29 czerwca
Od rana surowy reżim. Mam już plan na cały dzień. Spacer na dolnym pokładzie — na przodzie okrętu: sto razy w tę i z powrotem. Nauka angielskiego, gra w karty z panem De i obiad. Po obiedzie godzina czytania, następnie praca aż do kolacji. Potem znów spacer i do łóżka. Tak będzie teraz! Zaczynam od rannego spaceru. Po dwudziestym nawrocie omal się nie przewracam, bo okręt przewala się gwałtownie z boku na bok i od przodu do tyłu. Kołowacizna... Na dodatek pokład szprycują wodą i szlak mój jest śliski. Morze jest wzburzone, tworzą się na nim wądoły i spienione pagóry. Ale słońce przygrzewa i dal wodna wydaje się jakimś ukwieconym, wichrem czochranym stepem. Znów mi podłoga uciekła spod lewej nogi i podreptałem drobnym kroczkiem aż do burty. Idę do tyłu — może tam będzie spokojniej. Owszem — pokład jest suchy, ale bujanina taka sama. Wypada mi co pewien czas mijać trzech marynarzy grających w karty na brezencie. Przechodzę raz — jakieś znajome mi przekleństwa. Drugi raz — i słyszę soczyste zdanie o matce i jej synu. Mowa słowiańska — ukraińska. Przystaję i pytam:
— Co, wy Ukraińcy?
— A wam co do tego, panie?
— Pewnie, że nic do tego — powiadam — ale może chcecie za chamstwo wziąć po gębie?
— Iiii — woda niedaleko, skoro grozicie!
Rozglądam się — jesteśmy sami. Odzywa się wysoki, popryszczony na gębie, do tego, co mi tak odpowiada:
— Ty, Iwaszka, nie bądź małpa... toż pyta po ludzku, odpowiedz, to on ci odpowie, co za jeden.
— Jaż wiem, onże Polak, u kapitaszki na górze mieszka, a tu przychodzi i pyta, i jeszcze w gębe grozi...
— Ot, nic, przegrywa, panie, dlatego dość go piecze — mówi popryszczony.
— My, panie, reemigranty, w Argentynie pracowali na fazendzie u Lamasa...
— Ty, Stiepa, wychodź, a nie gadaj z nim — powiada znów pyskaty Iwaszka.
Już nic nie mówię, tylko idę na górę — zły, żem się z nimi wdał w rozmowę. Hm, nieudany ranek. Skarżę się panu De.
— Dobrze panu tak, po co pan zaczepia ludzi?
— No cóż, na okręcie tak mało atrakcji — mówię.
— Zajmij się pan czymś lepiej — powiada surowo pan De.
Siadam do angielskiego i czytam: „Pewna dziewczyna spytała ludzi patrząc na nowy księżyc: «Cóż się też stało ze starym księżycem?» — «On umarł na suchoty» — odpowiedział jej pewien mężczyzna”...
— Może zagramy w karty? — pytam się pana De.
— Ej, nie może pan trochę przysiąść fałdów... no, dawaj pan te karty!
Przegrywam w milczeniu, tylko naczynia cicho pobrzękują u stewarda, mnie także rzuca w fotelu roztańczony okręt. Przyszedł steward i kazał nam się posunąć, bo tu będzie nakrywał. Przesuwamy się i gramy dalej.
— Mógłby pan przestać śpiewać — mówię do swego partnera.
— A pan nie śpiewa, jak pan wygrywa... też pan śpiewa cumparsitę8...
— Ale pan śpiewa bez melodii, jedno w kółko!
— Każdy śpiewa, jak umie, drogi panie... Biorę siódemkę karo, o!
Na progu staje kapitan, mówi „olrajt” i rzuca beret na szafkę. Ubrany jest w świeżo wyprane drelichy, oczka ma wesołe. Obieram sobie gotowane kartofle ze skóry i jem je ze śledziem. Ni stąd, ni zowąd pan De rozmawia z kapitanem po angielsku. Jasne, że mnie na złość, bo ja źle mówię tym językiem. Rozmawiają o wojnie boliwijsko-paragwajskiej. Energicznie zawiadamiam kapitana po hiszpańsku, że ja tam byłem. W Paragwaju, w samej stolicy, w Asunción. Zaczynam opowiadać, a pan De milczy, bo tam nie był. Zjeżdżamy powoli na te łatwe, paragwajskie dziewczyny, ale ten mnie znów dystansuje opowiadaniem o prostytucji w Argentynie. Po zupie (grochowej) kapitan zaczyna opowiadać o wojnie światowej; brał w niej udział także nasz telegrafista, stracił tam swoją męskość i teraz jest bardzo nieszczęśliwy. Ahaa! A kapitan jest plotkarz, bo o takich rzeczach się nie mówi. I jeszcze po wstaniu od stołu zatrzymał się trochę i dorzucił kilka szczegółów. Coś jeszcze o narzeczonej tego telegrafisty. Pytam się go, co to za jedni, ci Ukraińcy? Ano pasażerowie, zapłacili i jadą. Poszedł sobie. Gramy dalej, teraz ja śpiewam, ale pan De jest taktowny i nie zwraca mi uwagi. Kończymy partię, pan De wtaszczył się na górę, ja też się kładę i czytam książkę Nowaczyńskiego pt. System doktora Caro9. To jest świetna lektura na taką jazdę towarowym pudłem z kapitanem pleciuchem. Taki zdolny jest ten pan Dodek Nowaczyński, tylko szkoda, że do tych endeków przystał. Styl ma dziwaczny, ale widać endecy potrzebują takiego stylu. O, jaki kalamburek!: „Taka Sara z takiej rasy!” Ot, Żydów pewnie nie lubisz, niedobry! A ser z Saary lubisz?
Snem mi się wydaje po tej lekturze nasz rozbujały okręt na rozśpiewanym Atlantyku. Ale smutno trochę jest też, swoją drogą. Widzę Polskę w krajobrazach, w porach roku. Zamykam oczy: zaśnieżone pola, badyle, martwota, ptactwo przemarznięte... Albo: wiatr pogania zeschłe liście aleją starego parku, ciska je także na staw pomarszczony... Smutno. A tu co? Nawet mew już nie ma; morze i okręt, i niebo — wszystko w ustawicznym ruchu, obca mowa trzeszczy w zębach jakby piaskiem sypnął. Pan De też dziwny: czyści paznokcie, a choćby teraz — chustki do nosa pierze sobie w łazience, co myśli? Też nie wiadomo! Siądę chyba do pisania. A tu myśl w głowie kołacze się nienowa, słowa zużyte — dawno napisane. I tak schodzi do kolacji. Jadło nie smakuje, choć zdrowe i dobre. A już te rozmowy: o wojnach, o wódce, o nieważnych zdarzeniach — nieudolnie opowiadane, ze śmiechem, gdzie nie trzeba. Wieczorem chodzę po pokładzie z upartym pragnieniem ruchu, przeginam się na wszystkie strony, łowię uciekającą podłogę — aż do potów. I znowuż usnąć trudno; roi się w głowie od wspomnień najdrobniejszych, nudne żale jątrzą umysł... Z Krzyżem Południa10 też bujda... mnóstwo tutaj jest tych krzyżów!