XIII
Szeliga wrócon do swojego świata
Uprzejmém sercem z sąsiady się brata;
Jako myśliwy i rolnik z rzemiosła
Oszczep i sochę pilnował na przemian,
Spraszał do siebie miłościwych ziemian,
A gęsta trawa nigdy nie wyrosła
Pod jego wróty; — jak ziemianin prawy62
Miłe z sąsiady prowadził zabawy:
W wonnym ogródku, pod ciemnemi klony
Zasiadał z gośćmi na dębowéj kłodzie,
I miód pienisty w sklepie63 ochłodzony
Lał w sporą czarę, — szły żarty przy miodzie,
A czasem rzewne i poważne słowa,
Albo piosenka jakaś obozowa,
Śmieszna, choć czasem niezbyt świątobliwa,
Jak stary nałóg z ust mu się wyrywa.
Takich piosenek nauczył się sporo
Przez swe żołnierskie i dworskie tułactwa;
Lecz myśli święte zawżdy górę biorą:
Był sodalisem64 jezuitów bractwa,
Zwykle w niedzielę lub w dniu jakim świętym
Nosił baldachim ponad sakramentem,
Sługiwał do mszy, wiódł księdza pod rękę,
Niósł na asperges65 kropielnicę z wodą,
A Matce Bożej śpiewając piosenkę,
Ora pro nobis66 grzmiał piersią tak młodą,
Że trudno zgadnąć, czy to człek ten samy67,
Co w barwie68 dworskiéj z chmurnemi oczyma,
Powożąc Skargę, u zamkowéj bramy
Ledwie, bywało, lejc w rękach utrzyma.
Bo to powietrze rodowitéj kniei
Wzmocniło piersi jak zbawczą oliwą,
A myśl otuchy i lepszéj nadziei
Otarła z czoła zmarszczkę kłopotliwą.
Wąs długi, siwy, co na piersi spada,
Wzniósł się do góry junacko a młodo;
Błękitne oczy iskrzą się pogodą,
Czerstwe policzki kraśnieją u dziada.
Każdego roku jeździł do Warszawy
Odebrać grosze, co miał z łaski króla;
A błogosławiąc kęs chleba łaskawy,
Ubogich wspiera, sieroty przytula;
Swojego rodu zapewniając dolę,
Wykształcał syna w jezuickiéj szkole;
I resztę chleba, co urodzi niwa,
Z dobrymi ludźmi wesoło spożywa.
A kiedy czasem zawija czy słota
I nikt nie przyjdzie osłodzić mu życie,
On tęskném okiem spoglądał na wrota,
Jakby ich błagał o gości przybycie.