XV

A na zgliszczach zamkowych kipi bój zajadły:

Zwęglone od płomienia ściany już opadły,

Do Niemna, do Puniały płynie krew ruczajem194;

Litwini nie przestają mordować się wzajem,

Wskakują w stos ofiarny, śpiewają i jęczą,

Obryzgani posoką i pianą szaleńczą

Jeden Margier spokojny wśród jęku swych dzieci;

Żaden mu wściekły wyraz oblicza nie szpeci;

Ujrzał zgubę, gdy Krzyżak od lochów się wciska,

Zaprzysiągł, że mu odda trupy i zwaliska,

A jako dobro Litwy, jak bogowie każą,

Ścina głowy swym braciom z uroczystą twarzą;

Nie pastwi się nad nimi, jako wściekły zbójca,

Ale pełni powinność książęcia i ojca,

Aby lud bohaterski, sercem ukochany,

Nie przyszedł w pohańbienie dźwigając kajdany.

Szukający zdobyczy wśród zamku płomieni,

Krzyżacy na morderstwo patrzą przerażeni;

Od ranka swej wściekłości wywierając dosyć,

Nie śmieją na Litwinów już ręki podnosić.

Choć biorą te szaleństwo za sidła szatana,

Do ich serca wstępuje jakaś cześć nieznana

Dla chrobrych bojowników. Już stos ledwie pała,

Już Marti wśród gorących płomieni skonała,

Już słychać słaby łoskot ledwie kilku młotów,

Margier krwawą ofiarę już dopełnić gotów

I przebić własne piersi.