I także mu na świecie wszystko się powodzi?

I z tej strasznej napaści z tryumfem wychodzi?

Odjeżdżałem ze wstydem. Właśnie był poranek.

Wtem ujrzałem, poznałem. Wystąpił na ganek,

I brylantową szpinką ku słońcu migotał,

I wąs pokręcał dumnie, i wzrok dumny miotał...

I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,

Że mnie poznał i ku mnie rękę tak wyciągał,

Szydząc i grożąc... Chwytam karabin Moskala,

Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył — wypala!