Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską.

Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko,

Chciał coś do niej przemówić, już usta otworzył:

Ale spojrzawszy w oczy Zosi, tak się strwożył,

Że stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął;

Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął.

Uczuł się nieszczęśliwym bardzo — poznał Zosię!

Po wzroście i po włosach światłych, i po głosie;

Tę kibić i tę główkę widział na parkanie,

Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.