7 lipca
Muszę przyznać ze zdumieniem, że odkryłem w panu De duże poczucie humoru. Jest to wartość w naszych warunkach. Nabytek! Otóż rano, kiedy lokowałem się na dziobie w ten sposób, aby pokazać słońcu moją obnażoną wzgardę, odezwałem się bardzo wykwintnie, nie wymawiając litery r, do siedzącego w cieniu pana De:
— Jestem stała hłabina i wałunki życia tego vapełu17 i łównież stół i sosieta nie bałdzo odpowiadają mojej pozycji i łodowi.
Powiedziałem sobie to wprost z pustki wewnętrznej, aż tu raptem posłyszałem ponurą odpowiedź:
— Jak ci się, stara cholero, nie podoba, to ci je mogę zmienić na inne, te swoje „wałunki”. Jak ci się ryby dobiorą do miodu, to się dopiero — grzmocie — opamiętasz!
— Och, ty wstłętny ołdynusie, jak ty się do mnie wyłażasz?! Czy wiesz, ilu w moim łodzie było senatołów? Z jakiej ja łasy pochodzę? Że moi pszotkowie mieli już pałęset lat temu dziewięć pałek w kołonie, ty czełwony bolszewiku, pałobkiem nawet byś nie mógł być u mnie! Łozumiesz?
— Rozumiem, rupieciu! Teraz te wszystkie pałki twoich przodków idą na tyłki i takie baty wam się sprawi, że zaczniecie w końcu szanować parobków, a ty, zgniła purchawko, pojedziesz do Paryża dom publiczny sobie założyć!
— Ach, och! Że też ja muszę na stałe lata podłóżować z takim szezimieszkiem, któły mojej błękitnej kłwi nie uszanuje! Och, ach!
— Ja ci dam błękitną krew, ropucho! Tej błękitnej krwi użyjemy na farbę do naszych sztandarów, ty cuchnący antyku!
— Och, łatunku! Sole!
Dalszy ciąg dialogu między starą arystokratką i komsomolcem przybrał tak nieprzyzwoitą formę, że pozostanie ona tylko w mojej pamięci ze względu na wysoki poziom ścierania się dwóch stanów. W każdym bądź razie pan De swymi dalszymi, chłodnymi argumentami zmieszał z błotem i wykpił bezlitośnie nieszczęsną staruszkę. Po tej dyskusji zacząłem się gimnastykować na gołych deskach i odpokutowałem to trwałymi plamami smoły roztopionej na słońcu. W wannie ta smoła zakrzepła i kiedy przejrzałem się w lustrze, maść moja wyglądała dziwnie, ale interesująco.
Jestem znów na pokładzie i gwiżdżę, gwiżdże także pan De, i tak przegwizdujemy się wzajemnie z czerwonymi policzkami i mgłą w oczach. W końcu tchu nam brak i znów gapimy się na to, co nas otacza. Oto grupa półnagich marynarzy baraszkuje na dolnym pokładzie z obskakującą ich niby żywa piłka — suczką. Jacyż śliczni są ci Finlandczycy! Krzepkie, muskularne chłopy — jak rzeźby. Mimo żaru i duszności siadam do pracy. Panta rhei — dosłownie! Okręt, czas i myśl moja...