Jedno tylko muszę wytknąć temu dziełu: iż autorka z powodu niewytłumaczonej skromności nie podała swego nazwiska. Nie pozostanie ono wprawdzie tajemnicą, lecz uważam, że byłoby skuteczniejsze dla rozpowszechnienia dzieła, gdyby ona, której imię znane jest każdemu, powiedziała otwarcie: „Taka byłam niegdyś, taka jestem dziś. To, co uczyniłam, powinnam była uczynić, i wy, inni, możecie postąpić tak samo, powinniście tylko chcieć”.
Moim życzeniem jest, aby to dzieło rozeszło się w setkach tysięcy egzemplarzy.
A. Bebel3
Schöneberg-Berlin, 22 lutego 1909
Wspomnienia młodości robotnicy opowiedziane przez nią samą
Większość ludzi, wychowanych w normalnych warunkach, w czasach ciężkich przejść wspomina z wdzięcznością i wzruszeniem szczęśliwą, piękną porę młodości i wzdycha z upragnieniem: „O, gdybyż ten czas jeszcze powrócił!”.
Ja jednak z zupełnie innym uczuciem wspominam swą młodość. Nie zaznałam wtedy ani jednego ciepłego promyka, nie mam pojęcia o cichym ognisku domowym, o czułej opiece miłującej matki. Jednak miałam dobrą, ofiarną matkę, która nigdy nie pozwoliła sobie na chwileczkę spoczynku, gnana koniecznością i własną wolą, żeby uczciwie wychować dzieci i uchronić je przed nędzą. To, co pamiętam o mym dzieciństwie, jest tak ponure i surowe, tak silnie wryło się w mój mózg, że nigdy tego nie zapomnę. Wszystko, co inne dzieci wprawiało w zachwyt, co dawało im chwilkę ogromnego szczęścia — lalki, zabawki, bajki, łakocie i choinka — wszystko to było mi obce i nieznane; ja znałam tylko wielką izbę, w której pracowano, jedzono, spano i kłócono się. Nie pamiętam ani jednego czułego słowa, ani jednego uścisku; pamiętam tylko strach, z jakim przypatrywałam się z kąta lub spod łóżka scenie rodzinnej, gdy ojciec przyniósł za mało pieniędzy, a matka czyniła mu wyrzuty. Zapalczywy ojciec bił wtedy matkę, która na wpół ubrana musiała szukać schronienia u sąsiadów, a my zostawaliśmy kilka dni sami z rozjątrzonym ojcem, do którego nie ośmielaliśmy się zbliżyć. Jedzenia, przynoszonego przez litościwych sąsiadów, było wtedy niewiele, aż znowu wróciła matka, kłopocząc się o gospodarstwo i o dzieci.
Sceny tego rodzaju odgrywały się co miesiąc, a czasem i częściej. Całym sercem kochałam matkę; do ojca czułam niczym nieprzezwyciężony lęk i nie pamiętam, czy kiedyś z nim mówiłam lub czy się on do mnie zwracał. Gniewało go bardzo, że ja, jedyna dziewczynka z pięciorga dzieci, miałam ciemne oczy, jak matka. Szczególnie dobrze zapamiętałam wieczór wigilijny, gdy nie skończyłam jeszcze pięciu lat. Wtedy o mało nie dostałam choinki. Matka moja chciała najmłodszemu z dzieci, tj. mnie, pokazać, co to jest Dzieciątko Jezus4. Przez wiele tygodni zbierała po groszu, żeby mi kupić maleńkie naczynia kuchenne. Choinka była przystrojona w kolorowe papierowe łańcuchy, złocone orzechy i skromne zabawki. Z zapaleniem świec czekano na ojca, który poszedł do fabrykanta odnieść towar. Miał przynieść pieniądze. Wybiła godzina szósta, potem siódma, wreszcie ósma — ojciec nie powracał. Byliśmy wszyscy wygłodniali i prosiliśmy o jedzenie. Dostaliśmy placek z makiem, jabłka i orzechy. Jedliśmy sami, później musiałam iść spać, nie ujrzawszy zapalonych świec na choince. Matka nie miała do tego humoru i bardzo była zakłopotana. Nie śpiąc, leżałam w swym łóżeczku; tak cieszyłam się myślą o wigilii i oto nic się nie udało. Wreszcie usłyszałam kroki powracającego ojca; nie został dobrze przyjęty i znowu nastąpiła okropna scena. Ojciec przyniósł mniej pieniędzy, niż matka się spodziewała, w dodatku wstąpił po drodze do szynku, by się rozgrzać, gdyż droga trwała dwie godziny, i wypił tam za dużo. Z mego łóżka spoglądałam podczas hałasu na rodziców i oto zobaczyłam, jak ojciec siekierą porąbał choinkę. Nie ośmieliłam się krzyczeć, płakałam tylko cichutko, płakałam długo, aż zasnęłam.
Następnego dnia ojciec z poczucia litości podarował mi kilka groszy; kupiłam sobie za nie blaszane naczynka. Jacyś dobrzy ludzie podarowali mi lalkę i inne zabawki, które zabrali swoim własnym dzieciom, dając im w zamian lepsze i ładniejsze.
Przypominam sobie jeszcze jedno zdarzenie. Wtedy jeszcze, gdy chodziłam do szkoły, pewien bardzo bogaty człowiek, właściciel fabryki, gdzie pracowało wiele kobiet i mężczyzn, urządził choinkę dla biednych uczniów. Ja też należałam do liczby szczęśliwych, obdarzonych łakociami i wełnianym ubraniem. Wielka, prościuchna choinka jaśniała tak jarzącym światłem, jakiego nigdy jeszcze nie widziałam, a łakocie, którymi nas uraczono, wprawiły wszystkich w wyśmienity humor. Jakże wdzięczna byłam temu dobremu bogatemu człowiekowi, który miał takie litościwe dla biednych serce. Gdy później matka moja owdowiała i musiała pracować w jego fabryce po 12 godzin dziennie za 3 guldeny5 tygodniowo, nie mogłam jeszcze wtedy osądzić, że tu było źródło jego „wspaniałomyślności”. Zrozumiałam to dopiero o wiele później.