8 lipca

Otóż wkradła się do mego życia tutejszego — kobieta. Dość namolna, a nawet groźna zjawa. I to kobieta Polka, w której wymarzyłem sobie w puste spacery moje tam i z powrotem: — jakieś cudowne rodactwo, jedną rasę! Oblokłem ją w całą moją tęsknotę za krajem i na tym terenie usadowiłem zawiesisty erotyzm osiemnastu dni celibatu młodego człowieka rozbyczonego słońcem, żarciem i lenistwem. Nawiedzają mnie rozpalone marzenia i sytuacje, w których spotykam się z nią w różnych dzielnicach miasta i o nastrojowych porach roku, kiedy to śnieżyca tumani się wokół lamp gazowych lub też wiatr kładzie mokre liście na skroplone szyby. Kocham się w niej zuchwale i chciwie. Tu, na tym obcym statku i w nie moim świecie, staram się szybkim chodem zniszczyć dur, co się tak nagle we mnie usadowił. Te rozkołysane, szumiące wieczory otulają mi głowę welonem szału, z którego dopiero niezasłużony pracą i wysiłkiem sen mnie wydobywa, aby następnie cisnąć w majaki, gwałtowne zrywy nocne z bezsensownym bełkotem na ustach. Oto do czego doprowadza mnie tu próżniactwo i łatwy byt! Dzień za dniem przecieka, a chandra na przemian z raptowną wesołością bawią się mną jak piłką. Czego też ja się tutaj doigram!