„Często widziałem, czy świeci zorza,
Czyli księżyc w pełnym blasku,
Jak on po błoniach, albo u morza
Po nadbrzeżnym błądził piasku.
„Pośród skał nieraz, podobny skale,
Na deszczu, wietrze i chłodzie,
Odludny dumał, wiatrom swe żale,
A łzy powierzając wodzie.
„Szedłem ku niemu; spozierał smutnie,
Ale odemnie nie stronił;
Jam, nic nie mówiąc, nastroił lutnię,
Zaśpiewał, w struny zadzwonił.
„Łzy mu się rzucą, lecz skinął czołem,
Że się to granie podoba;
Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłem
I zapłakaliśmy oba.
„Poznaliśmy się lepiej nawzajem
I byliśmy przyjaciele.
On zawsze milczał swoim zwyczajem,
I ja mówiłem niewiele.
„Potem, gdy troską strawiony długą
Już nie mógł rady dać sobie,
Ja towarzyszem, ja byłem sługą,
Jam go pilnował w chorobie.
„Nędzny w mych oczach gasnął powoli.
Raz mię przywołał do łoża:
„Czuję—rzekł—blizki koniec niedoli,
Niech się spełni wola Boża.
„Zgrzeszyłem tylko, że moje lata
Tak się nadaremnie starły;
Ale bez żalu schodzę ze świata;
Dawno już na nim umarły.
„Kiedy mię skał tych dzikich zakątek
Ukrył przed gminu obliczem,
Odtąd już dla mnie świat ten był niczem,
Żyłem na świecie pamiątek.
„Ty, coś mi wiernym został do grobu,
Kończył, ściskając za ręce,
Nagrodzić tobie nie mam sposobu—
Wszakże to, co mam, poświęcę.