13 lipca
Pogodna sobota. Na dolnym pokładzie marynarze golą się wzajemnie i strzygą. Jako dodatek do tej higienicznej grupy poszczekująca, żywa piłka — suczka. Nastrój na okręcie jest wiosenny, morze wesołe i jasne, w powietrzu świeżość. Słońce już zaprzestało głupiego kawału ze zniknięciem cienia. Jest cień, niewielki, ale jest! Rusza się i towarzyszy. Niby głupstwo, a jednak dręczy ten kotek, co się utopił. Jego rodzeństwo baraszkuje po dawnemu, tylko Pessi niespokojnie pomiaukuje — niespożyta poszukiwaczka. Pan De zjawił się w czystej koszuli, starannie uczesany, w sztuczkowych spodniach, rannych pantoflach, stanął blisko mnie i czyszcząc sobie pilniczkiem paznokcie, tak zaczął mówić:
— Nie mam do pana pretensji, ale kot utopił się wczoraj z winy pana. Bo po cóż pan postąpił tak złośliwie, zabierając mi go sprzed nosa? Po cóż?... patrz pan, jaki ładny dzień dziś mamy. Na niebie błękit przeczysty, morze rozkołysane... Czy uprał już pan sobie bieliznę? Ja mam dwie zmiany, upierz pan sobie, upierz!
— Nie upiorę — powiedziałem z uporem.
Znów mnie podenerwował. Wygląda jak subiekt na letniakach — sztuczkowe spodnie21! Swoboda w ubiorze i ta powierzchowna czystość! A na pantoflach plamy z pasty do zębów. Odszedłem do przeciwległej bariery. Błękitnooki kucharz oprawiał dużą rybę, skrobał ją, aż łuska bryzgała wokół. Drugi znów zrobił z siebie czupiradło. Włosy rozczesał na skronie, na „polkę” i szedł z kubłem po wodę, kołysząc się w biodrach i migając gołymi piętami na przydeptanych pantoflach. Niby czysty, a flądra. Z gracją podstawił kubeł pod kran i smutno a tkliwie spojrzał na kolegę. Błękitnooki wygląda na takiego, co to pozwala się kochać. Jest nieśmiały, ale trzyma się na dystans. Dwie wywłoki przewrażliwione i pełne uczuć! Przynajmniej steward zachowuje się po męsku i co rusz, klapnie niuniusia w pośladek albo schwyci go za kark. Zalotnicy mętni. Muszę pójść prać, bo co mam robić? W słonej wodzie mydło się nie chce pienić, więc wlewam kilka kubłów do wanny i zaczynam idiotyczne zajęcie, którego nie umiem. Różnie sobie myślałem podczas tej roboty. Mętnie, rozmaicie i w zapiekłym gniewie. Porozwieszałem sztuki na wystających przedmiotach i wytarłem wymokłe, pomarszczone ręce. Usiadłem do maszyny i z pasją zacząłem bębnić, co mi do głowy przyszło. Napisałem wszystko, co myślałem o panu De, o tych trzech skołowanych bubkach, i wreszcie napsioczyłem ile wlezie na okręt. Potem wyjąłem zapisany arkusz, przeczytałem, podarłem i skrawki powoli wrzucałem do morza. Następnie pożyczyłem u pierwszego oficera patefon i zacząłem puszczać płyty. Słuchałem rozwalony w fotelu, otaczając się kłębami dymu. Co tu gadać! Zrobił się ze mnie nie lada histeryk, ale nic — jedziemy dalej! Wchodzi kapitan ze stewardem, podnoszą kanapę i wyjmują ze środka paczki fińskich papierosów, steward je liczy, a kapitan zapisuje. Wynalazł sobie to zajęcie na uspokojenie nerwów. Zauważyłem, że po fatalnej wieści kapitan jest niezwykle czynny. Wszędzie go pełno. Staram się być delikatny i zamykam patefon. Spostrzegłem ulgę na jego twarzy. Wysunąłem się na pokład i po raz nie wiem który stwierdziłem, że się nic nie dzieje. Kładę się na przednim pokładzie twarzą ku słońcu i od razu w tym kontakcie z górną pustką popadam w fantastyczne mrzonki. Niby nic, sama jednaka jasność, a jednak to i owo tam się dzieje. Mała rozwichrzona chmurka ma najwyraźniej kształt pucołowatej dziewczynki w bereciku. A nieco dalej znów łysa głowa Juliusza Cezara. Między nimi coś w rodzaju ptaszka z ludzkimi nogami. Ptaszek się wymyka, obie głowy na krótko łączą się w pocałunku i zaraz zmieniają w brodatego starca z bolesną miną. I jeszcze wiele innych podobnych rzeczy. Taki ruch w niczym! Ha. Myślę także o tym, żeby z morza wyjrzał olbrzym, wziął nasz okręt do ręki, pogmerał w nim paluchem, zepsuł to i owo, a potem ze wstrętem odrzucił.
