12 lipca

Dzisiaj pozycja słońca na niebie jest taka, że cienie nam poginęły. Ledwie że się plącze pod nogami jakaś mała plamka — pokurcz. Obaj z panem De staramy się ten cień wydłużyć i zachowujemy się na dolnym pokładzie dość dziwacznie. Przechylamy się, klękamy, znienacka wyskakujemy z korytarza, ale nic — poza tą pokraką, co się pęta u nóg. Inteligentnie się zabawiamy, nie ma co! W końcu rozchodzimy się z niesmakiem, radzi w ogóle nie zobaczyć się nigdy w życiu. Ja poszedłem na przeszpiegi. Kucharze i steward oraz Ukraińcy. Steward stał u siebie dziwnie przegięty, prawą ręką pieścił Pessi, a lewą mieszał drucianą pałeczką w garnku. Minąłem go i stanąłem w pobliżu kuchni. Błękitnooki kucharz trzymał w rozkroku dużą miskę, a drugi przelewał do niej z kubła coś brunatnego. Zwarci byli czołami jak dwa bodzące się kozły. Miny obojętne. Powlokłem się, aby zajrzeć do hali maszyn, ale stamtąd ciepły wiew musnął mi policzki; w środku jednostajny łomot i wypolerowana czystość. Powiodłem za obojętnym, ale skoncentrowanym spojrzeniem maszynisty, skierowanym na dolny pokład. Na brezencie dwaj Ukraińcy półnago mocowali się, postękując w odstępach. Trzeci leżał w pozycji Kleopatry i czasem wykrzykiwał radośnie: „huuu, ot huu!” Zapaśnicy przewrócili się tworząc miłosną figurę. Iwaszko, który leżał pod swoim przeciwnikiem, wykrztusił:

— Puskaj, ne! Puskaj, ne!

— Ach ty... skatino20! — wołał ten na górze i gniótł go.

Maszynista zdjął czapkę i z zadowoleniem czochrał się po łepetynie. Opuściłem to widowisko, minąłem kucharzy, zgodnie odprawujących coś nad kuchnią, przelazłem przez dwóch marynarzy tłukących młotkami w żelazo i wszedłem do jadalni. Powitał mnie pan De spojrzeniem znużonym i niechętnym, choć nie przerwałem mu żadnego zajęcia, bo stał wpatrzony w iluminator. Rozejrzałem się po jadalni, jakbym tu wszedł po raz pierwszy. Szukałem zainteresowania. Ale nic. Usiadłem w fotelu i zacząłem się kręcić w kółko, na co pan De zaczepił mnie słowami:

— Chcesz pan odkręcić starego kręćka?

Zatrzymałem się zdumiony i ożywiony wewnętrznie.

— A pan chce, abym panu powiedział co do słuchu! — wrzasnąłem.

— Pst, co tam z panem będę się wdawał, jak pan nie znasz się na żartach!

I wyszedł.

— Znam takich więcej — rzuciłem za nim bez sensu.

Byłem wzburzony. Przecież wyraźnie mnie obraził. Położyłem się na kanapie i w zdenerwowaniu paliłem papierosy. Po jakiej godzinie poszedłem do stewarda i zapytałem go, czy kapitan będzie na obiedzie. Odpowiedział mi, że kapitan będzie jadł na górze. Poszedłem do kabiny i zwaliłem się na łóżko. Po krótkim czasie usłyszałem, jak pan De pytał się stewarda o to samo. Skończyło się na tym, że dnia tego obaj nie usiedliśmy do stołu.

Dopiero przed kolacją pogodził nas następujący wypadek. Siedzieliśmy w pewnym oddaleniu, bawiąc się z jednym kotkiem, bo dwa gdzieś się zapodziały. Jedynak kolejno reagował na nasze zaczepki i obaj wyczuwaliśmy cichą rywalizację, u którego z nas dłużej kotek zabawi. Wreszcie kiedy kot podbiegł do mojego patyka na sznurku, wziąłem go na ręce i odszedłem. Usłyszałem za sobą gniewny głos pana De:

— To tak się robi! Wybitny rys charakteru, szkoda gadać!

Zawróciłem i puściłem mu kotka na kolana ze słowami:

— Masz pan tego kota, udław się pan nim!

Kot widać wyczuł niedobrą atmosferę, bo kiedy pan De wyciągnął po niego ręce, dał gwałtownego susa i wpadł do morza. Podbiegliśmy do bariery i zaczęliśmy wrzeszczeć jak opętani, tymczasem nieszczęsne stworzenie, miaucząc przeraźliwie, szybko zniknęło nam z oczu. Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Zrobiło nam się przykro, tym bardziej że otoczyło nas kilku marynarzy, z którymi nie mogliśmy się porozumieć, i patrzyli na nas podejrzliwie. Wreszcie przybiegł telegrafista, za nim kapitan. I kiedy dowiedzieli się, o co chodzi, spojrzeli obojętnie na morze i odeszli. Położyłem swoją rękę na ręce pana De, on uczynił to samo i tak staliśmy bez słowa długą chwilę. W końcu bardzo zmartwieni usiedliśmy w jadalni i już przez cały wieczór smutno rozmawialiśmy o przykrym zdarzeniu. Odczuwaliśmy niesmak i bezradność. Wprawdzie kapitan, który zszedł na kolację, pocieszył nas, że te koty i tak miał zamiar potopić, a zostawić tylko Pessi, ale nam ciągle było nijako, bo myśleliśmy o przyczynach, które to spowodowały. Zepsuł powagę tego wrażenia pan De, kiedyśmy już leżeli w łóżkach. W pewnej chwili ziewnął i powiedział:

— A tam! Jeden kot więcej, jeden mniej!...

Nic nie odpowiedziałem.