XIV

Gdzie wy jasne dni moje, moje szkolne czasy,

Kiedy serce dziecinne z wiarą i otuchą

Do grona towarzyszów i do murów klasy

Przylgło74, przyrosło na głucho?!

Gdzie wy drobne a wzniosłe mojej pychy cele,

By zrównać i prześcignąć najpierwszych w nauce?

Gdzie owo wśród igraszek serdeczne wesele,

Kiedy piłkę wysoko... wysoko wyrzucę?

Kiedy w gronie swawolnem po równinach lecę,

By schwytać wyrzuconą albo odbić w górze?

Gdzie pobożność i wiara w najwyższej opiece75,

Gdy się modlę w kaplicy albo do mszy służę?

Czy dzisiaj świat postarzał, czy w oczach ściemniało,

Bóg to wie — krew po sercu ślizga się powoli,

Serce wiele wymaga, a wrażeń tak mało,

Dobre nie bardzo cieszy, złe nie bardzo boli.

Gdy się dusza zbłąkana w niepewnościach miota,

A książka ich objaśnić, zwalczyć nie pomoże,

Zapłaczesz: gdzie jest owa dziecinna prostota?

Gdzie wiara w twoję mądrość, księże profesorze?

Wiara, z jaką słuchałem na szkolnej ławicy,

Kiedy ksiądz Matematyk zadanie rozbiera

Lub kiedy ksiądz Łacina, mistrz na kazalnicy,

W błoto strąca Buffona, Russa76 i Woltera;

Lub kiedy najdziwniejszą zagadkę przyrody

Ksiądz Fizyk wnet objaśni przez płyny i gazy?

Przysiągłbyś, że to prawda, wychowańcze młody!

Pan Bóg księdzowskiemi przemawia wyrazy.

Dziś, gdy człowiek sam nie wie, choć usilnie bada,

Co jest biało? co czarno? co prosto? co krzywo?

Jako chmiel bez podpory na ziemię upada,

Aż zginie przygłuszony ostem i pokrzywą.

Gdy ludzkość bolejąca zgodzić się nie może,

Co jest fałsz, a co prawda? co szpetne, co piękne,

Człek załamuje ręce: o Boże mój, Boże!

Co mi trzeba podeptać, a przed czem uklęknę?

Bogdaj to szkolna wiara i nadzieja szkolna,

Kiedy wierzyłeś w przyszłość płomienistą duszą,

Że choć nauka trudna, choć proca mozolna,

Lecz cele nasze wielkie i spełnić się muszą!

A tu młodzież ochocza bada, czyta, pisze,

Złote bryły nauki wydobywa w trudzie;

Jeno spojrzysz na siebie i na towarzysze,

I pomyślisz: «doprawdy, będziem wielcy ludzie!»

Jeden — dziecię pobożne, z zapałem na twarzy,

Będzie doktór kościelny — tak Pismo przenika;

Drugi biegły w rachunku, o przyrodzie marzy,

Przejdzie z czasem Newtona, dojdzie Kopernika;

To będzie Archimedes, cześć tutejszej ziemi,

On kwadraturę koła zgłębi i rozwiąże;

Inszy słynie na ławach wierszyki zręcznemi,

Będzie nowy Krasicki, rymotwórców książę.

Gdzie wy teraz jesteście, towarzysze moi?

Cicho o was na świecie! bo świat ciężka próba!

Żal się Boże, bywało, co ksiądz prefekt roi,

Że przybędzie krajowi światło i ozdoba.

Spotkasz czasem którego — spójrzysz na oblicze —

Nie on, nie on szlachetne spodziewania ziści!

Porwany w namiętności koło tajemnicze,

Oddał przyszłość za marne obecne korzyści,

Zszargały mu oblicze nałogi lub nędza.

Ów co miał drogę słońca odmienić na niebie,

Ów co miał zostać wieszczem — w śnie życie przepędza,

Chodzi mrówczemi drogi — i kontent sam z siebie;

A toż, bywało, o nim ksiądz Retoryk szepce,

Że ów chłopiec rozwija olbrzymie talenta,

Że Pan Bóg wielkich ludzi naznacza w kolebce,

Że Cezar dzieckiem jaśniał nad rzymskie chłopięta.

A ów teraz bohater poluje na zwierza,

Miłość go rozbydlęca, kielich z nóg obala,

Pan wioski — srogie chłosty wieśniakom wymierza

Albo drzemie po uczcie Heliogabala77

Aż ci się serce ściśnie, aż się łza poleje,

Precz te smutne uwagi o człowieczej doli!

Ja miałem opowiadać moje szkolne dzieje,

Teraz siła nie starczy i żal nie pozwoli.

Ot, sześć latek przebiegło jakby chwila cicha,

Corocznie nowe trudy i nowe rozkosze,

Co rok głowa bogatsza, a serce usycha,

Co rok nowe świadectwa na mądrość przynoszę.

A gdy po chlubnym roku przyjadę na lato,

Niebem mi się wydaje nasza wieś uboga,

Składam ojcu świadectwa — dziękuje mi za to,

I mówi, żem dostojen herbu Dęboroga.

W niedzielę idziem z ojcem do starego mnicha —

Tam, gdy gradem mądrości na przytomnych rzucę,

Aż się ojciec raduje i wesół uśmiecha,

Aż się dziady kościelne dziwią mej nauce;

Tylko ksiądz definitor na te korowody

Potrząsa siwą głową — więc ojciec go pyta:

«Nieprawdaż, zacny księże, iż Dęboróg młody

Skończy szkoły uczony jakby jezuita?»

«Tak — rzecze definitor — zna wszystko po trosze,

A gdzie nie ma zdolności, tam pracą okupi;

Braknie mu jednej rzeczy...» «A czegóż to, proszę?»

«Mądrości Sokratycznej — poznania że głupi. —

Lecz z czasem i to przyjdzie — duma zniży rogi,

Kiedy prawdziwa mądrość przetrawi się w głowie;

Tymczasem daj mi rękę wychowańcze drogi —

Nie gniewaj się na starca, gdy ci prawdę powie».