III

Byłem już sobie rosłe pacholę,

Runiał mi wąsik na kraśnej twarzy;

Czas był do szkoły — ale o szkole

Mojemu ojcu ani się marzy;

A kiedy wspomni, to zawsze w gniewie:

«Proszę aspana, czas wyśmienity,

Młodzież głupieje, nic a nic nie wie,

A gdzie się uczyć bez jezuity?

Minęła wiara i karność stara,

Po szkołach jakieś nowotne dzieło,

Nie masz łaciny, nie masz Alwara22,

Równo z Alwarem — wszystko zginęło.

Ksiądz jezuita niegdyś dobitnie

Wrażał łacinę i karność w dziecię,

Przetoż bywało i mądrość kwitnie,

I lepiej jakoś było na świecie;

Przodkowie nasi stąd mieli ducha,

Stąd wiekopomne tworzyli cuda,

Dzisiaj bez rózgi moralność krucha,

Z pijarskich książek łacina chuda.

Syna bym w domu nie trzymał dłużéj,

Lecz Pan Bóg widzi, że pusto w kiesie:

Dać do konwiktu możność nie służy,

Uczyć przy farze jakoś nie chce się;

Zwłaszcza gdy człowiek z dawna pamięta,

Że dom nasz bywał w świetniejszym stanie,

Byliśmy w szkole między panięta,

Chłostę na perskim brali dywanie.

A dziś... mój dziedzic... biada nam, biada!

Daremno człowiek ratunku szuka,

Co dzień to ciężej ród podupada

Z ojca na syna, z syna na wnuka.

Proszę aspana, uczyć się pora,

Lecz nie masz za co, nie masz widocznie,

Uproszę księdza definitora23,

Niech bakałarzyć nad tobą pocznie.

Kształć się w łacinie i świętej wierze,

Nim pójdziesz do szkół wedle zwyczaju —

Może się u mnie grosiwo zbierze

I jezuici wrócą do kraju».