XII

Biegły me dni jak w niebie na takiej nauce,

Mniemałem, że już księdza nigdy nie porzucę;

Bo przeznać66 całą mądrość, którą starzec głosił,

A przejąć wszystkie cnoty, które w sercu nosił,

I za rok, i za drugi to jeszcze niewiele.

Ojciec przychodził do nas prawie co niedzielę,

Zaczepiał mię z łaciny — znać było po minie,

Że się cieszył, że widział, jak postępy czynię;

Ale gdyśmy sam na sam, strach, co wygadywa

Na owe z wieśniakami noclegi i żniwa!

«Muszę, proszę aspana, oddać cię do miasta,

Bo tutaj twe szlachectwo na nic się rozszasta,

A tarcza z Dęborogiem wśród chłopstwa wytarta,

Co kapelusz żydowski, tyle będzie warta.

Kiedy ksiądz definitor żąda natarczywie,

Ażebyś z prostakami pracował na niwie,

Staremu trzeba ulec: bo mię zrzędzić zacznie,

Lecz pamiętaj w robocie zostać się nieznacznie

I folgować swym rękom — by znał gmin ciekawy,

Że pracujesz nie z musu, jeno dla zabawy;

Dłoń szlachcica stworzona dla miecza, nie żniwa,

Krom rycerskiej zabawy niech wolno spoczywa».

Tak zacni dwaj starcowie w niezgodnej rozterce

Każdy w inną krainę ciągnął moje serce:

W krainie herbów jakoś i zimno, i ciemno;

Inszy świat definitor rozjaśniał przede mną,

Tam dla duszy przestronniej i sercu weselej.

Ojciec to zauważał — więc jednej niedzieli

Na mszę przyjechał wózkiem i oświadczył żywo,

Że mię oddać do szkoły zebrał już grosiwo

I syna wraz zabierze. — Ja w płacz — nic nie służy67:

Już wybiła boleśna godzina podróży.

Ksiądz mnie rzewnie uściskał, a tknięty mym płaczem

Łzie ze starego oka dał płynąć cichaczem,

Żegnał i błogosławił ojcowskiemi słowy,

I dał mi poświęcony medal z Częstochowy,

Przeprowadził z pół mili aż ku wielkiej sośnie;

Stary Servus zaszczekał, zaskomlił żałośnie

Po dobrym towarzyszu — ruszyliśmy drogą,

Skrył się za górą domek, gdziem przeżył tak błogo,

Tylko krzyżyk kościelny zza lasu migota,

Jakby błogosławieństwo na drogę żywota.