancerni,

Niosą rannych i trupów znakomitszej braci;

A kto życia nie stracił, ten już siłę traci,

Zbiera pogięte hełmy, potrzaskane miecze,

I ucieka od Litwy — nie zawsze uciecze:

Owdzie oszczep ciśnięty z Margierowej dłoni,

Owdzie strzała swym żądłem kamiennym dogoni,

I trupem go położy, skarze za bezprawia.

Już się tratwa po tratwie za Niemen przeprawia,

A dopóki wioślarze skręcą przy zatoce,

Kamień z góry zepchnięty po ich tratwach grzmoce,

Złamie sosnowe kłody, lub balki rozdzieli,

I trwożnych niedobitków pogrąża w topieli.

Krwawe słońce zachodzi — świat grąży się w ciemnie,

Wszędzie krew: na niebiosach, na ziemi, na Niemnie,

Na twarzy bojowników i na ich odzieży,

I na ostzach orężów, co żer miały świeży.

Wreszcie krzyżowe hufce opuściły wały,

Tylko same Litwinów garstki pozostały;

A na ich czele Margier, na włóczni oparty,

Każe niecić ogniska, rozporządza warty;

A cała jego odzież zbryzgana posoką,

Twarz blada, krwią zabiegło bohaterskie oko,

A miecz jego morderczy, gdy się żniwo kończy,

Silnie utkwiony w ziemię krew kroplami sączy.