VIII
«Mróz, miły bracie! czy waści nie chłodno?»
«Ręce pokrzepły, miłościwy księże!
Choć mam opończę ciepłą i wygodną,
Chłód i przez szubę do kości dosięże.
Krew’30 już nie grzeje, to i cóż za dziwy?
Starość nie radość, księże miłościwy!
Śmierć w oczy patrzy!»
«Niepotrzebna trwoga:
Bliżéj do grobu, to bliżéj do Boga.
(Odpowie Skarga) Zresztą, miły bracie,
Tam w niebie ciepléj».
«Ciepléj, księże miły,
Niżby, na przykład, ot w téj staréj chacie,
Co nad jéj okny31 wiszą lodu bryły,
Szybki pobite od wczorajszej burzy,
A jak uważam32 — z pieca się nie kurzy33!»
Pokiwał głową i na chatę bliską
Skierował swoje woźnicze biczysko.
«A któż tu mieszka?» — spytał Skarga rzewnie.
«Wdowa płatnerza — pomnę ich przed laty:
Tu miał domostwo, tu stały warsztaty,
Dogadzał żonie, jak gdyby królewnie.
Bo było z czego: w batorowskie czasy
Pancerze, hełmy były wielce w modzie;
Miał ich w sklepiku ogromne zapasy
Ku prześwietnego rycerstwa wygodzie.
A był to z dziadów, z pradziadów zbrojownik,
U nich rzemiosło szło z ojca na syna;
Bywało, pancerz czy koński nagłownik
Z żelaznéj blachy, jak z wosku wygina!
Późniéj postarzał, oślepnął i ginie:
Robota rzadsza, a tu człowiek chory,
Król miłościwy, panujący ninie34,
Już do pancerza nie to co Batory!
Zresztą dziś szlachta bogaciéj się stroi:
Wzdycha do lekkich weneckich pancerzy,
Już jéj domowéj nie pokazuj zbroi,
Rada by błyszczéć jakby święty Jerzy!
A tu... jak Niemcy do miasta nalazą35,
Jak poczną stawiać nowomodne kramy,
Sprowadzać szwedzkie zza morza żelazo,
Gdzież my prostacy z nimi się zrównamy?
Bolał nieborak od doby do doby
I jego mieszek chorzał na suchoty.
A tu z kramkami wędrujące Szkoty,
Dawaj go leczyć od ocznej choroby!
I wyleczyli... po trosze... po trosze,
Zabrali oczy i życie, i grosze...
Została żona — poczciwa starucha
I troje dziatwy — pacholęta jeszcze...
Patrz wasza miłość: ot i w ręce chucha
Nędza nie puści, kogo porwie w kleszcze!
A tego roku drogi chléb i mięso
I wiązki drzewa za szeląg nie dostać:
Nie dziw, że wdowy skurczyła się postać,
Nie dziw, że dzieci od głodu się trzęsą.
Ojciec kuł ludziom pancerze za młodu,
Chronił ich piersi od bojowéj kuli,
A dzisiaj, dziatwy ginącéj od chłodu
Nikt nie ochroni — nikt nie da koszuli!»
Tak stary bajał jednego poranka:
Och! bo i jego był los taki samy!
Machnął biczyskiem i zaciął bułanka!
Stuknął o kamień — i wjechał do bramy.
A ojciec Skarga, co zawsze przy sobie
Miał rzymski stylus i tabliczki z wosku,
Co nieszczęśliwym w utrapienia dobie
Z rychłą pomocą śpieszył po ojcowsku, —
Zapisał imię nieszczęśliwéj wdowy,
Pożegnał starca i ruszył swą drogą;
I już nazajutrz pacholik zamkowy
Zaniósł jéj wsparcie — Bógże wié od kogo!
A kiedy pełniąc stare obyczaje
Krzepił Szeliga w gospodzie swe zdrowie,
Bóg wié, dlaczego cóś mu się wydaje,
Że i miód słodszy i weseléj w głowie.