5 lipca

Wręczył mi maszynopis podczas śniadania. Już sam tytuł, napisany dużymi literami w odstępach, nieco mnie zadziwił: W okręcie na niewiadome. A dalej to już były takie słabe rzeczy, o tym, jak pewien rozstrojony nerwowo człowiek, typ silny i szlachetny, przechodząc portem, wszedł na pierwszy lepszy okręt towarowy, pogawędził z kapitanem i znalazł to, czego szukał: cudowne sanatorium dla swoich nerwów, gdzie dni płyną spokojnie „jak zaklęte perły”; cały utwór pełen jest rozważań filozoficznych i znamionuje tęgiego grafomana i banała. Powiedziałem mu, że utwór ten nadawałby się, moim zdaniem, na scenariusz do filmu. Czułem się trochę upokorzony, mówiąc tę brednię.

— Ach, ja się jeszcze namyślę, na razie trudno mi coś postanowić — odpowiedział w zadumie.

Jego drapieżny profil, z orlim nosem i zaciśniętymi wargami, wyraża postanowienie i wytrwałość. Nozdrza ma rozdęte... wybiegłem szybko na pokład, bo mi mdło, choć okręt sunie jak po stawie. Rośnie mi tu jakaś bzdura z dnia na dzień, robi się to męczące. A wszystko to w spiekocie, dusznych podmuchach; bo dziś znów jest tak ładnie, że poszłoby się gdzieś w olszynę, nad strumyczek... Idę na rufę i układam się na wznak. Przez palce patrzę na słońce, lecz i to takie wiadome, zarówno jak morze i ta nasza nieszczęsna arka. Pocieszam się tylko, że doprawdy organizm ładuje się energią jak akumulator, tylko ja o tym nie wiem, a dopiero w przyszłości się to pokaże. Czuję, że ktoś stoi nade mną. Tak, to pan De patrzy na moją nagość.

— Żyje pan sobie tutaj jak poganin — powiada.

— Niechże i pan się rozbierze — mówię.

— O, ja mam za delikatne ciało, cierpiałbym potem. Ach, jaka cudna jest ta przyroda! Gdybym kiedykolwiek miał popełnić samobójstwo, rzuciłbym się z wysokiej góry albo właśnie z takiego okrętu.

— W morzu są rekiny, zanimbyś się pan utopił, poobgryzałyby panu kończyny.

— Podobno w wodzie nie czuje się bólu.

Nie chce mi się prowadzić dalej takiej rozmowy, więc wciągam spodnie i schodzę na dół. Drżąca suczka na mój widok wrzeszczy jak opętana, więc szybko biegnę do kabiny, puszczam wodę do wanny i już siedzę w wodzie, smutny, trochę zdenerwowany młody człowiek. Ubrany, trochę odświeżony, zabieram się po raz drugi do Nowaczyńskiego, no bo co mam robić? W otwarte drzwi kabiny ktoś puka i na progu ukazuje się telegrafista z kluczykami w ręku. Przeprasza mnie i otwiera szafkę. Przechodzi mnie jakby olśnienie, bo przecież w naszej kabinie jest szafka z wódkami. „Tak, ale to nie jest twoje” — mówi mi tajemny, wewnętrzny głos. Ani myślę się tam dobierać, poproszę kapitana, to mi pożyczy. „I co, zamierzasz się upić? To by było niskie!” Już nie słucham wewnętrznego głosu. Telegrafista wypatruje między rzędami butelek i wyciąga jedną — z koniakiem.

— Czy nie za gorąco na alkohol? — zagaduję go.

— O, panie, wódka jak ciepło — chłodzi, jak zimno — grzeje.

Zachichotał po tym całkiem logicznym zdaniu, zamknął szafkę i znikł jak senne widziadło. Ależ ten pan Adolf wygaduje na sanację, pożal Boże! Nowa wizyta — stara kotka ukazuje się na progu. Wołam ją, prztykam palcami, ale ona pokręciła nosem i poszła sobie. Zapadam w drzemkę i wydaje mi się, że wsiadam do tramwaju w grudniowy zaśnieżony wieczór, że konduktor nie ma mi wydać reszty, a ja wołam: „Cóż to za porządki!”, na co on odpowiada, że nie ma obowiązku mieć tylu drobnych. Tu budzi mnie pan De i pyta się, co z moimi koszulami.

— A co, dlaczego?

— No bo trzeba się będzie zabrać do prania!

— Nie dzisiaj, nie chce mi się!

— Kiedyś trzeba będzie poprać bieliznę, bo tu baby nie ma!

— A nie ma, nie ma — mruczę.

— No to chodź pan na obiad, trzeba coś przegryźć!

Siadamy do stołu. Kapitan kwitnie na twarzy i zalatuje koniakiem. Ponieważ jemy śledzie z puszki, więc opowiada nam, jak się te śledzie łowi i jak się je preparuje. Na deser mamy sago ze śmietanką. Po odejściu kapitana zaczynam gwizdać. Pan De przerywa mi i pyta:

— A to pan zna?

I zaczyna gwizdać jakąś melodię.

— Tak, znam to, a to pan zna?

I z kolei ja się popisuję. Schodzi nam tak do kawy. Jak tak dalej pójdzie, w najbliższym porcie kapitan umieści nas w jakimś cudzoziemskim Kulparkowie16. Jednak pozbierałem resztki woli i do kolacji napisałem kilka stron. Czuję pewną ulgę. Udało mi się rozpalić w piecu, zaczynają mi świtać pewne koncepcje, może w końcu mnie to zajmie. Po kolacji spaceruję dość długo, płyniemy w ciemnicy, gwiazd nie ma, morze fosforyzuje, łyska upiorną barwą. Palacz wyrzuca popiół do morza, robota jego jest hałaśliwa, pełna zgrzytów — ożywia trochę monotonię okrętu. Pan De stał mi się nagle interesujący. Kiedyśmy już leżeli w łóżkach, opowiedział mi kilka historii z czasów rewolucji rosyjskiej. W opowiadaniach tych kotłowało się od zgiełku i awantury, a każde zdanie ociekało krwią. Gdyby pan De pisał tak, jak opowiada, mógłbym go nazwać twórcą. Ale w rezultacie zaczął bredzić, widać zasypiał. Z sąsiedniej kabiny stewarda dochodziły mnie głosy grających w karty: kucharzy i gospodarza. Słowa ich dźwięczały jak gdyby pieniądz jakiś spadał po kamiennych schodach. Czasem się który zaśmiał, w ogóle grali na wesoło i nie kłócili się. Zasypiałem bez entuzjazmu.