30 czerwca

Niedzieli się tutaj nie odczuwa, bo marynarze pracują we wszystkie dnie swoich podróży na morzu. Pierwszy wstaje pan De. Idzie do łazienki, tam parska i śpiewa wesołe lub smętne pieśni. Jest to człowiek żyjący własnym życiem. A ja nie żyję swoim życiem, bo to życie na okręcie nie jest moje, jestem obcy samemu sobie. Rano wywlekam się ze swojej skrzyni, jestem zmęczony wypoczynkiem i patrzę jałowo w jednostajną przestrzeń dnia. W łazience zachowuję się bez entuzjazmu powitania z tym dniem. Jeśli mi jakiś przedmiot wpadnie pod wannę, rad jestem, że wypadek zajął mnie czymś na chwilę. Zapuszczam wąsy i ciekaw jestem, jak też będę z nimi wyglądał. Wziąłem ze sobą zegarek, daję nurka w wannie i staram się pobić rekord dnia poprzedniego. W wodzie otwieram oczy i rozglądam się — ale nic nie widać, sama zielonkawa mętność. Dzisiaj minuta i pół. Podczas ubierania się myślę o śniadaniu. Co dziś będzie — boczek z fasolą czy jajka na miękko? Jeśli boczek, to praca nad rozpoczętym wczoraj artykułem raźniej mi i dzisiaj pójdzie. Idę do jadalni. Pan De czyta magazyn rioski11 i w ustach trzyma wykałaczkę. Jest boczek!

Po śniadaniu wychodzę na pokład. Czas piękny, niebo inne, bez chmur. Ale na dole huśta zdrowo, fala uderza raz po raz o burty, zalewa pokład tęczową płachtą. Wchodzę na sam czub okrętu, wietrzysko siecze tutaj chłodnym prysznicem; cała ta dal wodna porusza się, łazi i kołuje na widnokręgu. Wychylam się i widzę, jak woda tuż przed natarciem na rufę opada gwałtownie lub nagle wznosi się aż do kotwic. I tak po kolei: dziób się zanurza i unosi, a potem znów bokami okręt się pokłada. Biegnę do tyłu zobaczyć, co się tam dzieje. Ano właśnie, do góry idzie także i śruba. Robi kilka obrotów w powietrzu. Wiem już teraz dlaczego powoli jedziemy. Ukraińcy leżą na brezencie i opalają się. Bierze mnie chętka znów ich zaczepić, ale może wyniknąć awantura. Co tu robić? Na górze oficer od maszyn rozmawia z telegrafistą, ale z nimi trudno się dogadać. Tak trudno jest cokolwiek zaobserwować na tym okręcie, bo może bym i co napisał, ale to wszystko stanowi taką całość! Przecież nie będę opisywał śrub albo komina, i ludzie też jednakowi — chłop w chłopa blondyni, małomówni, każdy grzebie się w swojej robocie. Ale jakaś dziewczyna przydałaby się niesłychanie. Można by z nią wysiadywać na rufie, wieczorami znów spacery. Nie żeby zaraz myśleć o jakimś zbliżeniu cielesnym! Przeciwnie — odwlekać to jak najbardziej, chodzi przecież o zajęcie na dłużej. Ale ciepło jest i jasno, przezroczysto! W miejscach osłoniętych leniwa cisza, ale obok od razu wicher i kiedy się widzi rozwydrzane morze, zaraz się słyszy hałas i ryki. Koty śpią w jednym kłębie, jakby je kto posklejał na wieki. Wchodzę do kabiny — mroczno tu, ponuro.

— No, panie Zbyszku! Ulżę panu trochę, mogę zagrać!

— Wybaczy pan, ale wprost nie mam ochoty.

Mówię to i groza mnie chwyta, że ten człowiek się obrazi i jedyna rozrywka pójdzie w diabły.

— A, nie! To jeszcze lepiej — odpowiada pan De z tłumionym zażenowaniem.

Trudno, zdaje się, że przeholowałem. Pośród kilku książek mam historię Polski Wacława Sobieskiego12. Otóż to, przynajmniej nauczę się czegoś. Zaczyna się od tego, jakeśmy to przywędrowali na te nasze ziemie. Lektura, trzeba sobie powiedzieć od razu, dość przymusowa. Ale wołają na obiad. Dzisiaj ja zabieram głos. Mówię o Czudach13... jak to Czudowie... to przecież dzisiejsi Finowie! Tak... Ale kapitan niewiele wie o tych dawnych czasach, woli lżejszy temat. Lepiej go przemilczmy. Po obiedzie myślę, jakby tu załagodzić sprawę tych kart. Ale widzę, że pan De zabiera się do jakiejś pracy serio; wytaszczył maszynę, papier, kalkę, czarny i czerwony ołówek. Gumę do wycierania też ma. Co też on będzie robił! Pisarz, literat nie jest... może pamiętniki? Nie patrzy na mnie, raz tylko powiedział:

— Pozwoli pan, że zajmę tę połowę stołu?

— Pewnie — mówię.

I ja siadam do pisania. Ale tu wyłania się taka kwestia: po prostu nie można pisać we dwóch jednocześnie. Trzask okropny. On jakoś pisze, ale ja po prostu nie mogę! Więc robię wymowne pauzy, chrząkam, zamyślam się... i takie świetne pomysły przychodzą mi do głowy. Zerkam, co on pisze: jakiś tytuł i czerwone litery. Hałaśliwie zamykam maszynę i odchodzę. Na pokładzie — no, cóż? Okręt, prawda... morze... pokład... Zabieram się do czytania: dwaj pielgrzymi Rzepisze...

Budzi mnie steward, żeby pójść na kolację. No tak, po prostu pan De jest opanowany, dojrzały mężczyzna, nie potrafi się nudzić, umie sobie wynaleźć zajęcie, porozmawiać. Na przykład teraz konwersuje po angielsku z kapitanem; mówią o radiu, o swoich dzieciach... Kapitan ma syna i dwie córki, pan De nie ma syna, tylko same dwie córki. Już, wspaniały temat! Ale to są dwaj ojcowie, a ja co? Wymieniają się — prawda — spostrzeżeniami na temat przywar i zalet swych dzieci, tak na przykład trzynastoletni syn kapitana uderzył kiedyś młodszą o dwa lata siostrzyczkę. „Dlaczego ją bijesz? Przecież to kobieta” — pyta ojciec. „Wszystkie razy, jakie bym jej zadał, nie oczyszczą jej duszy z wad tego obrzydliwego gatunku, jakim są kobiety” — odpowiada chłopiec. No tak, fakt ten pozwala się domyślać pewnych skłonności u małoletniego. A oni się z tego śmieją, powiadają, że to młody mężczyzna w nim się budzi. Ale i ta rozmowa się kończy.

Idę odprawiać swój spacer. Gdzieś tam drga żółte światełko płynącego okrętu. Jest coś z przykrej obojętności w tym jedynym światełku; znaku, że jeszcze jedno podobne życie płynie razem czy też mija nas. A może jest to statek pasażerski, w takim razie to życie nie jest podobne. Tam piją, tańczą, po nocach kochają się w kabinach... Dość już się zgrzałem, do łóżka! W tym łóżku, czytając znów historię mojego kraju, odkrywam niesłychaną aktualność pewnych fragmentów dotyczących wszelkich naszych sojuszów z Niemcami. O, już pierwszą zdradę mam... będę liczył, ile też razy nas wykiwały Szwaby... przed tą zdradą, która teraz nastąpi, po tej naszej nowej przyjaźni z nimi... No zobaczymy! A teraz spać...