XIII

Czem w polu zasiew, czem zawiązka w kwiecie,

Tem w życiu męża szkolne sześciolecie.

Trudno dziś skupić te drogie obrazy,

Choć się ich tyle do wspomnienia ciśnie.

Choć jeszcze teraz, po ileż to razy!

Szkolną ławicę albo dzwonek przyśnię!

Niekiedy marzę, że nie umiem składni,

A tu za chwilę wejdzie ksiądz Łacina68.

Szydzą z mej biedy uczniowie przykładni,

Truchleję — blednę, aż krew mi się ścina,

Aż się rozbudzę — ale gdy na jawie

Ochłonę nieco ze strachu szkolarza,

To w gorzkiem życiu słodko się zabawię,

Pierś orzeźwioną wspomnienie rozmarza.

Tak w skwarne lato oddychamy miło

Pod ciemnym klonem lub brzozą pochyłą.

Pomnę raz pierwszy, gdym jechał do szkoły,

Jaką się trwogę w sercu przezwycięża,

A ojciec prawi w gawędzie wesołej,

Jak to chłostali jezuiccy księża;

Przed rozognioną wyobraźnią dziecka

Stał jezuita i poglądał srogo,

Ukrywał kauczuk pod wełnianą togą,

A w jego rękach grammatyka grecka.

Takiemi strachy napełnia się głowa,

Chór jezuitów groźnie mię otacza.

Tak gdy niebaczna piastunka wioskowa

Postraszy dziadem małego krzykacza,

To dziecko płacze, gdy go w cerkiew wiodą,

Choć tam Pan Jezus we złocie i srebrze,

Lecz strach u progu — dziad z torbą i brodą

Wyciąga rękę i śpiewając żebrze.

Od tego dziecka nie weselszy zgoła

Ujrzałem mury, gdzie klasztor i szkoła,

Kędy mnie wiedli; — z bojaźliwą trwogą

Wszedłem za ojcem za furtę klasztorną...

Na korytarzach nie było nikogo;

Przyległe cele godziną wieczorną

Grzmiały w sto głosów; znaczno, żeśmy w szkole,

Ówdzie nauki, tam śmiech i swawole.

Tedyśmy weszli do jednej z tych celi,

Tutaj ksiądz prefekt mego ojca wita,

Z miłym uśmiechem, obleczony w bieli,

Całkiem nie taki jak ów jezuita,

Co w czarnej szacie i z groźbą na twarzy

Od kilku nocy w moich snach się marzy.

Snadź, że wyczytał przestrach z mojej miny,

Bo mię pod brodę pogłaskał łaskawie,

Potem znienacka zapytał z łaciny,

Ja mu pijarską grammatykę prawię,

Jakby przed ojcem, odważnie, tak samo:

Bo wzrok łaskawy rozbudził mą wenę —

Odmieniam terra69, koniuguję amo70,

Ksiądz prefekt chwali: bene puer! bene71!

Aż ojciec wesół, że syn tak rozbiera

Nomen, pronomen, verbum, et caetera72.

A jaka szkoda o Boże, mój Boże!

Że tu nie wszyscy, kogo serce kocha;

Czemuż cię nie ma, o! definitorze,

Moim tryumfem pocieszyć się trocha!

Widzieć, jak rośnie mi odwaga,

Jak mi się czoło rozjaśnia, choć potnie73...

Ksiądz prefekt bada — Bóg mi dopomaga,

Ja odpowiadam przytomnie i lotnie,

Przebiegł tablice Pitagorasowe,

Kazał Rzym święty znaleźć na atlasie

I rzekł poważnie, całując mię w głowę:

«Wybornie chłopcze — będziesz w drugiej klasie!»

Ojciec wesoły, że nam w jednej chwili

Koszt całoroczny i honor ocalał,

Wziął mię w objęcia — do swych piersi chyli,

«Proszę aspana!...» i łzami się zalał.