Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami,

I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami.

Zląkł się, chciał przeżegnać się: darmo rękę chwyta,

Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;

Ruszył lewą: niestety! czuje, że go duchy

Spowiły ciasno jako niemowlę w pieluchy.

Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,

Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!

Lecz Kropiciel zerwał się bronić się: po czasie!

Bo już był skrępowany we swym własnym pasie.