Na skroni dotyka mnie coś ciepłego i wygodnego. Powinienem się przestraszyć, ale leżę nieruchomo, jakby to było coś wiadomego. Samo się pokazuje po chwili. Czuję dwa lekkie uciski na ramieniu, a nad uciskami mordeczkę suczki z oczami tak zdumionymi, że otwieram usta w uśmiechu. Czuję tylko jeden ucisk, odwracam głowę i widzę, jak stoi oparta jedną łapką o moje ramię, cała znieruchomiała z niepohamowanej ciekawości. Ale że nie ma w moim wzroku nic złego, więc nagle zaczyna wdzięcznie krygować się wokół mojej głowy, zębami targa za włosy, słowem, najczystsza radość jest w tym piesku. Czuję się prawie szczęśliwy, tak mnie to bawi. Stosuje jakieś przemyślne zaczepki, przypada do podłogi badawczo wpatrzona we mnie, potem nagle się zrywa, przednimi łapkami porusza w powietrzu, to znów kładzie się na grzbiet, bezwładna i oddana, z wyrazem oczu jakby mówiła: „Ja tu leżę obok ciebie zupełnie bezbronna i oddana, toteż myślę, że mi chyba nic złego nie zrobisz... Bądź dobry! Ufam ci!” Pieszczę ją łagodnie dłonią, próbuje leciutko kąsać, ale widać przychodzi jej na myśl, że mogę tę zabawę źle zrozumieć, więc leży ze zmrużonymi oczkami; uosobienie dobroci i niewinności. Ale po chwili przechodzi jej pan właściwy — wąsaty marynarz z kubłem w ręku, więc zerwała się do niego i zastałem znów sam. Po niebie przesuwa się teraz anioł z cygarem w głowie. Siada obok mnie pan De i pyta:
— Uprał pan?
— Aha...
— No to chodźmy teraz sobie pojeść, bo to już pora.
Podnoszę się i patrzę na suczkę. Leży obok swego wąsala, w tej samej pozie, co niedawno przy mnie. Idę ciężko na górę i rozmyślam sobie: a cóż ten tak gwałtownie woła mnie na ten obiad! Jakby po jakiej ciężkiej robocie; upragniona chwila wytchnienia!... Idzie za mną i mówi nowinę:
— Jakaś deska przypłynęła, patrzałem przez lornetę, ale nie udało mi się zobaczyć, co to za deska!
— Z drzewa pewnie — odpowiadam siadając do stołu.
— Bierz pan śledzika i nie marudź pan — powiada arbitralnie.
Wchodzi kapitan, zwykłym ruchem ciska beret i woła:
— Olrajt!
Obiad jak wszystkie tutejsze obiady: obiadowy. Całe popołudnie pisałem o rzeczach dalekich od mego życia na okręcie; o obcych temu życiu sprawach. Teraz właśnie nadchodzi zmrok, puszysta ciemność zdaje się mięciutko układać na odurzonych wodach, słońce jest blisko koliska, co oddziela morze od nieba i wygląda tak, jakby ktoś rozczapierzone palce przytknął do czerwonego klosza. Wszystko, co widzę, jest w kolorach, które pożera główny — czarny. Ale to, co widzi pan De, jest inne, bo on mówi:
— Patrz pan tylko, jaki cudowny zachód słońca.
Wreszcie palce się połączyły i słońce zginęło. Pewnie w wodę wpadło, tylko dziw, że nie zaskwierczało. Jeszcze po niebie kładą się purpurowe desenie, pełne dziwacznych postaci. Wreszcie zaciekło wszystko widzialne czernią i cisza, która ciągle trwała, jak gdyby jeszcze spotężniała. Wprawdzie dudni maszyna okrętu, ale to już inna sprawa. Cisza ciszą. Powróciłem do kabiny przyjemnie zgnębiony, jak człowiek, który się czuje wtedy dobrze, kiedy się czuje źle. A za mną taszczył się głos pana De:
— Ach, jakie cudne... co ta przyroda wyprawia nieraz...