XXVII

— «Jakiż to dziwny sposób — ot, proszę aspana?

Oto ręka szlachecka, niczem nieskalana,

Oto nobile verbum133, słowa nie zmitrężę134,

Daj tylko dobrą radę, miłościwy księże,

A na wszystko przystanę! — Niech odetchnie stary.

Te zgryzoty sumienia, te widma i mary,

Co dawniej mię dręczyły, a dziś mego syna,

Ta domu Dęborogów widzialna ruina —

Och! to mi rani serce okropniej od noża.

Poradź mi!!»

— «Niechaj przyszły dziedzic Dęboroża,

A godny syn waszmości, za mnie już dogada,

Czy chce wojny, czy zgody z rodziną sąsiada?

Jeżeli jest za zgodą, to niechże obwieści,

Jak ją spełnić bez ujmy rodowitej cześci135,

Wedle Boga, sumienia i słuszności całej,

Aby się dusze przodków w Panu radowały».

— «Jak to zrobić? — rzekł ojciec — nie widzę dokładnie,

Gdy ja zgadnąć nie mogę — to jakże syn zgadnie?

Wszak starość przed młodością rozumem się szczyci.

Tak trzymali pobożni księża jezuici.

Przy trockim wojewodzie niech no się odważy

Młodzieniaszek mieć więcej rozumu co starzy!...».

— «O! — rzecze definitor — i ja przy tem stoję,

Starość ma swoje prawa, a młodość ma swoje.

My starzy mamy rozum z doświadczeń i biedy,

A oni sercem widzą — i jaśniej niekiedy;

A więc gdy nasze mądre nie wiodą się plany,

Posłuchajmy serc młodych — tam skarb nieprzebrany! —

No! śmiało, panie Janie, nie próżno cię dręczę,

W rozterkach z Brochwiczami daj radę, młodzieńcze:

Podsłuchałem w gorączce twe marzenia chore

I dobrze jestem świadom, gdzie twe serce gore.

Wszakże miłość cnotliwa żadnym nie jest grzechem».

Tak mówił definitor z łagodnym uśmiechem,

Przywodząc mię za rękę do ojcowskiej ławy,

A jam blednął i kraśniał, i drżałem z obawy,

Srożej niźli przed owem rotmistrza widziadłem;

Wreszcie jak bezprzytomny na kolana padłem.

«Ojcze! — rzekłem nieśmiało jak młode pacholę —

Przebacz, że bez twej wiedzy dałem sercu wolę:

Kocham córkę Brochwicza — bo chodząc na łowy,

Częstom odwiedzał dworek sieroty i wdowy.

Zawsze mię przyjmowały z uprzejmą słodyczą;

One ród nasz szanują i dobrze nam życzą,

Nie pamiętają krzywdy, co nasi przodkowie...»

— «Ależ, proszę aspana — co aspanu w głowie?

(Przerwał mi ojciec mowę z uśmiechem, lecz srogo)

Zdaje się, taki sensat136... pokochał... i kogo?...

Córkę tych, co od wieków... co może lat dwieście...

Byli nieprzyjaciółmi... ej, sidła niewieście!!

Oplątać mi młodzieńca, w którym ród nasz tleje137

I herbu Dęboroga jedyne nadzieje...

Bratać się z Brochwiczami!... o! nie! żart na stronę:

Musisz puścić per non sunt138 zapały szalone».

— «Nie, mój ojcze — odpowiem z błagalnym wyrazem —

Już nie wydrzeć ich z serca, chyba z sercem razem:

Dałem słowo — i żadną nie zhańbię się zmianą.

Ja pierwszy pokochałem... i... mnie pokochano:

Święte uczucie serca — to nie mary senne,

A miłość nasza czysta jak niebo wiosenne».

— «No! zręcznieć ułowiono! — to zuch jakaś dziewa;

Ależ, proszę aspana — przysłowie opiewa,

Że dopóki dwóch rodów, póki starczy świata,

Nigdy się z Brochwiczami Dęboróg nie zbrata —

Co tu począć z przysłowiem?»

— «Cóż to! czy my dzieci? —

Zawołał definitor — ktoś dwa słowa skleci,

To dla tego zapomnieć przykazania Boga!

Cóż to? związek z Brochwiczem skrzywdzi Dęboroga?

Oba rody szlacheckie przez pokoleń wiele,

(Tylko oni skrzywdzeni, a wy krzywdziciele),

W obu domach mieszkańcy poczciwi, choć prości.

Nikt tam nie stawił sideł na syna waszmości,

A wdowa po Brochwiczu, gdy się dowiedziała,

Że serce dwojga młodych wzajemnością pała,

Jak niewiasta szlachecka i wielce pobożna,

Dała uczuć swej córce, że odtąd nie można

Ani widzieć kochanka, ni się pismem znosić139,

Chyba przyjdzie Dęboróg sam o rękę prosić

Dla swego jedynaka — i cóż waszmość na to?

Grzechy kończą się karą, a cnota zapłatą.

Pamiętaj, panie Pawle, że kara łupieży,

Że grzech kilku pokoleń na twej głowie leży,

Że dom wasz podupada — i niech Bóg zachowa,

Ostatnia jego gałąź zawiędnąć gotowa,

Młode serce jak ogień, paląc się, wyniszcza —

Miłyż ci będzie widok domowego zgliszcza?

Po niem błąka się widmo i przemawia do cię:

Redde! redde quod debes! — wróć krzywdę sierocie!»

Ojciec zalał się łzami, — za rękę go chwyta:

— «Błogosławionyś, księże, jakby jezuita!

Nawet, proszę aspana, trocki wojewoda

Przyznałby, że masz słuszność — a zgoda już! zgoda!

Niech się młodzi kojarzą, ja sam tego życzę,

Niech się z Dęborogami zbratają Brochwicze».

To mówiąc, ojciec powstał rzeźwy i ochoczy;

Ucałował mię w czoło i w usta, i w oczy,

Modlił się, gdym uściskał rodzicielskie nogi:

— «Boże! coś miał w opiece stare Dęborogi,

Błogosław moje dziecię w jego losu zmianie,

Niech szczęsnym i cnotliwym na zawsze zostanie,

Niech będzie godnym swego herbu i nazwiska».

Potem definitora serdecznie uściska.

Popłakali się rzewnie starcowie weseli

I miodem z czasów szwedzkich tę sprawę zaleli.