Skrzypnęły dolne podwoje,
Stąpa ktoś w przysionkach długich
I otwiera się drzwi troje,
Troje drzwi jedne po drugich,—
Wchodzi jeździec cały w bieli
I usiada na pościeli.
Słodko, prędko czas ucieka;
Wtem koń zarżał, jękła sowa,
Zegar wybił, „Bywaj zdrowa!
Koń mój zarżał, koń mój czeka;
Albo wstawaj, na koń siądź
I na wieki moją bądź!”
Miesiąc świeci; jeździec leci
Po zaroślach i po krzach:
Panno, panno; czy nie strach?
Rumak polem jak wiatr niesie,
Niesie lasem: głucho w lesie.
Tu i ówdzie wystraszona
W suchej jodle kracze wrona,
Po łozach wilcze źrenice
Migają się jako świece.
„Wcwał, mój koniu, koniu, wcwał!
Miesiąc nadół schodzi z chmur,
A nim zejdzie miesiąc z chmur,
Mamy sadzić dziewięć skał,
Dziewięć rzek i dziewięć gór.
Za godzinę pieje kur.”
„Gdzie mnie wieziesz?”—„Gdzie? Do domu!
Dom mój na górze Mendoga;
W dzień otwarta wszystkim droga,
W nocy jeździm pokryjomu.”
—„Czy masz zamek?”—„Tak jest, zamek
I zamczysty, choć bez klamek...”
—„Mój kochanku, konia wstrzymaj,
Ledwie dosiedzę na łęku.”
—„Moja luba, siodła imaj
Prawą ręką... Co masz w ręku?
Czy to worek do roboty?”
—„Nie, to jest Ołtarzyk złoty...”
—„Nie czas wstrzymać! Pogoń bieży,
Słyszysz pogoń? tętnią błonia;
Tuż przed koniem przepaść leży;
Rzucaj książkę, puszczam konia!...”
Koń jak gdyby zbył ciężaru,
Przemknął dziesięć sążni jaru.
Lecą bagnem przez manowiec.
Pusto wkoło. Błędny ognik
Tuż przed nimi, jak przewodnik,
Od grobowca na grobowiec
Przelatuje: gdzie przeleci,