*
Ojciec został zmożony ciężką chorobą, która doprowadziła nas do smutnego stanu. Nie chciał być w szpitalu, a bez porady lekarskiej nie można go było zostawić. Jednak doktor i lekarstwa prędko pochłonęły wszystko, co zarobiono, i nasze położenie z dnia na dzień stawało się rozpaczliwsze. Ile razy szłam do apteki z receptą, matka zawsze biadała, jakże długo to jeszcze będzie trwało. Pewnego dnia było już tak źle, że zawołano księdza, by wyspowiadał ojca i udzielił mu ostatniego namaszczenia. Było to dla mnie wielkie zdarzenie. Wszyscy mieszkańcy domu klęczeli w naszym pokoju i my z nimi. Zapach kadzidła napełnił powietrze, a podczas modlitwy słychać było płacz mej matki. W kilka godzin później ojciec zmarł i matka nigdy nie mogła mu wybaczyć, że zszedł ze świata, nie pogodziwszy się z nią i nie wspomniawszy o dzieciach.
Nie odczuwałam żadnego smutku; przeciwnie, gdy jedna z zamożniejszych rodzin pożyczyła mi żałobną sukienkę i kapelusz z woalką, doświadczyłam bardzo przyjemnego uczucia — że chociaż raz jestem ładnie ubrana. Matka została teraz karmicielką pięciorga dzieci. Najstarszy, osiemnastoletni brat nie mógł nam przyjść z pomocą, gdyż nauczył się rzemiosła będącego w upadku. Zdecydował się przeto szukać szczęścia na obczyźnie i porzucił dom rodzinny. Dwaj młodsi bracia, którzy dotychczas pomagali ojcu pracować w domu, poszli na naukę do terminu6, a najmłodszy, dziesięcioletni, chodził do szkoły.
Matka miała wiele siły woli, wrodzony rozsądek i chęć udowodnienia, że matka też może wychować swoje dzieci. Zadanie jej było ogromnie trudne, bo oprócz zajęć gospodarskich niczego prawie nie znała. Osierocona w młodym wieku, musiała już od szóstego roku iść służyć; nigdy nie chodziła do szkoły, nie umiała zatem ani czytać, ani pisać. Matka była przeciwna tym „nowomodnym prawidłom”, jak nazywała obowiązek szkolny. Uważała za niesprawiedliwe, że inni ludzie wskazywali rodzicom, jak mają postępować z dziećmi. Tę zasadę podzielał z nią w zupełności mój ojciec i bracia już od dziesiątego roku życia musieli mu pomagać w tkactwie. Według zdania mego ojca trzy lata nauki wystarczały zupełnie, a kto do lat dziesięciu niczego się nie nauczył, ten i później nic nie będzie umieć. Tę myśl ojciec wypowiadał często. Najmłodszy brat też był zmuszony opuścić szkołę; choć prawa o obowiązku szkolnym już się bardziej ugruntowały i władza szkolna czyniła pewne trudności, matka jednak z wielkim trudem wymogła, że zwolnili brata ze szkoły i mógł zostać robotnikiem niewykwalifikowanym we fabryce.
Minęły dwa lata; brat zarabiał, a matka pracowała od świtu do późnej nocy. W godzinach wolnych od zajęć szkolnych musiałam zajmować się gospodarstwem i we wczesnej młodości uczyłam się spełniać wszelkiego rodzaju roboty gospodarskie.
Byłam dumna, gdy mnie chwalono, widząc mnie stojącą przy balii, szorującą podłogę lub obierającą kartofle. Chciałam być podporą mej matki, którą wszyscy szanowali. Jej pracowitość i wieczne starania o zapewnienie bytu sobie i dzieciom miały uznanie u wszystkich. Jednak oczekiwało nas wielkie nieszczęście.
Ogólne bezrobocie, które szeroką falą zalało cały kraj, wydarło zajęcie mym braciom i matce. Na domiar nieszczęścia najmłodszy z braci poślizgnął się i upadł tak nieszczęśliwie, iż zapadł w ciężką niemoc. Cały rok leżał w domu na łożu boleści, później został odwieziony do szpitala. Co to była za rozpacz! Jak trudno było mu rozstać się z naszym biednym domem, gdzie brak mu było najniezbędniejszych rzeczy. Jeszcze dwa lata cierpiał okropnie, nim został uwolniony od cierpień. Przez cały rok musiał leżeć w łożu wodnym, by ulżyć cierpieniom. Kilkakrotnie operowano go i wypiłowywano kości. Tak mało mogliśmy mu pomóc, że tylko serdeczne współczucie obcych ludzi, obdarowujących go szczodrze, sprawiało nam maleńką ulgę. Nawet lekarze i pielęgniarki dobrze obchodzili się z tym miłym, cierpliwym chłopcem, który nie bacząc na swój ciężki stan, przyjemnym głosem wyśpiewywał piosenki, by innym sprawić przyjemność. Zaledwie skończył piętnastą wiosnę życia, gdy został pochowany we wspólnym grobie, w podarowanej trumnie.
Bezrobocie dawało się nam we znaki; nikt z rodziny nie zarabiał i pierzchła nawet nadzieja zarobienia czegoś przez oczyszczanie ulic ze śniegu. Wtedy dla mnie, ośmioletniej, znalazło się zajęcie. Wracając z odległej wiejskiej szkółki, musiałam wstępować do pewnego chałupnika i przyszywać guziki. Zostawałam u niego aż do dziewiątej wieczór; gdy wykonywałam robotę już zręcznie i prędko, pozwolono mi zabierać ją do siebie. Wprawdzie zarabiałam tylko kilka grajcarów7, były jednak niezbędne w tych ciężkich warunkach. Matka też nie żałowała pracy ani zabiegów, gdyż oprócz chorego brata, będącego wówczas jeszcze w domu, pięć osób znosiło głód. Chwytano się wtedy wszelkiego sposobu zarobkowania: gdy nastąpił Nowy Rok, musiałam chodzić do bogatych domów w mieście i okolicy, gdzie za noworoczne życzenia obdarzano mnie pieniędzmi. Wiele ludzi postępowało tak samo i często wchodząc do jakiegoś domu, spotykałam wychodzące stamtąd dzieci. Dochody, jakie mieliśmy z tego rodzaju wędrówek, wystarczały na płacenie komornego.
Takie są wspomnienia mego dzieciństwa i na pewno nie powiedziałam zbyt wiele, twierdząc, że ani jeden promyk, ani jedno czułe słowo nie zostały w pamięci z owych czasów.
*