XVII

Szeliga tedy, występny banita,

Wygnan od ziomków za rodzinne płoty;

Lecz za to bogacz — a myśl jego skryta

Mało się troszczy tém piętnem sromoty114.

A hetman nieco łagodząc mu winę,

Nim się dopełni wygnanie złowieszcze,

Kilka dni czasu zostawił mu jeszcze,

Aby mógł przedać ojcowską wioszczynę.

Szczupłyć to dworek — mało go obchodzi;

Jednak Szeliga skorzystał z pozoru,

Aby na Litwie, wśród tamecznéj młodzi

Jednać stronniki dla szwedzkiego dworu.

Pojechał tedy w rodowitą stronę,

Gdzie od młodości nie postał i nogą,

Cztery rumaki w karocę wprzężone

Pędzą ku Litwie pośpiesznie jak mogą.

I któż by poznał po tak długim czasie

Syna woźnicy w téj pańskiéj kolasie?

Na pacholęciu przed dawnemi laty,

Gdy wyjeżdżało z ojcowskiego domu,

Nie świecił w oczy strój taki bogaty,

Twarz była młoda, a czoło bez sromu.

Za niém leciały — jako towarzysze,

Błogosławieństwa ojca i kapłana;

Dziś jego głowa z kraju wywołana115,

Przeklęstwo ziomków nad nią się kołysze.

I kraj się zmienił, że poznać nie można:

Tak było pięknie, tak było zielono,

A teraz dymem wsi i miasta płoną;

Świątynie ręka odarła bezbożna;

Nie słychać w polu śpiewania żniwiarzy;

Kryje się w lasach trwożliwie drużyna;

A gdy człowieka napotkać się zdarzy,

Ten gorzko płacze i Szweda przeklina;

Zboża spalone, nagie świątyń mury,

Wszędy zniszczenie, gdzie oko dościga...

I gorzko, gorzko zaśmiał się Szeliga,

Dworek swych ojców gdy zobaczył z góry.

Runęły spichrze, gołębnik, stodoła,

Dom pochylony do upadku gotów,

Klonów i gruszy nie było już zgoła,

Rosły badyle w ogródku bez płotów.

Znaczno, że wszędy przeszedł czas pożerczy,

Wszystko boleśne przypomnienia budzi;

Tylko przed wjazdem stara brama sterczy,

Zaklęciem Skargi pamiętna u ludzi.

Westchnął Szeliga — a z dumnego oka

Trysnęła łezka, gość niespodziewany;

Lecz się opomniał116 i spojrzał z wysoka

I począł nowe osnowywać117 plany: