6 lipca

Taka pogoda na co dzień, to przesada. Można by nią obdzielić Polskę i zamiast pięćdziesięciu dni słonecznych, mielibyśmy calutki rok aurę. To nieprawda, że w samotności człowiek inteligentnieje i myśl głębiej pracuje. A może ja mam taką naturę, że potrzebuję, aby się coś wokół mnie działo. Pan De zakomunikował mi, że człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Też sentencja! Tylko właśnie ograniczony i zasklepiony umysł może się nie nudzić, bo takie życie jak na tym okręcie nie absorbuje i pobudza lenistwo. Przecież doznania i tętno życia zmusza umysł do wysiłku, aby nie pozostać w tyle. Może się jednak mylę. Ja tam po jakimkolwiek wysiłku umysłowym muszę mieć rekompensatę, otrzeć się o ludzi, coś od nich usłyszeć. Dziś na przykład wziąłem się ostro do roboty, ale co zrobić z resztkami energii, jak ją wyładować? W jakimś mieście można pójść do teatru, wyściskać się z dziewczyną, a choćby coś poczytać. Tu nawet książek nie ma. Taki przekładaniec Nowaczyńskiego z Sobieskim może w końcu zemdlić. Spacer też mi nie nowość, a przy tym daleko nie zajdę. Okręt już znam i nie mogę powiedzieć, aby ta znajomość była interesująca. Załadowane do ostatecznych możliwości pudło, wiecznie rozbujane i skrzypiące.

Jedyne co mnie interesuje, to marynarze: rosłe, ładne chłopy, weseli blondyni, zgrabni w ruchach i łagodni. Z żadnym z nich nie mogę się dogadać, ale mijając ich podczas spacerów, przyglądając się ich mimice, domyślam się, który drań, a który porządny i pracowity. Gdybym się mógł z nimi porozumieć, na pewno miałbym wspaniałych towarzyszy, którzy mogliby mi wiele ciekawego powiedzieć. Z kotami nie mają oni bliższego kontaktu, w przejściu tylko mogą się na nie popatrzyć i pobawić. Ale to, co wyprawiają ci, którzy mają wolny czas, z małą suczką, chyba świadczy o najżywszej przyjaźni i tkliwości. Kiedy marynarze leżą na brezencie, suczka spaceruje sobie po nich i jeśli nawet zbudzi zmęczonego chłopaka, zawsze spotka się z pieszczotą. Traktowana jest tu jak coś cennego, czego wszyscy pilnują. Nigdy nie zauważyłem, aby marynarze zabawiali się bez tej psiny. Jeśli który idzie do nas na górę, na śródokręcie, suczka odprowadza go do schodków i skomląc odchodzi. Podobno dostała kiedyś baty od kapitana. U nas króluje Pessi ze swymi kociakami. Ale Pessi jest wiecznie zaaferowana, poluje widać, bo spotyka się ją wyłażącą z jakichś czeluści. U balustrady zwisają liny, przytrzymujące schodki do lądowania. Jest to przyczyna mego niepokoju, jeśli chodzi o małe koty, bo skaczą na te liny i drapią się w górę, a wiatr i chwiejba porusza je tuż nad morzem. Wpadnie jeszcze kiedy który — chybabym się zamartwił. Te małe, naładowane żywotnością kłębuszki potrafią człowieka wyrwać z najgłębszej depresji. Nawet kapitan — człowiek, który zwierząt nie lubi — adoruje kotki. A więc po pracy to jest moja rozrywka.

Jestem niby zdrów i rześki, bo żyje się przecież dość regularnie, ale często nachodzą mnie myśli przykre i pełne zwątpienia. Stwarza to monotonia życia. Wpatruję się w ciężko zapracowane, wiecznie to samo dziwne morze! Wcale nie czuję perspektywy, po prostu mozolne przewalanie się zwałów wody przytłacza i dziwnie zasmuca. Właśnie dzisiaj zdarzyło mi się ujrzeć coś, co silnie podkreśliło powolność i jednostajność naszego życia na „Oriencie”. Leżałem akurat na rufie i próżniaczo rozglądałem się po niebie, kiedy nagle pojawił się tam podłużny punkcik, srebrzący się na obu końcach. Okrzyki marynarzy i poruszenie na pokładzie brzmiały jak hołd dla mijającego nas w oddali samotnego zeppelina. Szybko też znikł nam z oczu. I pomyśleć, że to cudo w trzy dni przemierza odległość pomiędzy Europą a Ameryką Południową! Pan De jest bardzo poruszony widokiem zeppelina i to jego ożywienie koliduje mi trochę z wygłaszanymi zdaniami o nudzie, a także i z treścią jego utworu. Jasne, że pan De chciałby jechać prędzej i temat ten wypełnił mu całą rozmowę z kapitanem podczas obiadu. Te boleśnie jałowe tematy zaczynają mi doprawdy dokuczać, zwłaszcza że przedłużają one siedzenie przy stole już po spożyciu tego, co tam było, a wstawać wcześniej też nie wypada, bo to zawsze kapitan, który wie, że mi się nigdzie nie śpieszy. Przy tym kapitan tak blaguje, że czasem ta jego blaga zdaje się otaczać nas jak brzydka woń, doprawdy, duszno się robi w jadalni. Jego opowiadanie, jak to zabił pewnego oficera spojrzeniem, albo o kochance — Malajce, która miała małe, pierzaste skrzydełka, wygrałyby wszelkie konkursy kłamstwa. Ja już się nawet do tych rozmów i opowiadań nie wtrącam, bo mi wstyd.