I

Przeszłości święta! pokój ci niech będzie

W twym wiekuistym, w twoim sennym grobie!

Coś nagrzeszyła w niebacznym obłędzie,

Niech Bóg udzieli przebaczenia tobie.

A twoim cnotom swą łaską przyczyni

Plennego79 wzrostu, co ma ziarno w roli,

W naszych im sercach krzewić się dozwoli:

Przeszłości święta! tyś nasza mistrzyni!

Nie dla zgorszenia, ale dla poprawy,

Pozwól w twój obraz przypatrzyć się mgławy, —

I nie poczytaj nas za świętokradce,

Nie miéj za winnych synowskiéj obrazy,

Jeśli się z dala przypatrując matce

Na jéj obliczu odkryjemy skazy.

My dobrze serce naszéj matki znamy:

Ona tam w niebie jedną żądzę żywi,

Aby jej dzieci były od niéj saméj

Bardziéj cnotliwi i bardziéj szczęśliwi.

Nam dla przestrogi ona sama powié,

Co nabroiła, kiedy była młoda.

Niewiele grzechów liczy na swej głowie

Grzech jéj najcięższy miał imię — Swoboda.

Nie ta swoboda, którą ma od Boga

I myśl człowiecza, i niebieski ptaszek,

Co nie dla marnych stworzona igraszek,

Co wie, skąd idzie i dokąd jéj droga,

Pilnując kręgu jak słońca na niebie

Ciepło i światło sieje wkoło siebie, —

I zna to dobrze, że gdyby w zakresie

Śmiała przekroczyć choć na jeden atom,

To zamiast szczęścia, które daje światom,

Straszliwe światu skończenie przyniesie.

Córka zniszczenia jest inna swoboda,

Czynem i słowem w karby nieujęta,

Do której hasło najpierwszy ten poda,

Kto chce narzucić niewolnicze pęta,

Co aby snadniéj80 zhołdować lud boży,

Sam się poniży, sam się upokorzy.

Na nim się wesprzesz jakby na opoce,

A on się śmieje w głębi swego ducha,

On weźmie pierwsze swawoli owoce,

A karę błędu — ten, kto go usłucha.

Tak niegdyś w Polsce, miłościwe pany

Mówiły szlachcie: «Co te nasze prawa?

Ten król, choć przez nas swobodnie obrany,

Na naszą wolność nieżyczliw się zdawa81.

Nasze statuta, choć własne pisanie,

Niedobrze płużą82 braterskiéj swobodzie:

Wszakeśmy szlachta — a szlachcic, mospanie,

Choć na zagrodzie, rówien wojewodzie.

Hej! kogo losy krajowe obchodzą,

Do mnie niech śpieszy! co żywiéj a sporzéj!

Stanę na czele, a pod moją wodzą,

Król się poniży, prawo upokorzy!

Nic nie zważajcie, żem ja wojewoda,

A baczcie83 we mnie szlachcica i brata:

Mam chléb i wino, co to ust nie szkoda,

Przyjmę was chętnie, czém chata bogata!»

A ślepa szlachta, krzycząc wniebogłosy

Na ucisk tronu i niesłuszność prawa,

Pod sztandarami wojewody stawa84,

I z jego gwiazdą połącza swe losy,

Z jego zachceniem łączy swoje modły,

Z jego orężem swe szable ochocze, —

Już się za kruszec zaprzedaje podły,

Za stągiew miodu, za gruntu półwłocze85.

A do pańskiego rydwanu przykuta,

Już zapomniawszy, co wolność prawdziwa,

Śni jeszcze szlachta, że swobód używa,

Obiera króla i pisze statuta.

Senne rojenia! niedorzeczne chęci!

Pomiędzy kilku władza się rozdziela;

Potężnych domów mnodzy są klienci,

Lecz trudno w kraju o obywatela.